<?xml version="1.0"?>
<feed xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" xml:lang="pl">
	<id>http://stara.nocek.pl//wiki/api.php?action=feedcontributions&amp;feedformat=atom&amp;user=Admin</id>
	<title>Nocek - Wkład użytkownika [pl]</title>
	<link rel="self" type="application/atom+xml" href="http://stara.nocek.pl//wiki/api.php?action=feedcontributions&amp;feedformat=atom&amp;user=Admin"/>
	<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Specjalna:Wk%C5%82ad/Admin"/>
	<updated>2026-05-09T03:52:13Z</updated>
	<subtitle>Wkład użytkownika</subtitle>
	<generator>MediaWiki 1.31.5</generator>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=MediaWiki:Sidebar&amp;diff=7327</id>
		<title>MediaWiki:Sidebar</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=MediaWiki:Sidebar&amp;diff=7327"/>
		<updated>2017-02-13T08:31:04Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;* navigation&lt;br /&gt;
** mainpage|mainpage&lt;br /&gt;
** Aktualności|Aktualności&lt;br /&gt;
** O klubie|O klubie&lt;br /&gt;
** Członkowie|Członkowie&lt;br /&gt;
** Wyjazdy|Wyjazdy&lt;br /&gt;
** Wyprawy|Wyprawy&lt;br /&gt;
** Kursy|Kursy&lt;br /&gt;
** Biblioteka|Biblioteka&lt;br /&gt;
** Klubowe_materiały_szkoleniowe|Materiały szkoleniowe&lt;br /&gt;
** http://foto.nocek.pl|Galeria&lt;br /&gt;
** Inne strony|Inne strony&lt;br /&gt;
** Dla Administratorów|Dla administratorów&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=MediaWiki:Sidebar&amp;diff=7326</id>
		<title>MediaWiki:Sidebar</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=MediaWiki:Sidebar&amp;diff=7326"/>
		<updated>2017-02-13T08:30:34Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;* navigation&lt;br /&gt;
** mainpage|mainpage&lt;br /&gt;
** Aktualności|Aktualności&lt;br /&gt;
** O klubie|O klubie&lt;br /&gt;
** Członkowie|Członkowie&lt;br /&gt;
** Wyjazdy|Wyjazdy&lt;br /&gt;
** Wyprawy|Wyprawy&lt;br /&gt;
** Kursy|Kursy&lt;br /&gt;
** Klubowe_materiały_szkoleniowe|Materiały szkoleniowe&lt;br /&gt;
** Biblioteka|Biblioteka&lt;br /&gt;
** http://foto.nocek.pl|Galeria&lt;br /&gt;
** Inne strony|Inne strony&lt;br /&gt;
** Dla Administratorów|Dla administratorów&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7319</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7319"/>
		<updated>2017-02-11T21:58:06Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po akwedukcie, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działać całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśmy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jalan Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w akwedukcie i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, skąd wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąć! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego Czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7318</id>
		<title>Wyjazdy 2017</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7318"/>
		<updated>2017-02-11T09:11:15Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* I kwartał */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
=== I kwartał ===&lt;br /&gt;
{{wyjazd|AUSTRIA - Alpy Berchtesgadeńskie - skitury i jaskinia|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Marek Wierzbowski (UKA), Monika Strojny (TKN Tatra Team) i przez jeden dzień Michał Ciszewski (KKTJ)|04 - 07 02 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjazd z Katowic w piątek wieczorem. Bazę tego wypadu stanowi chatka pod Lampo, gdzie przebywa liczna grupa naszych jaskiniowych znajomych. Po kilku godzinach snu, w sobotę wychodzimy na Buchauer Scharte (2300). W niedzielę do naszej ekipy dołącza tymczasowo Furek i podejmujemy próbę podejścia na szczyt Hochkönig. Niedospanie i mała ilość śniegu wysoko na plateau przyczyniają się jednak do redukcji planów i odwrotu z bańbuły na wysokości 2600. Niżej ze śniegiem jest bardzo dobrze, mamy więc używanie i nawet zjeżdżamy nieco dalej niż w planach, podchodząc później z powrotem na fokach w celu dotarcia do samochodu. W poniedziałek, ze względu na duży opad deszczu, szybką dwójką wybieramy się z Markiem do jaskini Lamprechtsofen zerknąć do studni King Kong. Akcja na +440 zajmuje nam nieco ponad 6 godzin. Ze względu na podejścia i zejścia w tej jaskini, dotarcie do tego poziomu wymaga w istocie podejścia sześciuset metrów w jedną stronę, głównie na nogach i po drabinach. W poniedziałek pogoda się poprawia, wzrasta za to zagrożenie lawinowe. Ruszamy więc w Wysokie Taury, na szczyt Baukogel (2224). Jesteśmy kompletnie sami na szerokich, pokrytych świeżym puchem łąkach. Na około 300 metrów przed szczytem Marek odkrywa, że jego wiązanie usiłuje odpaść od narty, co przyczynia się do decyzji o wcześniejszym odwrocie. Może nawet wyszliśmy na tym lepiej, bo mogliśmy konsumować pyszny zjazd na mniej zmęczonych nogach. W Katowicach jesteśmy z powrotem we wtorek o 22:30. W sumie, w ciagu czterech dni podeszliśmy łącznie ponad 4 000 metrów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żywiecki - Skitura na Wielką Rycerzową|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Jacek Copik|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejny szybki i przyjemny wyjazd. Pogoda w Mikołowie nie zachęcała do opuszczania domu.  Na szczęście,  po dotarciu do Soblówki deszcz ustąpił niemalże w momencie. Startujemy z parkingu przy czarnym szlaku i po ponad godzinie docieramy do Schroniska. Krótka przerwa na herbatkę i ruszamy na Wielką Rycerzową. Stąd zaczynamy zjazd  niebieskim szlakiem bardziej przez las, niż wzdłuż szlaku. Później szusujemy już wzdłuż szlaku zielonego. Pokonanie przeszkód w postaci gęsto występujących drzew, bądź też ukrytych strumyków okazuje sie ciekawym doświadczeniem i treningiem zwiększającym nasze umiejętności:)&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FRycerzowa&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Piętrowa Szczelina|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;,Łukasz Mazurek, Monika (os.tow.)|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Krótki niedzielny wypad. Mieliśmy pokazać Łukaszowi i Monice czym zajmują się grotołazi. Do jaskini weszliśmy obejściem, tak by nie musieć używać lin. Doszliśmy aż do korytarza Kryształowego. Tam zrobiliśmy parę pętelek i pozaglądaliśmy w kilka zakamarków. Łukasz znalazł zestaw temperówek i baterii (proszę nie zgłaszać się po zgubę, różowa temperówka bardzo mi się podoba). W drodze powrotnej część zespołu skorzystała z obejścia Studni Awenowców. Dalszą drogę pokonaliśmy trasą zejścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - wyjazd narciarsko-jaskiniowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Posłuszny Bogdan, Asia Przymus|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Plan na weekend był prosty sobota narty, niedziela jaskinia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjechaliśmy w sobotę przed południem i przez Słowację udajemy się do Kościeliska. Po zorganizowaniu się na bazie zabieramy sprzęt i jedziemy do Witowa na stok. Zjeżdżamy raz za razem nie tracąc czasu a wręcz zaczynając przyspieszać co z boku mogło wyglądać jak wyścigi. Ale czego się spodziewać jak chce się nadrobić tyle czasu życia w nieświadomości, że na dwóch kawałkach &amp;quot;deski&amp;quot; można tak sprawnie jeździć. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wieczorem wracamy na bazę i weryfikujemy nasz plan dotyczący wyjścia do jaskini i ostatecznie postanawiamy udać się do Zimnej. Plan dojścia do wideł realizujemy sprawnie, w ponorze sucho więc nic nas nie spowolniło. W jaskini spotykamy grupę kursantów z instruktorami, w sumie 12 osób ale dość sprawnie mijamy się przed Chatką. Z jaskini wychodzimy po około pięciu godzinach i udajemy się na bazę a wieczorem jedziemy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - Skitury|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Monika Strojny (TKN Tatra Team), Małgorzata Czeczott (UKA; w sobotę)|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wchodzimy na Spaloną Kopę. Śnieg bardzo zmienny, miejscami twardo, ale miejscami sypko i bardzo przyjemnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę szybkie wyjście na Wyżnią Kondracką Przełęcz od strony Małej Łąki. Dużo więcej ludzi i dużo gorsze warunki śniegowe, niż dwa tygodnie temu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warunki meteo tym razem bajkowe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Trzydniowiański Wierch i Grześ na skiturach|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|28 01 2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Za szczęśliwca może się uważać ten, który w ten weekend przemierzał tatrzańskie szczyty. Granatowe niebo z królującym słońcem, zero wiatru, lekki mrozik. Warunki niemal idealne gdyż na niektórych wystawach śnieg mógł sprawiać niespodzianki. O świcie w okolicach Chochołowa mroził nas widok samochodowego termometru – 22 st. W Chochołowskiej też dość arktycznie ale czym wyżej tym cieplej co wskazywało na ewidentną inwersję. Strome podejście na Trzydniowiański Wierch (1765) wypruwa trochę sił, zwłaszcza, że robimy to w żwawym tempie (wyprzedzaliśmy grupki skiturowców). Na szczycie krótki odpoczynek z niesamowitą panoramą białych szczytów. Z góry zjeżdżamy najpierw Jarząbczym Upłazem a potem na wprost centralnym żlebem. Na początku trochę szreni łamliwej lecz niżej już zsiadły puch. Gdy żleb robi się wąską rynną wskakujemy do stromego lasu i nim docieramy do szlaku w Jarząbczej dolinie. Po drodze jest zaśnieżona, dość wąska kładka bez poręczy nad strumykiem. Zrobiłem to na szybkości i się udało. Esa dotarła na drugi brzeg lecz tuż za kładką zjechała jej narta i z nie małej skarpy spadła lądując w wodzie na plecach z nartami na sztorc. Po krótkiej akcji ratunkowej okazało się, że do połowy jest mokra (plecak uratował ją od zmoczenia pleców). W tej sytuacji byłem przekonany, że to koniec akcji więc z ogromnym zaskoczeniem usłyszałem zdanie:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Mieliśmy jeszcze iść na Grzesia...”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podejście na Grzesia szlakiem a zjazd najpierw  na przełaj a niżej traktem narciarskim wprost pod schronisko gdzie się nawet nie zatrzymujemy. Tnę szybko doliną w dół zostawiając Esę daleko z tyłu a ostatnie 2 km pokonuję szybką „łyżwą”. Spotykamy się przy parkingu. Pokonaliśmy 28 km i 1550 m deniwelacji. Skiturowa zima Nocków trwa...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FTrzydniowanski&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - skitur na Baranią Górę|&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;|25.01.2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Ferie spędzamy rodzinnie w Istebnej ucząc dzieciaki jazdy na nartach, ale nie był bym sobą gdyby nie uszczknął coś tylko dla siebie. Najsensowniejsza dla mnie była Barania Góra z Kamiesznicy czarnym szlakiem. Samochód zostawiam w okolicy koloni Fajkówka, skąd jednostajnie wznoszącym szlakiem wchodzę na górę. Trasa świetna na skiturową wycieczkę, lecz pogoda najgorsza z całego tygodnia (mgła). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid - Ferie w Korbielowie|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjazd pod hasłem ,,nic nie musimy”. Do Korbielowa pojechaliśmy bez konkretnego planu, jednak z kilkoma pomysłami na spędzenie czasu. &lt;br /&gt;
Poza leniuchowaniem i nadrabianiem zaległości kinematograficznych, które zdecydowanie dominowały na tym wyjeździe udało nam się odbyć kilka wycieczek. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotę stanowiliśmy grupę wsparcia dla grupy wsparcia skiturowców mierzących się z ,,tryptykiem beskidzkim”. Co oznacza jedynie to, że uchroniliśmy Teresę i Heńka przed kilkugodzinnym marznięciem w samochodzie w oczekiwaniu na Damiana i Michała. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W poniedziałek w czasie kiedy Łukasz zagłębiał tajniki jazdy na nartach, ja postanowiłam bliżej zapoznać się ze skiturami. W czasie dwugodzinnej wycieczki udało mi się pokonać około połowę drogi na Pilsko, zanim uznałam, że muszę się pospieszyć, żeby wrócić na umówioną godzinę. Pogoda dopisywała, miałam dobry widok na Babią Górę i jeszcze lepszy na Tatry. Na drogę powrotną wybrałam nartostradę, którą podchodziłam.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
We wtorek oboje z Łukaszem wybraliśmy się na Pilsko (na nogach), podchodziliśmy wzdłuż nartostrady, tak jak ja dzień wcześniej na nartach, skracając sobie jednak drogę od czasu do czasu przecinając las i nieczynną jeszcze linię krzesełkową. W schronisku na Hali Miziowej zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby się rozgrzać i przygotować na spotkanie z białą śnieżno-mgielną ścianą. Na szczyt udało nam się dotrzeć bez problemów, jednak byliśmy nielicznymi, którzy zapuścili się poza linię najwyższego wyciągu.  Szlak od nieszlaku dało się rozpoznać po tym, że zapadaliśmy się nieco płycej w śniegu (po zboczeniu okazało się, że jesteśmy powyżej kosówki w której lądowaliśmy do pasa). &lt;br /&gt;
Na drogę powrotną wybraliśmy szlak niebieski biegnący wzdłuż granicy PL-SK. W miejscu w którym dobijał on z grani był zupełnie nie przetarty, schodząc nim mieliśmy ubaw po pachy (śniegu zresztą prawie też) lądując co chwilę w śniegu. Z powodu mgły nie szło odróżnić gdzie kończy się ziemia, a zaczyna powietrze. Jedynym wskaźnikiem drogi był dla nas GPS. Niżej, w miejscu połączenia z czerwonym szlakiem widoczność się poprawiła i już bez przygód wróciliśmy na kwaterę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W środę przenieśliśmy się na jeden dzień w Tatry. Tam między innym odbyliśmy spacer nad Smreczyński Staw. Po obiedzie odwiedziliśmy jeszcze Ryśka i Marzenę, którzy spędzali w tamtej okolicy ferie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pozostałe dni spędziliśmy na jeżdżeniu na nartach. Jedynie ostatni dzień zasługuje na uwagę. Pragnąc zaznać trochę mocniejszych wrażeń zdecydowaliśmy się zmienić stok i zjechać na nartach z Hali Miziowej. Jadąc wyciągiem zweryfikowaliśmy plany i zjazd rozpoczęliśmy z Hali Szczawiny. Z dołu widzieliśmy wyjeżdżoną trasę dlatego wielki znak ,,TRASA ZAMKNIĘTA”, minęliśmy niemalże z pogardą. Po drodze przeprosiłam w duchu osobę, która go stawiała walcząc na wąskim zjeździe z lodowymi połaciami usypanymi kamieniami lub lawirując między drzewami próbując je ominąć. I jeszcze raz na końcu, wykręcając nogę z narty, która się zablokowała przy próbie skrętu na dość stromym lodzie. Moja próba założenia narty była na tyle długa, że Łukasz rozpoczął misję ratunkową w moim kierunku. Cale szczęście zjechałam nim zaczął na poważnie podchodzić. Po tym ekstremalnym dla mnie zjeździe zastanawiam się czy takie przygody bardziej mnie zniechęcają, czy zachęcają do takich zabaw. Za to w oczach Łukasza na pewno widziałam błyski ekscytacji. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2Fkorbielow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Skrzyczne od wschodu|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Majewicz|22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeżeli można by pisać poematy na temat skitouringu to przebyta przez nas trasa na pewno na to by zasłużyła. Każdy kto od kotliny Żywieckiej mija ten szczyt musi zobaczyć białe i strome zbocza opadające na wschód z tej największej w Beskidzie Śl. góry. Zachodnie zbocza są do granic możliwości skomercjalizowane przez gestorów wyciągów narciarskich podczas gdy tu są totalne pustki. Startujemy z Słotwiny głęboko wciętą  doliną między Niesłychanym Groniem a Palenicą. Leśna droga wkrótce ucieka w bok  a my podążamy przez rzadki las w stronę owych stromizn. Wyżej śniegu w bród. Jest tu kilka starych śladów narciarskich lecz człowieka nie spotykamy. Zakosami po starym wiatrołomie windujemy się ostro w górę osiągając zakręt niebieskiego szlaku i wkrótce szczyt pełen przywyciągowaych narciarzy. Tu tylko przepinaka i po przełknięciu śliny (z wrażenia przed czekającym zjazdem) ruszamy w dół. Mając w zespole lekarza ortopedę i pielęgniarkę można sobie pozwolić na trochę więcej swawoli. Na początku „tatrzańskimi” stromiznami wśród rzadkich drzew a potem przez rozległe polany dające niesamowite poczucie wolności śmigamy w dół ku naszej dolinie pogrążającej się w cieniu  kończącego się dnia. Gdzieś daleko na południu błyszczały Tatry a Babia i Pilsko wydawały się być w zasięgu ręki. Szybko tracimy wysokość pisząc nartami na śniegu linie naszej fantazji. Śnieg jest bardzo nośny więc gdy wyskakujemy na leśną drogę zjazd do auta trwa zaledwie kilka chwil.  Uff...! Co za upojny dzień.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne-Slotwina&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Kraków - jaskinia Twardowskiego i inne|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, w Krakowie - Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska (SŁ)|21 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odwiedzamy wzgórze Twardowskiego przechodząc szlak okrężny. Zaglądamy do jaskini Twardowskiego lecz tylko tam gdzie za nadto nie trzeba się tarzać. Udaje mi się w niej walnąć głową o strop do tego stopnia, że poczułem jak głowa wciska się z 2 cm do karku (nie miałem  kasku). Później idziemy na zalew Zakrzówek a następnie zerkamy do jaskini Wiślanej. W okolicy rozkopanych jest jeszcze kilka innych otworów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drugiej części dnia przenosimy się do centrum. Przechodzimy przez Wawel i stare miasto by w Instytucie Konfucjusza Uniwersytetu Jagiellońskiego w kameralnej atmosferze posłuchać prelekcji dot. Chin oraz je przeprowadzić.  Mateusz opowiadał o polskiej eksploracji jaskiń w Chinach a ja o wędrówce rowerowej przez ten kraj. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FKrokow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - samotne wycieczki skiturowe|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 15 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wychodzę na Kondracką Przełęcz od strony dol. Małej Łąki. Do Wielkiej Polany spotykam cztery osoby. Potem muszę torować, bo na świeżym śniegu nie ma nawet śladu śladów. Na grani pusto, kolejnych ludzi widzę dopiero na zjeździe (po moich tropach na popołudniowy spacer po dolinie wybrało się kilka grupek). Pierwsze 100 m zjazdu z Przełęczy to wymagające lodowe kalafiory, przykryte świeżym śniegiem. Potem czekała mnie dosyć puchowa przygoda, choć miejscami musiałem przesmykiwać się pomiędzy wystającymi kamieniami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę od strony dol. Chochołowskiej wchodzę na Iwaniacką Przełęcz i dalej na Suchy Wierch Ornaczański. Choć podobnie jak poprzedniego dnia, początek zjazdu był nieco trudny, to dalej już trafiłem w pyszny puch. Tym razem kamieni nie było, ale w momencie, w którym zjeżdżałem, opad śniegu akurat się wzmógł i znacząco spadł kontrast, więc i tak musiałem jechać dosyć powoli.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Jaworzyna w Worku Raczańskim|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Teresa Szołtysik, Jacek Copik (os. tow.) |15 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z zasypanej śniegiem Rycerki Górnej zagłębiamy się w dolinę Śrubity. W górnej części doliny skręcamy stromo do góry na grzbiet Kołyski a nim do granicznego grzbietu. Celem była Jaworzyna (1174), która osiągamy. Stąd zjazd początkowo drogą podejścia a potem na przełaj w dół do doliny Abramów po przepięknym puchu w rzadkim bukowym lesie. W dolinie jest tyle śniegu, że na łagodnym stoku nie da się swobodnie zjeżdżać. Później jednak docieramy do drogi z Przegibka gdzie jest w miarę przetarte. Do auta docieramy „łyżwą” w coraz bardziej padającym śniegu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FJaworzyna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Skiturowy maraton przez „tryptyk beskidzki”|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik (na długiej trasie), Heniek Tomanek, Teresa Szołtysik (na krótszej trasie), Łukasz Piskorek, Asia Przymus (na kwaterze w Korbielowie)|14 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Babia Góra (1725), Mała Babia Góra (1517) i Pilsko (1557) to trzy najwyższe szczyty Beskidów. Zrobienie ich na skiturach w ciągu jednego dnia wydało nam się dość ambitnym planem, który był następujący: Heniek podrzuca nas autem do Zawoji. On i Teresa robią turę narciarską przez Mosorny Groń a potem odbierają nas z mety w Korbielowie. My natomiast po kolei zdobywamy Babią Górę, Mł. Babią Górę, zjeżdżamy na Słowację do dol. Polhoranki by następnie wdrapać się na Beskid Krzyżowski (923) i zjechać do Korbielowa. Stąd podejście na Pilsko i zjazd ponownie do Korbielowa. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda była taka sobie. Prószył śnieg, pochmurno. Ruszamy dość późno tj. o godz. 9.00. Szczyt Babiej osiągamy o 11.30 po pokonaniu pełnej nawisów przeł. Brona a potem po ostrej walce na lodowych kalafiorach w zimnym wietrze i kiepskiej widoczności. Kopuła szczytowa niemal całkowicie wywiana  z śniegu. O dziwo było tu kilka osób. W dół najpierw schodzimy po piargach a potem zjeżdżamy po lodowej tarce gdzie każdy skręt był loterią a Michał zaliczył nawet bliski kontakt z zlodzonym kamieniem. Widoczność była fatalna i mimo, że staraliśmy się wypatrywać tyczek to i tak udało nam się zapędzić na słowacką stronę na szlak do Slanej Vody. Po odrobieniu wysokości docieramy nie bez problemów z powrotem na przeł. Brona. Zjazd wcale nie był wiele krótszy od podejścia. Na Babiej byliśmy zimą wiele razy lecz nigdy nie zastaliśmy tak fatalnych warunków narciarskich. Wyjście na Mł. Babia (Cyl) obyło się bez przeszkód. Stąd mamy przepiękny (nie licząc poprzecznych zasp), długi zjazd zupełnie nietkniętym śniegiem na Jałowcową przełęcz i dalej na przełaj do słowackiej doliny Polhoranki. Dolina jest piękna, zwłaszcza, że nagle oświetliło ją słońce. Po kilku kilometrach niemal poziomego terenu skręcamy na graniczne pasmo. Po nieskalanych, głębokich śniegach torujemy w stronę Beskidu Krzyżowskiego, który udaje nam się bezbłędnie osiągnąć. Łagodny zjazd do Korbielowa już w zapadającym zmroku. Dalej doliną Buczynki maszerujemy na Halę Miziową już solidnie zmęczeni dość szybko docieramy do schroniska gdzie robimy półgodzinny odpoczynek. W całkowitych ciemnościach ruszamy jeszcze na szczyt Pilska. Profilaktycznie wbijamy do GPSa ostatni słup wyciągu narciarskiego bo Pilsko to zdradliwa góra (dla przestrogi warto przeczytać historię tragedii z roku 1980 - http://www.wgorach.com/?id=66219 ). W wietrze i padającym coraz mocniej śniegu docieramy na szczyt słowackiego Pilska. Szybka przepinka, selfie i mkniemy w dół. Wydawało nam się, że zjeżdżamy w dobrym kierunku lecz gdy zbocze zaczęło robić się stromsze a w świetle naszych czołówek nie pojawiła się żadna tyczka zaglądamy na GPS. Szok. Odbiliśmy w bok o 633 metry od ostatniego nabitego punktu. Znów długi trawers w zablokowanych butach. Dopiero gdy ujrzeliśmy ostatni słup wyciągu odetchnęliśmy z ulgą. Dalej zjeżdżamy nartostradą aż do Korbielowa gdzie czekał na nas Heniek z Teresą. Była godzina 20.30. Pokonaliśmy 42 km i 2478 m deniwelacji. W domu jesteśmy przed północą. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2017/Tryptyk&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Heniek z Teresą w tym czasie podeszli szlakiem na Mosorny Groń (przerwa na posiłek w stacji turystycznej) i dalej na Cyl Hali Śmietanowej (1298). Stąd zjechali na Brożki i dalej na przełaj pełnym wykrotów lasem do Polcznego. Potem drogą z buta pod wyciąg Mosorny Groń. Heniek na lekko skoczył po auto i wrócił po Esę i sprzęt. Następnie pojechali do Korbielowa gdzie czekając na „martończyków” zagościli u naszych klubowych przjaciół: Łukasza Piskorka i Asi Przymus, którzy akurat spędzali tam ferie. Gdy tylko cała ekipa skiturowa znalazła się na dole wróciliśmy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FMosorny&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl.- Skrzyczne_Skitura|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spontaniczny wyjazd, uzależniony od decyzji teściów...Udało się i rano po 7 wyruszamy spod domu. Temp. -25 st nie zachęcała do opuszczenia auta w Szczyrku, jednak na podejściu nie było już tak źle. Pod szczytem wiatr był już nieco bardziej okrutny. W schronisku ogrzewamy się w towarzystwie wielu narciarzy i po chwili szybko ruszamy w dół. Zjazd nartostradą wyśmienity. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Czantoria na nartach od Bucznika|Teresa, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik, Agnieszka Kurdziel-Sarnecka (AKG) |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Czantorii byliśmy już wiele razy z różnych stron lecz tym razem podeszliśmy zupełnie nową trasą w dość odosobnionym terenie. To dolina Gahury (w górnym biegu zwana Bucznikiem). Wystartowaliśmy klasycznie od parkingu pod wyciągiem, potem kawałek niebieską nartostradą i dość długim trawersem zakończonym nie długim zjazdem (na fokach) do doliny Bucznika. Doliną podchodzimy na nartach w zupełnie nieprzetartych śniegach stromo do góry osiągając wierzchołek Czantorii (995) niemal przy samej wieży.  Szlak podejścia okazał się bardzo ciekawy. Przy dobrych śniegach będzie tu przepiękny zjazd. Z szczytu najpierw szlakiem a później nartostradą smagani mroźnym powietrzem osiągamy w kilka chwil parking gdzie zostawiliśmy auto. Tym razem było cieplej, ok. –17 st. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FCzantoria&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry – obóz zimowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska, Teresa, Paweł i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus, Iwona Czaicka, &amp;lt;u&amp;gt;Karol Pastuszka&amp;lt;/u&amp;gt;, Sylwester Siwiec, Mateusz Golicz, Piotr Strzelecki, 2 Żagańskie Bobry, Bogusia Chlipała z TPNu|05 - 08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień Pierwszy słowami Iwony'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszy dzień obozu zimowego spędziliśmy na szkoleniu lawinowym. Ze względu na niezbyt zachęcającą temperaturę powietrza wynoszącą prawie -30st oraz ogłoszony 3 stopień zagrożenia lawinowego, pierwsza część szkolenia odbyła się na Kalatówkach. Najpierw słuchaliśmy wykładu Mateusza m.in. na temat lawinowego ABC, plecaka ABS (w tym momencie Karol się rozmarzył na myśl o odpaleniu plecaka) grzejąc się w ciepełku hotelu/schroniska. Następnie już na zewnątrz Bogusia Chlipała z TPNu opowiadała nam o zasadach korzystania z detektorów i sond, po czym  wbiegaliśmy na pole z zakopanymi detektorami wysyłającymi sygnał, z sondami wzniesionymi jak dzida u człowieka pierwotnego wyruszającego na polowanie. A jaka radość była przy znalezieniu zakopanego punktu! Ćwiczyliśmy na pojedynczych „ofiarach lawin”, jak i na mnogich. Dla urzeczywistnienia sondowania człowieka wykopaliśmy jamę śnieżną, gdzie schował się Sylwek, a potem Paweł. Mogliśmy wyczuć miękkie odbijanie sondy od człowieka i wbicie sondy w powietrzną jamę. Po tych atrakcjach znowu schowaliśmy się do hotelu. Tam posłuchaliśmy dalszej części wykładu na temat, jak poruszać się po górach, żeby uniknąć lawiny i co zrobić, jeśli już zejdzie. Ku największej uciesze Karola, Bogusia zaprezentowała nam mammutowy plecak lawinowy, pozwalając go uruchomić. Mnie w tamtej chwili tylko brakowało wnętrza – stroju Supermana, może by wtedy nawet się supermoc uruchomiła i by odleciał ;)&lt;br /&gt;
Na dalszą część szkolenia przeszliśmy spacerkiem na Nosal i niedaleko ćwiczyliśmy obsługę czekana. Imitowaliśmy wszelkie zjazdy, nogami w przód, głową, na plecach, na brzuchu. A i tak najlepiej było na jabłuszku.  Próbowaliśmy założyć stanowiska z czekanów, taśm, grzyba śnieżnego – w naszym wykonaniu i takim śniegu ja bym im nie zaufała :)&lt;br /&gt;
Po wszystkim korzystając, że skończyliśmy nie za późno pojechaliśmy na obiad, gdzie dołączył do nas Piter.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Temperatura nie była aż taka nieznośna, na jaką wydawać by się mogła. Choć myśl, że w kolejny dzień wejdziemy do stosunkowo ciepłej i przytulnej jaskini dodawała otuchy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień pierwszy oczami Damiana'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień szkoleniowy. Całą ekipą spotykamy się w Kuźnicach i razem podchodzimy na Kalatówki. Temperatura oscylowała wokół –20 st. więc wykład Mateusza na temat zagadnień lawinowych w przytulnym kąciku schroniska był bardzo na miejscu. W końcu jednak wyszliśmy na mróz i obok schroniska ćwiczyliśmy na „poletku lawinowym” specjalnie przeznaczonym do tego typu szkoleń. Jest tu specjalna konsola pozwalająca na losowe szukanie „ofiar” a w terenie pod śniegiem zasypane są „ofiary” z pipsami. Bogusia Chlipała (TPN) zademonstrowała na Karolu plecak wypornościowy Jet Force. Po części lawinowej przenieśliśmy się na Nosala gdzie na nieczynnej od dawna nartostradzie próbowaliśmy ćwiczyć hamowanie czekanem tudzież chodzenie w rakach. Śnieg był kopny więc niezbyt dobrze to szło (posiłkowaliśmy się nawet „jabłuszkiem”) lecz każdy mógł wykonać niezbędne w danej sytuacji ruchy. O zmroku zjeżdżamy (Mateusz,  Damian, Esa, Paweł na nartach a Asia na „jabłuszku”)/ schodzimy (reszta) do Zakopca. Ja wracam z Esą do domu a reszta ekipy zostaje na następne dni by zrobić przejścia jaskiniowe lub wycieczki skiturowe. Opisy z akcji jaskiniowych zapewne się pojawią. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSzkolenie-zimowe&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi według Sylwestra - Jaskinia Miętusia'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po całkiem rozrywkowym dniu pierwszym, przyszedł czas na poważniejsze wyzwanie- Jaskinię Miętusią. Dojście do otworu nie było specjalnie trudne. Wystarczyło przebrnąć przez głęboki śnieg i nie zwracać uwagi na śmieszne minus dwadzieścia kilka stopni. Dolina Miętusia raczyła nas swoimi mroźnymi urokami. Tu ładnie ośnieżone zbocze, tam schowany szczyt za kłębami poszarpanych chmur. No ogólnie było na co popatrzeć. Doszliśmy w dobrym czasie pod Dziurawego i po krótkim lawirowaniu między drzewami stanęliśmy przed otworem. Przebierając się w tak ekstremalnym zimnie, z zaskoczeniem zauważyłem, że wcale nie jest mi zimno. Dopiero w przedsionku jaskini, w tzw. „Rurze”, gdy pomagałem Asi założyć czołówkę na kask, szybko straciłem czucie w palcach. Rada dla innych: lepiej bez czucia nie majstrować przy zatrzaskach na kasku, bo można sobie zrobić krzywdę. :) Rura była ogólnie super, trochę jak zjeżdżalnia w aquaparku, tylko lód zamiast wody. Bez większych problemów dotarliśmy do Sali bez Stropu. Tam chwila relaksacji i znowu ruszyliśmy w dół. Poręczując po kolei kolejne odcinki dotarliśmy do wejścia do tzw. Wielkich Kominów. Karol zanurzył się w kolejnej czeluści, w której miało ostro lać, ale po paru minutach Mateusz postanowił zmienić plany i ostatecznie Karol musiał wyleźć znowu do nas na górę. W tym czasie minęliśmy się z inną grupą grotołazów, która po kilku kurtuazjach zniknęła nam z oczu za Błotnymi Zamkami. Zamiast Wielkich Kominów mieliśmy zaporęczować przynajmniej część Korytarza Trzech Króli. Ten zaszczyt przypadł mnie. Wróciłem pierwszy do Sali bez Stropu i stamtąd miałem zapieraczką wspiąć się osiemnaście metrów wyżej, asekuracją miał się zająć Karol. Już dojście do miejsca, skąd miałem rozpocząć wejście przysporzyło nam nie lada gimnastyki. Nie byłem pewien, czy dam radę, ale w sumie okazało się, że się udało. Już oszczędzę czytelnikom szczegółów, jak wydawałem z siebie dziwaczne odgłosy rodzącej kobiety i chichoczącego do siebie psychopaty- co te jaskinie robią z człowiekiem?! Najciekawszym jednak zjawiskiem, które się objawiło po przebytym chwilę wcześniej wysiłku, było niemal namacalnie przeze mnie doświadczone spowolnienie procesów myślowych, co nie zostało bez konsekwencji. Najpierw, zupełnie niepotrzebnie, spowolniłem całą grupę nie poręczując od razu kolejnego odcinka, by następnie zamiast zawiązać podwójny zderzak, zawiązać coś co sam później nazwałem „psim ogonkiem”. Ale czułem, że coś jest nie tak. Wiążę, wiążę i sobie myślę: „ Nieee, coś za szybko mi poszło. Zawsze dłużej musiałem się napocić przy tym węźle.” Z wyglądu też był jakiś podejrzany, ale jednak zjeżdżam na tym „psim ogonku” trochę niżej i  oglądając się za Mateuszem widzę jak dość energicznie gimnastykuje palce przy moim węźle. Na moje pytanie odpowiada uspokajająco: „ Nie, nie, wszystko ok…. ale ty tam jesteś do czegoś teraz przypięty?” – Ahaa, czyli schrzaniłem! Z poczuciem zażenowania i kolejnej wtopy muszę żyć do dziś. Zeszliśmy wreszcie do jakiejś niezbyt dużej półeczki i stamtąd mieliśmy rozpocząć wyjście na powierzchnię. Deporęczowaniem zajęła się Iwona z asystą Mateusza. Ja, Karol i Asia mieliśmy nie oglądając się na nich wychodzić jak najszybciej. Nie trzeba było nam tego dwa razy powtarzać. Wyście raczej było dość standardowe i nie ma się tu o czym rozpisywać. Jedynie przejście przez lodową Rurę było karkołomne. Po wyjściu było już ciemno, wciąż bardzo zimno, ale chociaż nic na nas nie padało, ani nie sypało z nieba. Szybko się przebraliśmy i żwawo ruszyliśmy szlakiem do cywilizacji. Zabawne, jak wiele w człowieku jest pokładów energii, gdy chodzi o chęć jak najszybszego wydostania się skądś. Przystanęliśmy jednak w Dolinie Miętusiej dwa razy, by zawiesić na dłuższą chwilę oczy na widowiskowo gwiaździste niebo i błyszczący księżyc oprawione w klimatyczną zimową ramkę. Na dobry koniec wywinąłem jeszcze orła na prostej drodze i tyle. Wróciliśmy do ciepła, miękkiej pościeli i zapasów jedzenia. Tak, tego po całym dniu było nam potrzeba. :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi - wycieczka skiturowa Prezesa i Ali'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Około 7:00 budzi nas pakowanie się kursantów wybierających się do Miętusiej, ale obracam się tylko na drugi bok. Jednak błękitne, czyste niebo nie pozwala leżeć długo w łóżku. Więc nie spiesząc się jemy śniadanie i powoli się pakujemy. Po chwili wraca Piotrek, który niosąc ciężki plecak nie potrafił się nawet rozgrzać podczas podejścia do Miętusiej. Piekielny mróz daje o sobie znać po raz pierwszy tego dnia lecz na drugi i trzeci raz nie każe długo czekać – samochód nie odpala. Prosimy więc Piotrka żeby podjechał swoim autem w celu podładowania akumulatora – jego też nie odpala. Odpala za to sąsiadka i pozwala się podłączyć – jeszcze raz dziękujemy. Przez poranne zawirowania jest już 11:00 i zastanawiamy się czy nie olać wycieczki i póki auto działa wracać do Zabrza, choć tak naprawdę to zastanawialiśmy się czy wycieczka w takiej temperaturze (-20, odczuwalna -30) w ogóle będzie przyjemnością. Ostatecznie decydujemy się zaryzykować, w końcu zaplanowana  wycieczka jest idealną na warunki tego dnia (trójka lawinowa i idealna widoczność), pomijając oczywiście arktyczny mróz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na parkingu Brzezinach czaka na nas ostatnie wolne miejsce. Idziemy czarnym szlakiem w kierunku Murowańca, lecz już na Psiej Trawce odbijamy czerwonym szlakiem za wschód przez Dol. Pańszycy i Waksumndzką Polanę do Rówieni Waksumndzkiej, gdzie zielonym już szlakiem na szczyt Gęsiej Szyi. No właśnie, ktoś z Was wie co to i gdzie to? Otóż szczyt ten leży pomiędzy Dol. Pańszczycy i Dol. Złotą, od północy otoczony Dol. Filipki, zaś od południa Dol. Waksmundzką. I co, dalej nic…? I właśnie dlatego jest tam tak urokliwie. Ze szczytu rozpościera się kapitalny widok na Koszystą i Wołoszyn oraz szeroka panorama od wydających się być na wyciągnięcie ręki Tatr Bielskich, przez Jaworowy, Lodowy, chyba Gerlach, Ganek, Wysoką, Rysy … aż po sam Giewont. Świetna lekcja topografii.   &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Dzięki korzystnemu położeniu na wprost wylotu Doliny Białej Wody oraz wzniesieniu nad Dolinami Białki i Filipki – jest niepozorny szczyt lesistego regla, zwanego Gęsią Szyją – jednym z najwdzięczniejszych punktów widokowych. Podobny, jakkolwiek mniej rozległy widok rozpościera się z leżącej niżej Polany Rusinowej. Na polanie szałasy pasterskie, piękne miejsc na odpoczynek południowy.” Tadeusz Zwoliński Zima w Tatrach&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zjazd ze szczuty Gęsiej Szyi na Rusinową Polanę, choć krótki dostarcza naprawdę wiele radości. Z polany roztacza się bardzo podobna panorama co ze szczytu, która naprawdę hipnotyzuje. Tutaj skracamy nieznacznie klasyczny wariant wycieczki i odbijamy na niebieski szlak w kierunku Dol. Złotej, zatrzymując się jeszcze na wybornej herbatce w Sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr na Wiktorówkach. Stamtąd zjazd szeroką drogą leśną, cały czas na nartach, aż do drogi. Zdążamy jedynie wypiąć się z nart i łapiemy busa z powrotem do Brzezin. Auto odpala od strzału – uff. &lt;br /&gt;
Wracamy przez zupełnie nieznane mi wsie i prowadzeni przez nawigację omijamy zatłoczone Zakopane i sąsiednie wsie. Dalej droga zupełnie pusta. W samochodzie robi się w miarę ciepło dopiero za Jordanowem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na zakończenie: Planując wycieczkę w takie mrozy warto się solidnie przygotować i jak zawsze mieć kilka planów awaryjnych. W tym wypadku termy były wybitnie kuszące – stroje mieliśmy w samochodzie. Foki nawet nie próbowały się przykleić do nart, ale jakoś trzymały i nie dało się odczuć uciążliwości z tym związanych. Ale następnym razem schowam je za pazuchę. Podczas całej wycieczki tempo było naprawdę szybkie, a mimo to nawet się nie spociłem. Każdy postój powyżej minuty niemile zamrażał. Jedynie zjazd i piękne widoki rozgrzewały ciało i umysł.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FGesiaSzyja&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień trzeci według Karola - Jaskinia Zimna'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trzeci dzień obozu wybraliśmy się do jaskini Zimnej. Pierwotnie planowaliśmy przejście jaskini aż do Wideł. Plany duże, ale analizując możliwości i dostępny czas, Mateusz zadecydował, że schodzimy do Chatki.&lt;br /&gt;
Pobudka, śniadanie i wpakowanie szpeju do auta. Jak przez ostatnie 2 dni, pogoda nie zachęca, aby wyjść na zewnątrz. Mało kto ma ochotę, żeby wychodząc z pod ciepłej kołderki ładować się na – 26 stopni. Piter po zapoznaniu się z panującą na zewnątrz aurą ponownie przejmuje rolę kwatermistrza, jednakże z tym wyjątkiem, że tym razem nie organizuje nam niespodzianki w postaci rosołku. Po pierwszym szoku temperaturowym dochodzimy do siebie i już na szlaku robi nam się ciepło. Zaletą „zimowych” jaskiń jest na pewno ich dogodne położenie. Zamiast wyprawy mamy spokojny spacer i po dłużej chwili stoimy już pod wyjściem z jaskini Mroźnej. Temperatura mobilizuje do szybkiego przebrania się.  Plecaki zostawiamy w przebieralni i myk do korytarzyka. Ze względu na to, że we wrześniu doszliśmy do zalanego ponoru, powrót do niego przebiega sprawnie. Po dojściu  do Błotnego Progu, zaczynamy wspinaczkę. 13 m nie stanowi wyzwania, choć obłocone skały i gumiaki nie są pomocne. Dalej Sylwek bez przeszkód pokonuje Próg Wantowy i dochodzimy największej trudności, czyli Czarnego Komina. Nie ukrywam, że miałem duże wątpliwości, czy dam radę go zrobić. Zdarzało mi się rezygnować na jurze z niektórych „piątek” bo były za wymagające, a taka trudność spotkana w jaskini może dopiero przyprawić człowieka o czarne myśli. Może przez to ten fragment jaskini nazywany jest Czarnym Kominem? Zamieniam gumiaki na butki wspinaczkowe i cisnę. Z kilkoma przerwami udaje się zrobić pierwszy wyciąg i o dziwo czuję nie dosyt. Dalej ciśnie Iwonka, której trudność dopiero sprawia Szklany Prożek (przed którym strasznie marudzi i wyżywa swoją złość na bogu ducha winnym asekurującym;) ), ale ostatecznie z nim wygrywa. Jaskinia Zimna sprawia w gruncie rzeczy wiele frajdy, ze względu na wspinaczkowe urozmaicenia. Nie jest nudno. Taka Beczka, czy Biały Prożek potrafią dostarczyć dreszczyku, nawet czasem bardziej od kolejnej studni;) Chyba jedyny poważny zjazd, to zjazd do Chatki. Tam po krótkim odpoczynku pada szybkie polecenie: „Wychodzimy”. W Zimnej ćwiczymy techniki zjazdu na złodzieja i przeciwwagę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Lipowski Wierch na skiturach|&amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;, Justyna (os.tow.)|02 01 2017}}&lt;br /&gt;
Podejście na nartach zielonym szlakiem z Żabnicy na Rysiankę. Tu odpoczynek w schronisku. Dalej na Lipowski Wierch (1324) i już w zapadającym zmroku oraz przy śnieżnej zadymce zjazd na przełaj wprost na północ do doliny Żabnicy. Okazało się to nie zbyt dobrym pomysłem bowiem zbocze jest pełne wykrotów lub gęsto zalesione a w dodatku śnieg mocno zlodzony. Czasem trzeba zdjąć narty. Udało się jednak zjechać do auta gdzie czekała straż leśna. Widząc światła czołówek w miejscu gdzie turystów się nie spotyka sądzili, że w lesie grasują kłusownicy. Wszystko jednak zakończyło się pomyślnie. Zdjęcia wkrótce.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitury w Szczyrku|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;; Ala Kucharska + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejnego Sylwestra przyszło nam spędzić w Szczyrku. Przyjeżdżamy już w piątkowy wieczór. Niestety po ciemku ciężko było ocenić warunki śniegowe, więc dopiero rano wybieramy trasę. Pada na Skrzyczne od Czyrnej bez szlaku. Narty zakładamy gdzieś w 1/3 drogi. Na szczycie popas, spotykamy znajomych i podziwiamy widoki. Następnie przejazd granią na Małe Skrzyczne, zjazd na Halę Skrzyczeńską i Bieńkulą do Czyrnej. „Nieczynna” Bieńkula okazała się być lepiej (naturalnie) przygotowana niż gdy zabiera się za to obsługa wyciągów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę robimy jedynie krótką przechadzkę z nartami (część osób z dupolotami) granią w kierunku Beskid Ski Areny i Chaty Wuja Toma. Ludzi na szlaku sporo. Śniegu coraz mniej, więc końcowe odcinki muszę zjeżdżać stylem Damiana.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocne wyjście na Błatnię|Sonia i &amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście ok. 22 od Jaworza szlakiem na Błatnię. Szlak zlodzony, wyżej śnieg. Mimo to do góry podążało wiele innych osób. O północy na wierzchołku rozpalono potężne ognisko a Nowy Rok witało około 100 osób. Zejście tą samą drogą przed świtem do auta zostawionego w pobliżu &amp;quot;szałasu pod Błatnią&amp;quot;. Przed południem pobudka, celebracja posiłku i powrót do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FBlatnia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocny rajd skiturowy po Skrzycznem|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;; Na Młakach w chatce - Tadek, Basia, Adam, Ania Szmatłoch|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Sylwestrowa noc, cudowne, rozgwieżdżone niebo, mróz, skrzypiący śnieg - oto sceneria jakiej doświadczyliśmy udając się w narciarską wędrówkę po masywie Skrzycznego (1257). Z Czyrnej najpierw stokową drogą, na której założyliśmy narty i dalej jakimiś leśnymi duktami udaje nam się wydostać na Jaworzynę. Stamtąd nartostradą na szczyt. Oprócz kilku skuterów śnieżnych i zagubionych pieszych jest generalnie pusto. Najbardziej stromy odcinek był tak zalodzony, że bez harszli nie było szans. Tu zdejmujemy narty i wykuwając stopnie z niemałym wysiłkiem pokonujemy stromiznę. Tu również zastaje nas północ. Jak okiem sięgnąć pod nami pojawia się nagle feeria milionów kolorowych fontann. Witaj 2017! Dalej bardziej połogiem stokiem docieramy na sam szczyt Skrzycznego celowo omijając schronisko pełne gawiedzi. W trakcie podejścia kilka razy telefonicznie rozmawiamy z Heńkiem Tomankiem, który z Sonią podchodził z buta na Błatnię. Na szczycie spotykamy kilku skiturowców, którzy widać wpadli na podobny pomysł co my. Szybko przepinamy się do zjazdu bo wiatr nie zachęcał do dłuższego delektowania się nocnymi widokami. Znów zimny powiew na twarzy bo narty chyżo niosły nas po zmarzłym śniegu w dół. Zjeżdżamy na Halę Skrzyczeńską a później &amp;quot;zamkniętą&amp;quot; nartostradą w stronę Czyrnej. Po drodze Na Młakach zajeżdżamy wprost pod chatkę Adama i Ani gdzie paliło się ognisko a my załapujemy się na gorącą herbatkę. Po miłej pogawędce wśród klubowych przyjaciół wskakujemy na narty i docieramy na nich do samego auta  . Uwagi: w lesie generalnie śniegu mało a do sensownego zjazdu póki co nadają się tylko nartostrady i to niektóre (tak to przynajmniej wyglądało nocą). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Babia Góra – Sylwester|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Dariusz Rank&amp;lt;/u&amp;gt;; + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście z Krowiarek ustalamy na godzinę 20:30. Dla mnie to już drugi sylwester, który będę spędzać na szczycie Królowej Beskidów. Poprzedni był już lata temu i należał do tych najlepszych, więc chętnie odświeżę wrażenia. Już na początku widać różnicę. Poprzednio na Krowiarkach ukazały nam się rozstawione namioty i ludzie, którzy krzątali się tu i ówdzie coś gotując czy przygotowując się do wyjścia na szczyt. Od kilku lat w miejscu, gdzie kiedyś była polana, znajduje się zagospodarowany parking. Również i w tym roku ujrzeliśmy na Krowiarkach ludzi przygotowujących się do wyjścia z tą małą różnicą, że namioty zostały zastąpione samochodami. Cóż, może i mniej klimatyczne, ale zmian zatrzymać nie sposób.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wszyscy pojawiają się punktualnie, więc możemy wyruszyć bez zbędnych opóźnień. Po krótkim podejściu zrzucam z siebie zbędne warstwy odzieży, i aż do Sokolicy podchodzę w lekkim softshellu. Na sokolicy obowiązkowo zdjęcie grupowe i pierwszy nieco dłuższy postój. Tu dosięgają nas pierwsze mocniejsze podmuchy wiatru, więc trzeba zarzucić na siebie kurtkę. Na dzisiejszą noc na Babiej zapowiadają ok. -10 stopni, ale wiatr ma się wzmóc dopiero po północy. Trafia się nam swego rodzaju okno pogodowe, bo na te dwa dni pogoda bardzo się poprawia. Kilka dni wcześniej sypał śnieg, kilka dni później znowu zapowiadają opady i znaczne ochłodzenie, a nam trafia się zupełnie bezchmurna noc. Szkoda tylko, że księżyc był w nowiu, no, ale wszystkiego mieć nie można.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Sokolicy meldujemy się o 21:30, a więc w miarę punktualnie. Do północy jeszcze daleko a czas mamy bardzo dobry, więc strategicznie proponuję iść nieco wolniej, aby nie być na szczycie za szybko. Pamiętam warunki z poprzedniego sylwestra, kiedy to na szczyt weszliśmy jakieś 15-30 min przed północą i tak wiało, że nie byliśmy w stanie wytrzymać bez ruchu. Musieliśmy zacząć schodzić aby nie przemarznąć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tym razem kolejny nieco dłuższy postój robimy na Kępie. Krótka sesja fotograficzna na sznur czołówek ciągnący się od Sokolicy. Zaczynam żałować, że nie zabrałem statywu. Miało być light&amp;amp;Fast, ale te kilka dodatkowych gramów by mnie nie zbawiło. Zakładam na siebie buffa i ruszamy w górę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupa szybko nam się rozciągnęła. Ja widząc oczami wyobraźni tysiące okazji do upolowania ciekawego ujęcia schodzę nieco na bok i przepuszczam pozostałych. Szukam w pobliżu szlaku jakiś kamieni, barierek, tyczek. Czegokolwiek, na czy mógłbym postawić aparat i nieco go ustabilizować. Niestety, bez statywu i lepszego aparatu większość ujęć zostaje w sferze marzeń. Zdjęcia z ręki na długim czasie naświetlania wychodzą poruszone, a krótki czas naświetlania nie daje efektu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciągnący się przed nami i za nami sznur czołówek ponownie robi imponujące wrażenie. Jak wtedy, kilka lat wcześniej. Szybko orientuję się, że ostatnie osoby z naszej grupy dawno mnie wyprzedziły i zostałem nieco z tyłu. To w sumie dobrze, myślę sobie. Naszym tempem bylibyśmy na szczycie godzinę przed północą, a tak na spokojnie wejdę sobie zwykłym tempem robiąc przerwy fotograficzne. Wysyłam tylko sms-a, że u mnie wszystko ok i żeby na mnie nie czekali. W karawanie podążającej na szczyt jestem raczej bezpieczny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po podejściu na najbliższe wzniesienie okazuje się, że Grażyna z Piotrkiem i Asią niewiele mi „uciekli”. Doganiam ich czekających na szczycie wzniesienia. Zaczyna mocniej wiać, więc zmieniam rękawiczki na cieplejsze. Piotrek z Asią idą nieco szybszym tempem a my zostajemy na końcu i pomału podążamy na szczyt.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na jakieś 30 min. przed północą, po podejściu na kolejne wzniesienie widzę setki czołówek. Tak, to chyba już szczyt. Chyba, że wszyscy nagle postanowili odpocząć w tym samym miejscu :P Co mnie dziwi to brak jakiegokolwiek namiotu. Ostatnim razem jak tu byłem, na szczycie stało już na tyle dużo namiotów, że nie dało się już znaleźć jakiegokolwiek bardziej płaskiego i osłoniętego od wiatru miejsca na rozbicie naszego, dlatego też zdecydowaliśmy się zejść nieco niżej. Tym razem planujemy zejść do schroniska, więc również nikt z nas nie ma namiotu. Chowamy się przed wiatrem za ułożonym z kamieni murkiem i oczekując na godzinę zero popijamy ciepłą herbatę i pałaszujemy „szturm żarcie”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na krótko przed północą na szczycie pojawiają się grupki Straży Parku. Grzecznie przechodzą wśród wszystkich osób prosząc o nie puszczanie fajerwerków ze szczytu. Chwała im za to, że im się chciało i za sposób, w jaki to zrobili. Za to, że nie zaogniali konfliktu pomiędzy Parkiem a jego użytkownikami, jak to ma często miejsce w Tatrach. Jak widać – da się i moim zdaniem należą im się za to wielkie brawa. Słuszna inicjatywa, bo to w końcu Park Narodowy, a w zeszłym roku ze szczytu niestety poleciało bardzo dużo petard, widocznych z daleka (obserwowałem je wtedy z Maciejowej w Gorcach).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O północy życzenia, symboliczny szampan i podziwianie aż po widnokrąg milionów a może i miliardów małych, kolorowych wulkanów wybuchających gdzieś daleko w dole. Niesamowite wrażenie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz pozostało nam już tylko, a może aż, zejście ze szczytu w kierunku schroniska przez przełęcz Brona. Zejście wcale nie takie łatwe, bo warunki są trudne. Szlaki co prawda przedeptane, ale miejscami sporo zalodzeń. Poza szlakiem całą kopułę szczytową pokrywa gruba warstwa lodoszreni. I to nie takiej cienkiej, łamliwej, a takiej, która spokojnie utrzymuje ciężar człowieka i jedynie raki uchronić mogą przed poślizgnięciem. A tych niestety tym razem nie posiadam. Jak praktycznie za każdym razem, gdy szedłem na Babią miałem ze sobą raki, których prawie nigdy nie używałem, bo tylko nabijały się miękkim śniegiem, to teraz, kiedy ich nie mam jak na złość akurat by się przydały.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze zatrzymuję się na chwilę w pobliżu Kamiennej Dolinki. To część mojego ostatniego projektu. Zimowego wejścia akademicką percią na szczyt Babiej i zjazd na nartach Kamienną Dolinką. Niestety, ciężkie warunki śniegowe i duża mgła zmusiła nas wtedy do odwrotu z perci i zmiany planów. Kamienna Dolinka też będzie musiała chyba jeszcze trochę poczekać na wzrost moich skiturowych umiejętności :p&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupowe zdjęcie na przełęczy Brona. Tutaj jesteśmy już wszyscy w komplecie. Grupa podchodząca z Krowiarek od razu granią, oraz grupa, która zdecydowała się na podejście na szczyt percią przyrodników. Zejścia z Brony obawiałem się najbardziej. Okazało się jednak niezalodzone i całkiem przyjemnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Koło drugiej w nocy lądujemy w schronisku na Markowych Szczawinach.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7317</id>
		<title>Wyjazdy 2017</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7317"/>
		<updated>2017-02-11T09:10:14Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* I kwartał */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
=== I kwartał ===&lt;br /&gt;
{{wyjazd|AUSTRIA - Alpy Berchtesgadeńskie - skitury i jaskinia|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Marek Wierzbowski (UKA), Monika Strojny (TKN Tatra Team) i przez jeden dzień Michał Ciszewski (KKTJ)|04 - 07 02 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjazd z Katowic w piątek wieczorem. Bazę stanowi chatka pod Lampo, gdzie przebywa liczna grupa naszych jaskiniowych znajomych. Po kilku godzinach snu, w sobotę wychodzimy na Buchauer Scharte (2300). W niedzielę podejmujemy próbę podejścia na szczyt Hochkönig, ale niedospanie i mała ilość śniegu wysoko na plateau przyczyniają się do redukcji planów i odwrotu z bańbuły na wysokości 2600. Niżej ze śniegiem jest bardzo dobrze, mamy więc używanie i nawet zjeżdżamy nieco dalej niż w planach, podchodząc później z powrotem na fokach w celu dotarcia do samochodu. W poniedziałek, ze względu na duży opad deszczu, szybką dwójką wybieramy się z Markiem do jaskini Lamprechtsofen zerknąć do studni King Kong. Akcja na +440 zajmuje nam nieco ponad 6 godzin. Ze względu na podejścia i zejścia w tej jaskini, dotarcie do tego poziomu wymaga w istocie podejścia sześciuset metrów w jedną stronę, głównie na nogach i po drabinach. W poniedziałek pogoda się poprawia, wzrasta za to zagrożenie lawinowe. Ruszamy więc w Wysokie Taury, na szczyt Baukogel (2224). Jesteśmy kompletnie sami na szerokich, pokrytych świeżym puchem łąkach. Na około 300 metrów przed szczytem Marek odkrywa, że jego wiązanie usiłuje odpaść od narty, co przyczynia się do decyzji o wcześniejszym odwrocie. Może nawet wyszliśmy na tym lepiej, bo mogliśmy konsumować pyszny zjazd na mniej zmęczonych nogach. W Katowicach jesteśmy z powrotem we wtorek o 22:30. W sumie, w ciagu czterech dni podeszliśmy łącznie ponad 4 000 metrów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żywiecki - Skitura na Wielką Rycerzową|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Jacek Copik|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejny szybki i przyjemny wyjazd. Pogoda w Mikołowie nie zachęcała do opuszczania domu.  Na szczęście,  po dotarciu do Soblówki deszcz ustąpił niemalże w momencie. Startujemy z parkingu przy czarnym szlaku i po ponad godzinie docieramy do Schroniska. Krótka przerwa na herbatkę i ruszamy na Wielką Rycerzową. Stąd zaczynamy zjazd  niebieskim szlakiem bardziej przez las, niż wzdłuż szlaku. Później szusujemy już wzdłuż szlaku zielonego. Pokonanie przeszkód w postaci gęsto występujących drzew, bądź też ukrytych strumyków okazuje sie ciekawym doświadczeniem i treningiem zwiększającym nasze umiejętności:)&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FRycerzowa&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Piętrowa Szczelina|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;,Łukasz Mazurek, Monika (os.tow.)|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Krótki niedzielny wypad. Mieliśmy pokazać Łukaszowi i Monice czym zajmują się grotołazi. Do jaskini weszliśmy obejściem, tak by nie musieć używać lin. Doszliśmy aż do korytarza Kryształowego. Tam zrobiliśmy parę pętelek i pozaglądaliśmy w kilka zakamarków. Łukasz znalazł zestaw temperówek i baterii (proszę nie zgłaszać się po zgubę, różowa temperówka bardzo mi się podoba). W drodze powrotnej część zespołu skorzystała z obejścia Studni Awenowców. Dalszą drogę pokonaliśmy trasą zejścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - wyjazd narciarsko-jaskiniowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Posłuszny Bogdan, Asia Przymus|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Plan na weekend był prosty sobota narty, niedziela jaskinia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjechaliśmy w sobotę przed południem i przez Słowację udajemy się do Kościeliska. Po zorganizowaniu się na bazie zabieramy sprzęt i jedziemy do Witowa na stok. Zjeżdżamy raz za razem nie tracąc czasu a wręcz zaczynając przyspieszać co z boku mogło wyglądać jak wyścigi. Ale czego się spodziewać jak chce się nadrobić tyle czasu życia w nieświadomości, że na dwóch kawałkach &amp;quot;deski&amp;quot; można tak sprawnie jeździć. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wieczorem wracamy na bazę i weryfikujemy nasz plan dotyczący wyjścia do jaskini i ostatecznie postanawiamy udać się do Zimnej. Plan dojścia do wideł realizujemy sprawnie, w ponorze sucho więc nic nas nie spowolniło. W jaskini spotykamy grupę kursantów z instruktorami, w sumie 12 osób ale dość sprawnie mijamy się przed Chatką. Z jaskini wychodzimy po około pięciu godzinach i udajemy się na bazę a wieczorem jedziemy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - Skitury|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Monika Strojny (TKN Tatra Team), Małgorzata Czeczott (UKA; w sobotę)|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wchodzimy na Spaloną Kopę. Śnieg bardzo zmienny, miejscami twardo, ale miejscami sypko i bardzo przyjemnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę szybkie wyjście na Wyżnią Kondracką Przełęcz od strony Małej Łąki. Dużo więcej ludzi i dużo gorsze warunki śniegowe, niż dwa tygodnie temu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warunki meteo tym razem bajkowe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Trzydniowiański Wierch i Grześ na skiturach|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|28 01 2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Za szczęśliwca może się uważać ten, który w ten weekend przemierzał tatrzańskie szczyty. Granatowe niebo z królującym słońcem, zero wiatru, lekki mrozik. Warunki niemal idealne gdyż na niektórych wystawach śnieg mógł sprawiać niespodzianki. O świcie w okolicach Chochołowa mroził nas widok samochodowego termometru – 22 st. W Chochołowskiej też dość arktycznie ale czym wyżej tym cieplej co wskazywało na ewidentną inwersję. Strome podejście na Trzydniowiański Wierch (1765) wypruwa trochę sił, zwłaszcza, że robimy to w żwawym tempie (wyprzedzaliśmy grupki skiturowców). Na szczycie krótki odpoczynek z niesamowitą panoramą białych szczytów. Z góry zjeżdżamy najpierw Jarząbczym Upłazem a potem na wprost centralnym żlebem. Na początku trochę szreni łamliwej lecz niżej już zsiadły puch. Gdy żleb robi się wąską rynną wskakujemy do stromego lasu i nim docieramy do szlaku w Jarząbczej dolinie. Po drodze jest zaśnieżona, dość wąska kładka bez poręczy nad strumykiem. Zrobiłem to na szybkości i się udało. Esa dotarła na drugi brzeg lecz tuż za kładką zjechała jej narta i z nie małej skarpy spadła lądując w wodzie na plecach z nartami na sztorc. Po krótkiej akcji ratunkowej okazało się, że do połowy jest mokra (plecak uratował ją od zmoczenia pleców). W tej sytuacji byłem przekonany, że to koniec akcji więc z ogromnym zaskoczeniem usłyszałem zdanie:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Mieliśmy jeszcze iść na Grzesia...”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podejście na Grzesia szlakiem a zjazd najpierw  na przełaj a niżej traktem narciarskim wprost pod schronisko gdzie się nawet nie zatrzymujemy. Tnę szybko doliną w dół zostawiając Esę daleko z tyłu a ostatnie 2 km pokonuję szybką „łyżwą”. Spotykamy się przy parkingu. Pokonaliśmy 28 km i 1550 m deniwelacji. Skiturowa zima Nocków trwa...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FTrzydniowanski&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - skitur na Baranią Górę|&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;|25.01.2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Ferie spędzamy rodzinnie w Istebnej ucząc dzieciaki jazdy na nartach, ale nie był bym sobą gdyby nie uszczknął coś tylko dla siebie. Najsensowniejsza dla mnie była Barania Góra z Kamiesznicy czarnym szlakiem. Samochód zostawiam w okolicy koloni Fajkówka, skąd jednostajnie wznoszącym szlakiem wchodzę na górę. Trasa świetna na skiturową wycieczkę, lecz pogoda najgorsza z całego tygodnia (mgła). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid - Ferie w Korbielowie|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjazd pod hasłem ,,nic nie musimy”. Do Korbielowa pojechaliśmy bez konkretnego planu, jednak z kilkoma pomysłami na spędzenie czasu. &lt;br /&gt;
Poza leniuchowaniem i nadrabianiem zaległości kinematograficznych, które zdecydowanie dominowały na tym wyjeździe udało nam się odbyć kilka wycieczek. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotę stanowiliśmy grupę wsparcia dla grupy wsparcia skiturowców mierzących się z ,,tryptykiem beskidzkim”. Co oznacza jedynie to, że uchroniliśmy Teresę i Heńka przed kilkugodzinnym marznięciem w samochodzie w oczekiwaniu na Damiana i Michała. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W poniedziałek w czasie kiedy Łukasz zagłębiał tajniki jazdy na nartach, ja postanowiłam bliżej zapoznać się ze skiturami. W czasie dwugodzinnej wycieczki udało mi się pokonać około połowę drogi na Pilsko, zanim uznałam, że muszę się pospieszyć, żeby wrócić na umówioną godzinę. Pogoda dopisywała, miałam dobry widok na Babią Górę i jeszcze lepszy na Tatry. Na drogę powrotną wybrałam nartostradę, którą podchodziłam.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
We wtorek oboje z Łukaszem wybraliśmy się na Pilsko (na nogach), podchodziliśmy wzdłuż nartostrady, tak jak ja dzień wcześniej na nartach, skracając sobie jednak drogę od czasu do czasu przecinając las i nieczynną jeszcze linię krzesełkową. W schronisku na Hali Miziowej zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby się rozgrzać i przygotować na spotkanie z białą śnieżno-mgielną ścianą. Na szczyt udało nam się dotrzeć bez problemów, jednak byliśmy nielicznymi, którzy zapuścili się poza linię najwyższego wyciągu.  Szlak od nieszlaku dało się rozpoznać po tym, że zapadaliśmy się nieco płycej w śniegu (po zboczeniu okazało się, że jesteśmy powyżej kosówki w której lądowaliśmy do pasa). &lt;br /&gt;
Na drogę powrotną wybraliśmy szlak niebieski biegnący wzdłuż granicy PL-SK. W miejscu w którym dobijał on z grani był zupełnie nie przetarty, schodząc nim mieliśmy ubaw po pachy (śniegu zresztą prawie też) lądując co chwilę w śniegu. Z powodu mgły nie szło odróżnić gdzie kończy się ziemia, a zaczyna powietrze. Jedynym wskaźnikiem drogi był dla nas GPS. Niżej, w miejscu połączenia z czerwonym szlakiem widoczność się poprawiła i już bez przygód wróciliśmy na kwaterę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W środę przenieśliśmy się na jeden dzień w Tatry. Tam między innym odbyliśmy spacer nad Smreczyński Staw. Po obiedzie odwiedziliśmy jeszcze Ryśka i Marzenę, którzy spędzali w tamtej okolicy ferie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pozostałe dni spędziliśmy na jeżdżeniu na nartach. Jedynie ostatni dzień zasługuje na uwagę. Pragnąc zaznać trochę mocniejszych wrażeń zdecydowaliśmy się zmienić stok i zjechać na nartach z Hali Miziowej. Jadąc wyciągiem zweryfikowaliśmy plany i zjazd rozpoczęliśmy z Hali Szczawiny. Z dołu widzieliśmy wyjeżdżoną trasę dlatego wielki znak ,,TRASA ZAMKNIĘTA”, minęliśmy niemalże z pogardą. Po drodze przeprosiłam w duchu osobę, która go stawiała walcząc na wąskim zjeździe z lodowymi połaciami usypanymi kamieniami lub lawirując między drzewami próbując je ominąć. I jeszcze raz na końcu, wykręcając nogę z narty, która się zablokowała przy próbie skrętu na dość stromym lodzie. Moja próba założenia narty była na tyle długa, że Łukasz rozpoczął misję ratunkową w moim kierunku. Cale szczęście zjechałam nim zaczął na poważnie podchodzić. Po tym ekstremalnym dla mnie zjeździe zastanawiam się czy takie przygody bardziej mnie zniechęcają, czy zachęcają do takich zabaw. Za to w oczach Łukasza na pewno widziałam błyski ekscytacji. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2Fkorbielow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Skrzyczne od wschodu|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Majewicz|22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeżeli można by pisać poematy na temat skitouringu to przebyta przez nas trasa na pewno na to by zasłużyła. Każdy kto od kotliny Żywieckiej mija ten szczyt musi zobaczyć białe i strome zbocza opadające na wschód z tej największej w Beskidzie Śl. góry. Zachodnie zbocza są do granic możliwości skomercjalizowane przez gestorów wyciągów narciarskich podczas gdy tu są totalne pustki. Startujemy z Słotwiny głęboko wciętą  doliną między Niesłychanym Groniem a Palenicą. Leśna droga wkrótce ucieka w bok  a my podążamy przez rzadki las w stronę owych stromizn. Wyżej śniegu w bród. Jest tu kilka starych śladów narciarskich lecz człowieka nie spotykamy. Zakosami po starym wiatrołomie windujemy się ostro w górę osiągając zakręt niebieskiego szlaku i wkrótce szczyt pełen przywyciągowaych narciarzy. Tu tylko przepinaka i po przełknięciu śliny (z wrażenia przed czekającym zjazdem) ruszamy w dół. Mając w zespole lekarza ortopedę i pielęgniarkę można sobie pozwolić na trochę więcej swawoli. Na początku „tatrzańskimi” stromiznami wśród rzadkich drzew a potem przez rozległe polany dające niesamowite poczucie wolności śmigamy w dół ku naszej dolinie pogrążającej się w cieniu  kończącego się dnia. Gdzieś daleko na południu błyszczały Tatry a Babia i Pilsko wydawały się być w zasięgu ręki. Szybko tracimy wysokość pisząc nartami na śniegu linie naszej fantazji. Śnieg jest bardzo nośny więc gdy wyskakujemy na leśną drogę zjazd do auta trwa zaledwie kilka chwil.  Uff...! Co za upojny dzień.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne-Slotwina&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Kraków - jaskinia Twardowskiego i inne|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, w Krakowie - Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska (SŁ)|21 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odwiedzamy wzgórze Twardowskiego przechodząc szlak okrężny. Zaglądamy do jaskini Twardowskiego lecz tylko tam gdzie za nadto nie trzeba się tarzać. Udaje mi się w niej walnąć głową o strop do tego stopnia, że poczułem jak głowa wciska się z 2 cm do karku (nie miałem  kasku). Później idziemy na zalew Zakrzówek a następnie zerkamy do jaskini Wiślanej. W okolicy rozkopanych jest jeszcze kilka innych otworów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drugiej części dnia przenosimy się do centrum. Przechodzimy przez Wawel i stare miasto by w Instytucie Konfucjusza Uniwersytetu Jagiellońskiego w kameralnej atmosferze posłuchać prelekcji dot. Chin oraz je przeprowadzić.  Mateusz opowiadał o polskiej eksploracji jaskiń w Chinach a ja o wędrówce rowerowej przez ten kraj. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FKrokow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - samotne wycieczki skiturowe|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 15 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wychodzę na Kondracką Przełęcz od strony dol. Małej Łąki. Do Wielkiej Polany spotykam cztery osoby. Potem muszę torować, bo na świeżym śniegu nie ma nawet śladu śladów. Na grani pusto, kolejnych ludzi widzę dopiero na zjeździe (po moich tropach na popołudniowy spacer po dolinie wybrało się kilka grupek). Pierwsze 100 m zjazdu z Przełęczy to wymagające lodowe kalafiory, przykryte świeżym śniegiem. Potem czekała mnie dosyć puchowa przygoda, choć miejscami musiałem przesmykiwać się pomiędzy wystającymi kamieniami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę od strony dol. Chochołowskiej wchodzę na Iwaniacką Przełęcz i dalej na Suchy Wierch Ornaczański. Choć podobnie jak poprzedniego dnia, początek zjazdu był nieco trudny, to dalej już trafiłem w pyszny puch. Tym razem kamieni nie było, ale w momencie, w którym zjeżdżałem, opad śniegu akurat się wzmógł i znacząco spadł kontrast, więc i tak musiałem jechać dosyć powoli.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Jaworzyna w Worku Raczańskim|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Teresa Szołtysik, Jacek Copik (os. tow.) |15 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z zasypanej śniegiem Rycerki Górnej zagłębiamy się w dolinę Śrubity. W górnej części doliny skręcamy stromo do góry na grzbiet Kołyski a nim do granicznego grzbietu. Celem była Jaworzyna (1174), która osiągamy. Stąd zjazd początkowo drogą podejścia a potem na przełaj w dół do doliny Abramów po przepięknym puchu w rzadkim bukowym lesie. W dolinie jest tyle śniegu, że na łagodnym stoku nie da się swobodnie zjeżdżać. Później jednak docieramy do drogi z Przegibka gdzie jest w miarę przetarte. Do auta docieramy „łyżwą” w coraz bardziej padającym śniegu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FJaworzyna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Skiturowy maraton przez „tryptyk beskidzki”|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik (na długiej trasie), Heniek Tomanek, Teresa Szołtysik (na krótszej trasie), Łukasz Piskorek, Asia Przymus (na kwaterze w Korbielowie)|14 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Babia Góra (1725), Mała Babia Góra (1517) i Pilsko (1557) to trzy najwyższe szczyty Beskidów. Zrobienie ich na skiturach w ciągu jednego dnia wydało nam się dość ambitnym planem, który był następujący: Heniek podrzuca nas autem do Zawoji. On i Teresa robią turę narciarską przez Mosorny Groń a potem odbierają nas z mety w Korbielowie. My natomiast po kolei zdobywamy Babią Górę, Mł. Babią Górę, zjeżdżamy na Słowację do dol. Polhoranki by następnie wdrapać się na Beskid Krzyżowski (923) i zjechać do Korbielowa. Stąd podejście na Pilsko i zjazd ponownie do Korbielowa. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda była taka sobie. Prószył śnieg, pochmurno. Ruszamy dość późno tj. o godz. 9.00. Szczyt Babiej osiągamy o 11.30 po pokonaniu pełnej nawisów przeł. Brona a potem po ostrej walce na lodowych kalafiorach w zimnym wietrze i kiepskiej widoczności. Kopuła szczytowa niemal całkowicie wywiana  z śniegu. O dziwo było tu kilka osób. W dół najpierw schodzimy po piargach a potem zjeżdżamy po lodowej tarce gdzie każdy skręt był loterią a Michał zaliczył nawet bliski kontakt z zlodzonym kamieniem. Widoczność była fatalna i mimo, że staraliśmy się wypatrywać tyczek to i tak udało nam się zapędzić na słowacką stronę na szlak do Slanej Vody. Po odrobieniu wysokości docieramy nie bez problemów z powrotem na przeł. Brona. Zjazd wcale nie był wiele krótszy od podejścia. Na Babiej byliśmy zimą wiele razy lecz nigdy nie zastaliśmy tak fatalnych warunków narciarskich. Wyjście na Mł. Babia (Cyl) obyło się bez przeszkód. Stąd mamy przepiękny (nie licząc poprzecznych zasp), długi zjazd zupełnie nietkniętym śniegiem na Jałowcową przełęcz i dalej na przełaj do słowackiej doliny Polhoranki. Dolina jest piękna, zwłaszcza, że nagle oświetliło ją słońce. Po kilku kilometrach niemal poziomego terenu skręcamy na graniczne pasmo. Po nieskalanych, głębokich śniegach torujemy w stronę Beskidu Krzyżowskiego, który udaje nam się bezbłędnie osiągnąć. Łagodny zjazd do Korbielowa już w zapadającym zmroku. Dalej doliną Buczynki maszerujemy na Halę Miziową już solidnie zmęczeni dość szybko docieramy do schroniska gdzie robimy półgodzinny odpoczynek. W całkowitych ciemnościach ruszamy jeszcze na szczyt Pilska. Profilaktycznie wbijamy do GPSa ostatni słup wyciągu narciarskiego bo Pilsko to zdradliwa góra (dla przestrogi warto przeczytać historię tragedii z roku 1980 - http://www.wgorach.com/?id=66219 ). W wietrze i padającym coraz mocniej śniegu docieramy na szczyt słowackiego Pilska. Szybka przepinka, selfie i mkniemy w dół. Wydawało nam się, że zjeżdżamy w dobrym kierunku lecz gdy zbocze zaczęło robić się stromsze a w świetle naszych czołówek nie pojawiła się żadna tyczka zaglądamy na GPS. Szok. Odbiliśmy w bok o 633 metry od ostatniego nabitego punktu. Znów długi trawers w zablokowanych butach. Dopiero gdy ujrzeliśmy ostatni słup wyciągu odetchnęliśmy z ulgą. Dalej zjeżdżamy nartostradą aż do Korbielowa gdzie czekał na nas Heniek z Teresą. Była godzina 20.30. Pokonaliśmy 42 km i 2478 m deniwelacji. W domu jesteśmy przed północą. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2017/Tryptyk&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Heniek z Teresą w tym czasie podeszli szlakiem na Mosorny Groń (przerwa na posiłek w stacji turystycznej) i dalej na Cyl Hali Śmietanowej (1298). Stąd zjechali na Brożki i dalej na przełaj pełnym wykrotów lasem do Polcznego. Potem drogą z buta pod wyciąg Mosorny Groń. Heniek na lekko skoczył po auto i wrócił po Esę i sprzęt. Następnie pojechali do Korbielowa gdzie czekając na „martończyków” zagościli u naszych klubowych przjaciół: Łukasza Piskorka i Asi Przymus, którzy akurat spędzali tam ferie. Gdy tylko cała ekipa skiturowa znalazła się na dole wróciliśmy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FMosorny&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl.- Skrzyczne_Skitura|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spontaniczny wyjazd, uzależniony od decyzji teściów...Udało się i rano po 7 wyruszamy spod domu. Temp. -25 st nie zachęcała do opuszczenia auta w Szczyrku, jednak na podejściu nie było już tak źle. Pod szczytem wiatr był już nieco bardziej okrutny. W schronisku ogrzewamy się w towarzystwie wielu narciarzy i po chwili szybko ruszamy w dół. Zjazd nartostradą wyśmienity. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Czantoria na nartach od Bucznika|Teresa, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik, Agnieszka Kurdziel-Sarnecka (AKG) |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Czantorii byliśmy już wiele razy z różnych stron lecz tym razem podeszliśmy zupełnie nową trasą w dość odosobnionym terenie. To dolina Gahury (w górnym biegu zwana Bucznikiem). Wystartowaliśmy klasycznie od parkingu pod wyciągiem, potem kawałek niebieską nartostradą i dość długim trawersem zakończonym nie długim zjazdem (na fokach) do doliny Bucznika. Doliną podchodzimy na nartach w zupełnie nieprzetartych śniegach stromo do góry osiągając wierzchołek Czantorii (995) niemal przy samej wieży.  Szlak podejścia okazał się bardzo ciekawy. Przy dobrych śniegach będzie tu przepiękny zjazd. Z szczytu najpierw szlakiem a później nartostradą smagani mroźnym powietrzem osiągamy w kilka chwil parking gdzie zostawiliśmy auto. Tym razem było cieplej, ok. –17 st. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FCzantoria&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry – obóz zimowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska, Teresa, Paweł i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus, Iwona Czaicka, &amp;lt;u&amp;gt;Karol Pastuszka&amp;lt;/u&amp;gt;, Sylwester Siwiec, Mateusz Golicz, Piotr Strzelecki, 2 Żagańskie Bobry, Bogusia Chlipała z TPNu|05 - 08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień Pierwszy słowami Iwony'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszy dzień obozu zimowego spędziliśmy na szkoleniu lawinowym. Ze względu na niezbyt zachęcającą temperaturę powietrza wynoszącą prawie -30st oraz ogłoszony 3 stopień zagrożenia lawinowego, pierwsza część szkolenia odbyła się na Kalatówkach. Najpierw słuchaliśmy wykładu Mateusza m.in. na temat lawinowego ABC, plecaka ABS (w tym momencie Karol się rozmarzył na myśl o odpaleniu plecaka) grzejąc się w ciepełku hotelu/schroniska. Następnie już na zewnątrz Bogusia Chlipała z TPNu opowiadała nam o zasadach korzystania z detektorów i sond, po czym  wbiegaliśmy na pole z zakopanymi detektorami wysyłającymi sygnał, z sondami wzniesionymi jak dzida u człowieka pierwotnego wyruszającego na polowanie. A jaka radość była przy znalezieniu zakopanego punktu! Ćwiczyliśmy na pojedynczych „ofiarach lawin”, jak i na mnogich. Dla urzeczywistnienia sondowania człowieka wykopaliśmy jamę śnieżną, gdzie schował się Sylwek, a potem Paweł. Mogliśmy wyczuć miękkie odbijanie sondy od człowieka i wbicie sondy w powietrzną jamę. Po tych atrakcjach znowu schowaliśmy się do hotelu. Tam posłuchaliśmy dalszej części wykładu na temat, jak poruszać się po górach, żeby uniknąć lawiny i co zrobić, jeśli już zejdzie. Ku największej uciesze Karola, Bogusia zaprezentowała nam mammutowy plecak lawinowy, pozwalając go uruchomić. Mnie w tamtej chwili tylko brakowało wnętrza – stroju Supermana, może by wtedy nawet się supermoc uruchomiła i by odleciał ;)&lt;br /&gt;
Na dalszą część szkolenia przeszliśmy spacerkiem na Nosal i niedaleko ćwiczyliśmy obsługę czekana. Imitowaliśmy wszelkie zjazdy, nogami w przód, głową, na plecach, na brzuchu. A i tak najlepiej było na jabłuszku.  Próbowaliśmy założyć stanowiska z czekanów, taśm, grzyba śnieżnego – w naszym wykonaniu i takim śniegu ja bym im nie zaufała :)&lt;br /&gt;
Po wszystkim korzystając, że skończyliśmy nie za późno pojechaliśmy na obiad, gdzie dołączył do nas Piter.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Temperatura nie była aż taka nieznośna, na jaką wydawać by się mogła. Choć myśl, że w kolejny dzień wejdziemy do stosunkowo ciepłej i przytulnej jaskini dodawała otuchy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień pierwszy oczami Damiana'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień szkoleniowy. Całą ekipą spotykamy się w Kuźnicach i razem podchodzimy na Kalatówki. Temperatura oscylowała wokół –20 st. więc wykład Mateusza na temat zagadnień lawinowych w przytulnym kąciku schroniska był bardzo na miejscu. W końcu jednak wyszliśmy na mróz i obok schroniska ćwiczyliśmy na „poletku lawinowym” specjalnie przeznaczonym do tego typu szkoleń. Jest tu specjalna konsola pozwalająca na losowe szukanie „ofiar” a w terenie pod śniegiem zasypane są „ofiary” z pipsami. Bogusia Chlipała (TPN) zademonstrowała na Karolu plecak wypornościowy Jet Force. Po części lawinowej przenieśliśmy się na Nosala gdzie na nieczynnej od dawna nartostradzie próbowaliśmy ćwiczyć hamowanie czekanem tudzież chodzenie w rakach. Śnieg był kopny więc niezbyt dobrze to szło (posiłkowaliśmy się nawet „jabłuszkiem”) lecz każdy mógł wykonać niezbędne w danej sytuacji ruchy. O zmroku zjeżdżamy (Mateusz,  Damian, Esa, Paweł na nartach a Asia na „jabłuszku”)/ schodzimy (reszta) do Zakopca. Ja wracam z Esą do domu a reszta ekipy zostaje na następne dni by zrobić przejścia jaskiniowe lub wycieczki skiturowe. Opisy z akcji jaskiniowych zapewne się pojawią. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSzkolenie-zimowe&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi według Sylwestra - Jaskinia Miętusia'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po całkiem rozrywkowym dniu pierwszym, przyszedł czas na poważniejsze wyzwanie- Jaskinię Miętusią. Dojście do otworu nie było specjalnie trudne. Wystarczyło przebrnąć przez głęboki śnieg i nie zwracać uwagi na śmieszne minus dwadzieścia kilka stopni. Dolina Miętusia raczyła nas swoimi mroźnymi urokami. Tu ładnie ośnieżone zbocze, tam schowany szczyt za kłębami poszarpanych chmur. No ogólnie było na co popatrzeć. Doszliśmy w dobrym czasie pod Dziurawego i po krótkim lawirowaniu między drzewami stanęliśmy przed otworem. Przebierając się w tak ekstremalnym zimnie, z zaskoczeniem zauważyłem, że wcale nie jest mi zimno. Dopiero w przedsionku jaskini, w tzw. „Rurze”, gdy pomagałem Asi założyć czołówkę na kask, szybko straciłem czucie w palcach. Rada dla innych: lepiej bez czucia nie majstrować przy zatrzaskach na kasku, bo można sobie zrobić krzywdę. :) Rura była ogólnie super, trochę jak zjeżdżalnia w aquaparku, tylko lód zamiast wody. Bez większych problemów dotarliśmy do Sali bez Stropu. Tam chwila relaksacji i znowu ruszyliśmy w dół. Poręczując po kolei kolejne odcinki dotarliśmy do wejścia do tzw. Wielkich Kominów. Karol zanurzył się w kolejnej czeluści, w której miało ostro lać, ale po paru minutach Mateusz postanowił zmienić plany i ostatecznie Karol musiał wyleźć znowu do nas na górę. W tym czasie minęliśmy się z inną grupą grotołazów, która po kilku kurtuazjach zniknęła nam z oczu za Błotnymi Zamkami. Zamiast Wielkich Kominów mieliśmy zaporęczować przynajmniej część Korytarza Trzech Króli. Ten zaszczyt przypadł mnie. Wróciłem pierwszy do Sali bez Stropu i stamtąd miałem zapieraczką wspiąć się osiemnaście metrów wyżej, asekuracją miał się zająć Karol. Już dojście do miejsca, skąd miałem rozpocząć wejście przysporzyło nam nie lada gimnastyki. Nie byłem pewien, czy dam radę, ale w sumie okazało się, że się udało. Już oszczędzę czytelnikom szczegółów, jak wydawałem z siebie dziwaczne odgłosy rodzącej kobiety i chichoczącego do siebie psychopaty- co te jaskinie robią z człowiekiem?! Najciekawszym jednak zjawiskiem, które się objawiło po przebytym chwilę wcześniej wysiłku, było niemal namacalnie przeze mnie doświadczone spowolnienie procesów myślowych, co nie zostało bez konsekwencji. Najpierw, zupełnie niepotrzebnie, spowolniłem całą grupę nie poręczując od razu kolejnego odcinka, by następnie zamiast zawiązać podwójny zderzak, zawiązać coś co sam później nazwałem „psim ogonkiem”. Ale czułem, że coś jest nie tak. Wiążę, wiążę i sobie myślę: „ Nieee, coś za szybko mi poszło. Zawsze dłużej musiałem się napocić przy tym węźle.” Z wyglądu też był jakiś podejrzany, ale jednak zjeżdżam na tym „psim ogonku” trochę niżej i  oglądając się za Mateuszem widzę jak dość energicznie gimnastykuje palce przy moim węźle. Na moje pytanie odpowiada uspokajająco: „ Nie, nie, wszystko ok…. ale ty tam jesteś do czegoś teraz przypięty?” – Ahaa, czyli schrzaniłem! Z poczuciem zażenowania i kolejnej wtopy muszę żyć do dziś. Zeszliśmy wreszcie do jakiejś niezbyt dużej półeczki i stamtąd mieliśmy rozpocząć wyjście na powierzchnię. Deporęczowaniem zajęła się Iwona z asystą Mateusza. Ja, Karol i Asia mieliśmy nie oglądając się na nich wychodzić jak najszybciej. Nie trzeba było nam tego dwa razy powtarzać. Wyście raczej było dość standardowe i nie ma się tu o czym rozpisywać. Jedynie przejście przez lodową Rurę było karkołomne. Po wyjściu było już ciemno, wciąż bardzo zimno, ale chociaż nic na nas nie padało, ani nie sypało z nieba. Szybko się przebraliśmy i żwawo ruszyliśmy szlakiem do cywilizacji. Zabawne, jak wiele w człowieku jest pokładów energii, gdy chodzi o chęć jak najszybszego wydostania się skądś. Przystanęliśmy jednak w Dolinie Miętusiej dwa razy, by zawiesić na dłuższą chwilę oczy na widowiskowo gwiaździste niebo i błyszczący księżyc oprawione w klimatyczną zimową ramkę. Na dobry koniec wywinąłem jeszcze orła na prostej drodze i tyle. Wróciliśmy do ciepła, miękkiej pościeli i zapasów jedzenia. Tak, tego po całym dniu było nam potrzeba. :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi - wycieczka skiturowa Prezesa i Ali'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Około 7:00 budzi nas pakowanie się kursantów wybierających się do Miętusiej, ale obracam się tylko na drugi bok. Jednak błękitne, czyste niebo nie pozwala leżeć długo w łóżku. Więc nie spiesząc się jemy śniadanie i powoli się pakujemy. Po chwili wraca Piotrek, który niosąc ciężki plecak nie potrafił się nawet rozgrzać podczas podejścia do Miętusiej. Piekielny mróz daje o sobie znać po raz pierwszy tego dnia lecz na drugi i trzeci raz nie każe długo czekać – samochód nie odpala. Prosimy więc Piotrka żeby podjechał swoim autem w celu podładowania akumulatora – jego też nie odpala. Odpala za to sąsiadka i pozwala się podłączyć – jeszcze raz dziękujemy. Przez poranne zawirowania jest już 11:00 i zastanawiamy się czy nie olać wycieczki i póki auto działa wracać do Zabrza, choć tak naprawdę to zastanawialiśmy się czy wycieczka w takiej temperaturze (-20, odczuwalna -30) w ogóle będzie przyjemnością. Ostatecznie decydujemy się zaryzykować, w końcu zaplanowana  wycieczka jest idealną na warunki tego dnia (trójka lawinowa i idealna widoczność), pomijając oczywiście arktyczny mróz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na parkingu Brzezinach czaka na nas ostatnie wolne miejsce. Idziemy czarnym szlakiem w kierunku Murowańca, lecz już na Psiej Trawce odbijamy czerwonym szlakiem za wschód przez Dol. Pańszycy i Waksumndzką Polanę do Rówieni Waksumndzkiej, gdzie zielonym już szlakiem na szczyt Gęsiej Szyi. No właśnie, ktoś z Was wie co to i gdzie to? Otóż szczyt ten leży pomiędzy Dol. Pańszczycy i Dol. Złotą, od północy otoczony Dol. Filipki, zaś od południa Dol. Waksmundzką. I co, dalej nic…? I właśnie dlatego jest tam tak urokliwie. Ze szczytu rozpościera się kapitalny widok na Koszystą i Wołoszyn oraz szeroka panorama od wydających się być na wyciągnięcie ręki Tatr Bielskich, przez Jaworowy, Lodowy, chyba Gerlach, Ganek, Wysoką, Rysy … aż po sam Giewont. Świetna lekcja topografii.   &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Dzięki korzystnemu położeniu na wprost wylotu Doliny Białej Wody oraz wzniesieniu nad Dolinami Białki i Filipki – jest niepozorny szczyt lesistego regla, zwanego Gęsią Szyją – jednym z najwdzięczniejszych punktów widokowych. Podobny, jakkolwiek mniej rozległy widok rozpościera się z leżącej niżej Polany Rusinowej. Na polanie szałasy pasterskie, piękne miejsc na odpoczynek południowy.” Tadeusz Zwoliński Zima w Tatrach&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zjazd ze szczuty Gęsiej Szyi na Rusinową Polanę, choć krótki dostarcza naprawdę wiele radości. Z polany roztacza się bardzo podobna panorama co ze szczytu, która naprawdę hipnotyzuje. Tutaj skracamy nieznacznie klasyczny wariant wycieczki i odbijamy na niebieski szlak w kierunku Dol. Złotej, zatrzymując się jeszcze na wybornej herbatce w Sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr na Wiktorówkach. Stamtąd zjazd szeroką drogą leśną, cały czas na nartach, aż do drogi. Zdążamy jedynie wypiąć się z nart i łapiemy busa z powrotem do Brzezin. Auto odpala od strzału – uff. &lt;br /&gt;
Wracamy przez zupełnie nieznane mi wsie i prowadzeni przez nawigację omijamy zatłoczone Zakopane i sąsiednie wsie. Dalej droga zupełnie pusta. W samochodzie robi się w miarę ciepło dopiero za Jordanowem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na zakończenie: Planując wycieczkę w takie mrozy warto się solidnie przygotować i jak zawsze mieć kilka planów awaryjnych. W tym wypadku termy były wybitnie kuszące – stroje mieliśmy w samochodzie. Foki nawet nie próbowały się przykleić do nart, ale jakoś trzymały i nie dało się odczuć uciążliwości z tym związanych. Ale następnym razem schowam je za pazuchę. Podczas całej wycieczki tempo było naprawdę szybkie, a mimo to nawet się nie spociłem. Każdy postój powyżej minuty niemile zamrażał. Jedynie zjazd i piękne widoki rozgrzewały ciało i umysł.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FGesiaSzyja&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień trzeci według Karola - Jaskinia Zimna'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trzeci dzień obozu wybraliśmy się do jaskini Zimnej. Pierwotnie planowaliśmy przejście jaskini aż do Wideł. Plany duże, ale analizując możliwości i dostępny czas, Mateusz zadecydował, że schodzimy do Chatki.&lt;br /&gt;
Pobudka, śniadanie i wpakowanie szpeju do auta. Jak przez ostatnie 2 dni, pogoda nie zachęca, aby wyjść na zewnątrz. Mało kto ma ochotę, żeby wychodząc z pod ciepłej kołderki ładować się na – 26 stopni. Piter po zapoznaniu się z panującą na zewnątrz aurą ponownie przejmuje rolę kwatermistrza, jednakże z tym wyjątkiem, że tym razem nie organizuje nam niespodzianki w postaci rosołku. Po pierwszym szoku temperaturowym dochodzimy do siebie i już na szlaku robi nam się ciepło. Zaletą „zimowych” jaskiń jest na pewno ich dogodne położenie. Zamiast wyprawy mamy spokojny spacer i po dłużej chwili stoimy już pod wyjściem z jaskini Mroźnej. Temperatura mobilizuje do szybkiego przebrania się.  Plecaki zostawiamy w przebieralni i myk do korytarzyka. Ze względu na to, że we wrześniu doszliśmy do zalanego ponoru, powrót do niego przebiega sprawnie. Po dojściu  do Błotnego Progu, zaczynamy wspinaczkę. 13 m nie stanowi wyzwania, choć obłocone skały i gumiaki nie są pomocne. Dalej Sylwek bez przeszkód pokonuje Próg Wantowy i dochodzimy największej trudności, czyli Czarnego Komina. Nie ukrywam, że miałem duże wątpliwości, czy dam radę go zrobić. Zdarzało mi się rezygnować na jurze z niektórych „piątek” bo były za wymagające, a taka trudność spotkana w jaskini może dopiero przyprawić człowieka o czarne myśli. Może przez to ten fragment jaskini nazywany jest Czarnym Kominem? Zamieniam gumiaki na butki wspinaczkowe i cisnę. Z kilkoma przerwami udaje się zrobić pierwszy wyciąg i o dziwo czuję nie dosyt. Dalej ciśnie Iwonka, której trudność dopiero sprawia Szklany Prożek (przed którym strasznie marudzi i wyżywa swoją złość na bogu ducha winnym asekurującym;) ), ale ostatecznie z nim wygrywa. Jaskinia Zimna sprawia w gruncie rzeczy wiele frajdy, ze względu na wspinaczkowe urozmaicenia. Nie jest nudno. Taka Beczka, czy Biały Prożek potrafią dostarczyć dreszczyku, nawet czasem bardziej od kolejnej studni;) Chyba jedyny poważny zjazd, to zjazd do Chatki. Tam po krótkim odpoczynku pada szybkie polecenie: „Wychodzimy”. W Zimnej ćwiczymy techniki zjazdu na złodzieja i przeciwwagę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Lipowski Wierch na skiturach|&amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;, Justyna (os.tow.)|02 01 2017}}&lt;br /&gt;
Podejście na nartach zielonym szlakiem z Żabnicy na Rysiankę. Tu odpoczynek w schronisku. Dalej na Lipowski Wierch (1324) i już w zapadającym zmroku oraz przy śnieżnej zadymce zjazd na przełaj wprost na północ do doliny Żabnicy. Okazało się to nie zbyt dobrym pomysłem bowiem zbocze jest pełne wykrotów lub gęsto zalesione a w dodatku śnieg mocno zlodzony. Czasem trzeba zdjąć narty. Udało się jednak zjechać do auta gdzie czekała straż leśna. Widząc światła czołówek w miejscu gdzie turystów się nie spotyka sądzili, że w lesie grasują kłusownicy. Wszystko jednak zakończyło się pomyślnie. Zdjęcia wkrótce.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitury w Szczyrku|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;; Ala Kucharska + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejnego Sylwestra przyszło nam spędzić w Szczyrku. Przyjeżdżamy już w piątkowy wieczór. Niestety po ciemku ciężko było ocenić warunki śniegowe, więc dopiero rano wybieramy trasę. Pada na Skrzyczne od Czyrnej bez szlaku. Narty zakładamy gdzieś w 1/3 drogi. Na szczycie popas, spotykamy znajomych i podziwiamy widoki. Następnie przejazd granią na Małe Skrzyczne, zjazd na Halę Skrzyczeńską i Bieńkulą do Czyrnej. „Nieczynna” Bieńkula okazała się być lepiej (naturalnie) przygotowana niż gdy zabiera się za to obsługa wyciągów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę robimy jedynie krótką przechadzkę z nartami (część osób z dupolotami) granią w kierunku Beskid Ski Areny i Chaty Wuja Toma. Ludzi na szlaku sporo. Śniegu coraz mniej, więc końcowe odcinki muszę zjeżdżać stylem Damiana.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocne wyjście na Błatnię|Sonia i &amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście ok. 22 od Jaworza szlakiem na Błatnię. Szlak zlodzony, wyżej śnieg. Mimo to do góry podążało wiele innych osób. O północy na wierzchołku rozpalono potężne ognisko a Nowy Rok witało około 100 osób. Zejście tą samą drogą przed świtem do auta zostawionego w pobliżu &amp;quot;szałasu pod Błatnią&amp;quot;. Przed południem pobudka, celebracja posiłku i powrót do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FBlatnia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocny rajd skiturowy po Skrzycznem|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;; Na Młakach w chatce - Tadek, Basia, Adam, Ania Szmatłoch|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Sylwestrowa noc, cudowne, rozgwieżdżone niebo, mróz, skrzypiący śnieg - oto sceneria jakiej doświadczyliśmy udając się w narciarską wędrówkę po masywie Skrzycznego (1257). Z Czyrnej najpierw stokową drogą, na której założyliśmy narty i dalej jakimiś leśnymi duktami udaje nam się wydostać na Jaworzynę. Stamtąd nartostradą na szczyt. Oprócz kilku skuterów śnieżnych i zagubionych pieszych jest generalnie pusto. Najbardziej stromy odcinek był tak zalodzony, że bez harszli nie było szans. Tu zdejmujemy narty i wykuwając stopnie z niemałym wysiłkiem pokonujemy stromiznę. Tu również zastaje nas północ. Jak okiem sięgnąć pod nami pojawia się nagle feeria milionów kolorowych fontann. Witaj 2017! Dalej bardziej połogiem stokiem docieramy na sam szczyt Skrzycznego celowo omijając schronisko pełne gawiedzi. W trakcie podejścia kilka razy telefonicznie rozmawiamy z Heńkiem Tomankiem, który z Sonią podchodził z buta na Błatnię. Na szczycie spotykamy kilku skiturowców, którzy widać wpadli na podobny pomysł co my. Szybko przepinamy się do zjazdu bo wiatr nie zachęcał do dłuższego delektowania się nocnymi widokami. Znów zimny powiew na twarzy bo narty chyżo niosły nas po zmarzłym śniegu w dół. Zjeżdżamy na Halę Skrzyczeńską a później &amp;quot;zamkniętą&amp;quot; nartostradą w stronę Czyrnej. Po drodze Na Młakach zajeżdżamy wprost pod chatkę Adama i Ani gdzie paliło się ognisko a my załapujemy się na gorącą herbatkę. Po miłej pogawędce wśród klubowych przyjaciół wskakujemy na narty i docieramy na nich do samego auta  . Uwagi: w lesie generalnie śniegu mało a do sensownego zjazdu póki co nadają się tylko nartostrady i to niektóre (tak to przynajmniej wyglądało nocą). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Babia Góra – Sylwester|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Dariusz Rank&amp;lt;/u&amp;gt;; + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście z Krowiarek ustalamy na godzinę 20:30. Dla mnie to już drugi sylwester, który będę spędzać na szczycie Królowej Beskidów. Poprzedni był już lata temu i należał do tych najlepszych, więc chętnie odświeżę wrażenia. Już na początku widać różnicę. Poprzednio na Krowiarkach ukazały nam się rozstawione namioty i ludzie, którzy krzątali się tu i ówdzie coś gotując czy przygotowując się do wyjścia na szczyt. Od kilku lat w miejscu, gdzie kiedyś była polana, znajduje się zagospodarowany parking. Również i w tym roku ujrzeliśmy na Krowiarkach ludzi przygotowujących się do wyjścia z tą małą różnicą, że namioty zostały zastąpione samochodami. Cóż, może i mniej klimatyczne, ale zmian zatrzymać nie sposób.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wszyscy pojawiają się punktualnie, więc możemy wyruszyć bez zbędnych opóźnień. Po krótkim podejściu zrzucam z siebie zbędne warstwy odzieży, i aż do Sokolicy podchodzę w lekkim softshellu. Na sokolicy obowiązkowo zdjęcie grupowe i pierwszy nieco dłuższy postój. Tu dosięgają nas pierwsze mocniejsze podmuchy wiatru, więc trzeba zarzucić na siebie kurtkę. Na dzisiejszą noc na Babiej zapowiadają ok. -10 stopni, ale wiatr ma się wzmóc dopiero po północy. Trafia się nam swego rodzaju okno pogodowe, bo na te dwa dni pogoda bardzo się poprawia. Kilka dni wcześniej sypał śnieg, kilka dni później znowu zapowiadają opady i znaczne ochłodzenie, a nam trafia się zupełnie bezchmurna noc. Szkoda tylko, że księżyc był w nowiu, no, ale wszystkiego mieć nie można.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Sokolicy meldujemy się o 21:30, a więc w miarę punktualnie. Do północy jeszcze daleko a czas mamy bardzo dobry, więc strategicznie proponuję iść nieco wolniej, aby nie być na szczycie za szybko. Pamiętam warunki z poprzedniego sylwestra, kiedy to na szczyt weszliśmy jakieś 15-30 min przed północą i tak wiało, że nie byliśmy w stanie wytrzymać bez ruchu. Musieliśmy zacząć schodzić aby nie przemarznąć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tym razem kolejny nieco dłuższy postój robimy na Kępie. Krótka sesja fotograficzna na sznur czołówek ciągnący się od Sokolicy. Zaczynam żałować, że nie zabrałem statywu. Miało być light&amp;amp;Fast, ale te kilka dodatkowych gramów by mnie nie zbawiło. Zakładam na siebie buffa i ruszamy w górę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupa szybko nam się rozciągnęła. Ja widząc oczami wyobraźni tysiące okazji do upolowania ciekawego ujęcia schodzę nieco na bok i przepuszczam pozostałych. Szukam w pobliżu szlaku jakiś kamieni, barierek, tyczek. Czegokolwiek, na czy mógłbym postawić aparat i nieco go ustabilizować. Niestety, bez statywu i lepszego aparatu większość ujęć zostaje w sferze marzeń. Zdjęcia z ręki na długim czasie naświetlania wychodzą poruszone, a krótki czas naświetlania nie daje efektu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciągnący się przed nami i za nami sznur czołówek ponownie robi imponujące wrażenie. Jak wtedy, kilka lat wcześniej. Szybko orientuję się, że ostatnie osoby z naszej grupy dawno mnie wyprzedziły i zostałem nieco z tyłu. To w sumie dobrze, myślę sobie. Naszym tempem bylibyśmy na szczycie godzinę przed północą, a tak na spokojnie wejdę sobie zwykłym tempem robiąc przerwy fotograficzne. Wysyłam tylko sms-a, że u mnie wszystko ok i żeby na mnie nie czekali. W karawanie podążającej na szczyt jestem raczej bezpieczny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po podejściu na najbliższe wzniesienie okazuje się, że Grażyna z Piotrkiem i Asią niewiele mi „uciekli”. Doganiam ich czekających na szczycie wzniesienia. Zaczyna mocniej wiać, więc zmieniam rękawiczki na cieplejsze. Piotrek z Asią idą nieco szybszym tempem a my zostajemy na końcu i pomału podążamy na szczyt.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na jakieś 30 min. przed północą, po podejściu na kolejne wzniesienie widzę setki czołówek. Tak, to chyba już szczyt. Chyba, że wszyscy nagle postanowili odpocząć w tym samym miejscu :P Co mnie dziwi to brak jakiegokolwiek namiotu. Ostatnim razem jak tu byłem, na szczycie stało już na tyle dużo namiotów, że nie dało się już znaleźć jakiegokolwiek bardziej płaskiego i osłoniętego od wiatru miejsca na rozbicie naszego, dlatego też zdecydowaliśmy się zejść nieco niżej. Tym razem planujemy zejść do schroniska, więc również nikt z nas nie ma namiotu. Chowamy się przed wiatrem za ułożonym z kamieni murkiem i oczekując na godzinę zero popijamy ciepłą herbatę i pałaszujemy „szturm żarcie”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na krótko przed północą na szczycie pojawiają się grupki Straży Parku. Grzecznie przechodzą wśród wszystkich osób prosząc o nie puszczanie fajerwerków ze szczytu. Chwała im za to, że im się chciało i za sposób, w jaki to zrobili. Za to, że nie zaogniali konfliktu pomiędzy Parkiem a jego użytkownikami, jak to ma często miejsce w Tatrach. Jak widać – da się i moim zdaniem należą im się za to wielkie brawa. Słuszna inicjatywa, bo to w końcu Park Narodowy, a w zeszłym roku ze szczytu niestety poleciało bardzo dużo petard, widocznych z daleka (obserwowałem je wtedy z Maciejowej w Gorcach).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O północy życzenia, symboliczny szampan i podziwianie aż po widnokrąg milionów a może i miliardów małych, kolorowych wulkanów wybuchających gdzieś daleko w dole. Niesamowite wrażenie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz pozostało nam już tylko, a może aż, zejście ze szczytu w kierunku schroniska przez przełęcz Brona. Zejście wcale nie takie łatwe, bo warunki są trudne. Szlaki co prawda przedeptane, ale miejscami sporo zalodzeń. Poza szlakiem całą kopułę szczytową pokrywa gruba warstwa lodoszreni. I to nie takiej cienkiej, łamliwej, a takiej, która spokojnie utrzymuje ciężar człowieka i jedynie raki uchronić mogą przed poślizgnięciem. A tych niestety tym razem nie posiadam. Jak praktycznie za każdym razem, gdy szedłem na Babią miałem ze sobą raki, których prawie nigdy nie używałem, bo tylko nabijały się miękkim śniegiem, to teraz, kiedy ich nie mam jak na złość akurat by się przydały.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze zatrzymuję się na chwilę w pobliżu Kamiennej Dolinki. To część mojego ostatniego projektu. Zimowego wejścia akademicką percią na szczyt Babiej i zjazd na nartach Kamienną Dolinką. Niestety, ciężkie warunki śniegowe i duża mgła zmusiła nas wtedy do odwrotu z perci i zmiany planów. Kamienna Dolinka też będzie musiała chyba jeszcze trochę poczekać na wzrost moich skiturowych umiejętności :p&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupowe zdjęcie na przełęczy Brona. Tutaj jesteśmy już wszyscy w komplecie. Grupa podchodząca z Krowiarek od razu granią, oraz grupa, która zdecydowała się na podejście na szczyt percią przyrodników. Zejścia z Brony obawiałem się najbardziej. Okazało się jednak niezalodzone i całkiem przyjemnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Koło drugiej w nocy lądujemy w schronisku na Markowych Szczawinach.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7316</id>
		<title>Wyjazdy 2017</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7316"/>
		<updated>2017-02-11T00:11:54Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* I kwartał */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
=== I kwartał ===&lt;br /&gt;
{{wyjazd|AUSTRIA - Alpy Berchtesgadeńskie - skitury i jaskinia|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Marek Wierzbowski (UKA), Monika Strojny (TKN Tatra Team) i przez jeden dzień Michał Ciszewski (KKTJ)|04 - 07 02 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjazd z Katowic w piątek wieczorem. Bazę stanowi chatka pod Lampo, gdzie przebywa liczna grupa naszych jaskiniowych znajomych. Po kilku godzinach snu, w sobotę wychodzimy na Buchauer Scharte (2300). W niedzielę podejmujemy próbę podejścia na szczyt Hochkönig, ale niedospanie i mała ilość śniegu przyczyniają się do redukcji planów i odwrotu z bańbuły na wysokości 2600. W poniedziałek, ze względu na duży opad deszczu, szybką dwójką wybieramy się z Markiem do jaskini Lamprechtsofen zerknąć do studni King Kong (akcja na +440 zajmuje nam nieco ponad 6 godzin). W poniedziałek pogoda się poprawia, wzrasta za to zagrożenie lawinowe. Ruszamy więc w Wysokie Taury, na szczyt Baukogel (2224). Na około 300 metrów przed szczytem Marek odkrywa, że jego wiązanie usiłuje odpaść od narty, co przyczynia się do decyzji o wcześniejszym odwrocie, dzięki czemu z kolei w Katowicach jesteśmy z powrotem o 22:30. W ciagu czterech dni podeszliśmy łącznie ponad 4 000 metrów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żywiecki - Skitura na Wielką Rycerzową|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Jacek Copik|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejny szybki i przyjemny wyjazd. Pogoda w Mikołowie nie zachęcała do opuszczania domu.  Na szczęście,  po dotarciu do Soblówki deszcz ustąpił niemalże w momencie. Startujemy z parkingu przy czarnym szlaku i po ponad godzinie docieramy do Schroniska. Krótka przerwa na herbatkę i ruszamy na Wielką Rycerzową. Stąd zaczynamy zjazd  niebieskim szlakiem bardziej przez las, niż wzdłuż szlaku. Później szusujemy już wzdłuż szlaku zielonego. Pokonanie przeszkód w postaci gęsto występujących drzew, bądź też ukrytych strumyków okazuje sie ciekawym doświadczeniem i treningiem zwiększającym nasze umiejętności:)&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FRycerzowa&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Piętrowa Szczelina|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;,Łukasz Mazurek, Monika (os.tow.)|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Krótki niedzielny wypad. Mieliśmy pokazać Łukaszowi i Monice czym zajmują się grotołazi. Do jaskini weszliśmy obejściem, tak by nie musieć używać lin. Doszliśmy aż do korytarza Kryształowego. Tam zrobiliśmy parę pętelek i pozaglądaliśmy w kilka zakamarków. Łukasz znalazł zestaw temperówek i baterii (proszę nie zgłaszać się po zgubę, różowa temperówka bardzo mi się podoba). W drodze powrotnej część zespołu skorzystała z obejścia Studni Awenowców. Dalszą drogę pokonaliśmy trasą zejścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - wyjazd narciarsko-jaskiniowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Posłuszny Bogdan, Asia Przymus|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Plan na weekend był prosty sobota narty, niedziela jaskinia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjechaliśmy w sobotę przed południem i przez Słowację udajemy się do Kościeliska. Po zorganizowaniu się na bazie zabieramy sprzęt i jedziemy do Witowa na stok. Zjeżdżamy raz za razem nie tracąc czasu a wręcz zaczynając przyspieszać co z boku mogło wyglądać jak wyścigi. Ale czego się spodziewać jak chce się nadrobić tyle czasu życia w nieświadomości, że na dwóch kawałkach &amp;quot;deski&amp;quot; można tak sprawnie jeździć. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wieczorem wracamy na bazę i weryfikujemy nasz plan dotyczący wyjścia do jaskini i ostatecznie postanawiamy udać się do Zimnej. Plan dojścia do wideł realizujemy sprawnie, w ponorze sucho więc nic nas nie spowolniło. W jaskini spotykamy grupę kursantów z instruktorami, w sumie 12 osób ale dość sprawnie mijamy się przed Chatką. Z jaskini wychodzimy po około pięciu godzinach i udajemy się na bazę a wieczorem jedziemy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - Skitury|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Monika Strojny (TKN Tatra Team), Małgorzata Czeczott (UKA; w sobotę)|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wchodzimy na Spaloną Kopę. Śnieg bardzo zmienny, miejscami twardo, ale miejscami sypko i bardzo przyjemnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę szybkie wyjście na Wyżnią Kondracką Przełęcz od strony Małej Łąki. Dużo więcej ludzi i dużo gorsze warunki śniegowe, niż dwa tygodnie temu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warunki meteo tym razem bajkowe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Trzydniowiański Wierch i Grześ na skiturach|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|28 01 2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Za szczęśliwca może się uważać ten, który w ten weekend przemierzał tatrzańskie szczyty. Granatowe niebo z królującym słońcem, zero wiatru, lekki mrozik. Warunki niemal idealne gdyż na niektórych wystawach śnieg mógł sprawiać niespodzianki. O świcie w okolicach Chochołowa mroził nas widok samochodowego termometru – 22 st. W Chochołowskiej też dość arktycznie ale czym wyżej tym cieplej co wskazywało na ewidentną inwersję. Strome podejście na Trzydniowiański Wierch (1765) wypruwa trochę sił, zwłaszcza, że robimy to w żwawym tempie (wyprzedzaliśmy grupki skiturowców). Na szczycie krótki odpoczynek z niesamowitą panoramą białych szczytów. Z góry zjeżdżamy najpierw Jarząbczym Upłazem a potem na wprost centralnym żlebem. Na początku trochę szreni łamliwej lecz niżej już zsiadły puch. Gdy żleb robi się wąską rynną wskakujemy do stromego lasu i nim docieramy do szlaku w Jarząbczej dolinie. Po drodze jest zaśnieżona, dość wąska kładka bez poręczy nad strumykiem. Zrobiłem to na szybkości i się udało. Esa dotarła na drugi brzeg lecz tuż za kładką zjechała jej narta i z nie małej skarpy spadła lądując w wodzie na plecach z nartami na sztorc. Po krótkiej akcji ratunkowej okazało się, że do połowy jest mokra (plecak uratował ją od zmoczenia pleców). W tej sytuacji byłem przekonany, że to koniec akcji więc z ogromnym zaskoczeniem usłyszałem zdanie:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Mieliśmy jeszcze iść na Grzesia...”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podejście na Grzesia szlakiem a zjazd najpierw  na przełaj a niżej traktem narciarskim wprost pod schronisko gdzie się nawet nie zatrzymujemy. Tnę szybko doliną w dół zostawiając Esę daleko z tyłu a ostatnie 2 km pokonuję szybką „łyżwą”. Spotykamy się przy parkingu. Pokonaliśmy 28 km i 1550 m deniwelacji. Skiturowa zima Nocków trwa...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FTrzydniowanski&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - skitur na Baranią Górę|&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;|25.01.2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Ferie spędzamy rodzinnie w Istebnej ucząc dzieciaki jazdy na nartach, ale nie był bym sobą gdyby nie uszczknął coś tylko dla siebie. Najsensowniejsza dla mnie była Barania Góra z Kamiesznicy czarnym szlakiem. Samochód zostawiam w okolicy koloni Fajkówka, skąd jednostajnie wznoszącym szlakiem wchodzę na górę. Trasa świetna na skiturową wycieczkę, lecz pogoda najgorsza z całego tygodnia (mgła). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid - Ferie w Korbielowie|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjazd pod hasłem ,,nic nie musimy”. Do Korbielowa pojechaliśmy bez konkretnego planu, jednak z kilkoma pomysłami na spędzenie czasu. &lt;br /&gt;
Poza leniuchowaniem i nadrabianiem zaległości kinematograficznych, które zdecydowanie dominowały na tym wyjeździe udało nam się odbyć kilka wycieczek. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotę stanowiliśmy grupę wsparcia dla grupy wsparcia skiturowców mierzących się z ,,tryptykiem beskidzkim”. Co oznacza jedynie to, że uchroniliśmy Teresę i Heńka przed kilkugodzinnym marznięciem w samochodzie w oczekiwaniu na Damiana i Michała. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W poniedziałek w czasie kiedy Łukasz zagłębiał tajniki jazdy na nartach, ja postanowiłam bliżej zapoznać się ze skiturami. W czasie dwugodzinnej wycieczki udało mi się pokonać około połowę drogi na Pilsko, zanim uznałam, że muszę się pospieszyć, żeby wrócić na umówioną godzinę. Pogoda dopisywała, miałam dobry widok na Babią Górę i jeszcze lepszy na Tatry. Na drogę powrotną wybrałam nartostradę, którą podchodziłam.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
We wtorek oboje z Łukaszem wybraliśmy się na Pilsko (na nogach), podchodziliśmy wzdłuż nartostrady, tak jak ja dzień wcześniej na nartach, skracając sobie jednak drogę od czasu do czasu przecinając las i nieczynną jeszcze linię krzesełkową. W schronisku na Hali Miziowej zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby się rozgrzać i przygotować na spotkanie z białą śnieżno-mgielną ścianą. Na szczyt udało nam się dotrzeć bez problemów, jednak byliśmy nielicznymi, którzy zapuścili się poza linię najwyższego wyciągu.  Szlak od nieszlaku dało się rozpoznać po tym, że zapadaliśmy się nieco płycej w śniegu (po zboczeniu okazało się, że jesteśmy powyżej kosówki w której lądowaliśmy do pasa). &lt;br /&gt;
Na drogę powrotną wybraliśmy szlak niebieski biegnący wzdłuż granicy PL-SK. W miejscu w którym dobijał on z grani był zupełnie nie przetarty, schodząc nim mieliśmy ubaw po pachy (śniegu zresztą prawie też) lądując co chwilę w śniegu. Z powodu mgły nie szło odróżnić gdzie kończy się ziemia, a zaczyna powietrze. Jedynym wskaźnikiem drogi był dla nas GPS. Niżej, w miejscu połączenia z czerwonym szlakiem widoczność się poprawiła i już bez przygód wróciliśmy na kwaterę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W środę przenieśliśmy się na jeden dzień w Tatry. Tam między innym odbyliśmy spacer nad Smreczyński Staw. Po obiedzie odwiedziliśmy jeszcze Ryśka i Marzenę, którzy spędzali w tamtej okolicy ferie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pozostałe dni spędziliśmy na jeżdżeniu na nartach. Jedynie ostatni dzień zasługuje na uwagę. Pragnąc zaznać trochę mocniejszych wrażeń zdecydowaliśmy się zmienić stok i zjechać na nartach z Hali Miziowej. Jadąc wyciągiem zweryfikowaliśmy plany i zjazd rozpoczęliśmy z Hali Szczawiny. Z dołu widzieliśmy wyjeżdżoną trasę dlatego wielki znak ,,TRASA ZAMKNIĘTA”, minęliśmy niemalże z pogardą. Po drodze przeprosiłam w duchu osobę, która go stawiała walcząc na wąskim zjeździe z lodowymi połaciami usypanymi kamieniami lub lawirując między drzewami próbując je ominąć. I jeszcze raz na końcu, wykręcając nogę z narty, która się zablokowała przy próbie skrętu na dość stromym lodzie. Moja próba założenia narty była na tyle długa, że Łukasz rozpoczął misję ratunkową w moim kierunku. Cale szczęście zjechałam nim zaczął na poważnie podchodzić. Po tym ekstremalnym dla mnie zjeździe zastanawiam się czy takie przygody bardziej mnie zniechęcają, czy zachęcają do takich zabaw. Za to w oczach Łukasza na pewno widziałam błyski ekscytacji. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2Fkorbielow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Skrzyczne od wschodu|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Majewicz|22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeżeli można by pisać poematy na temat skitouringu to przebyta przez nas trasa na pewno na to by zasłużyła. Każdy kto od kotliny Żywieckiej mija ten szczyt musi zobaczyć białe i strome zbocza opadające na wschód z tej największej w Beskidzie Śl. góry. Zachodnie zbocza są do granic możliwości skomercjalizowane przez gestorów wyciągów narciarskich podczas gdy tu są totalne pustki. Startujemy z Słotwiny głęboko wciętą  doliną między Niesłychanym Groniem a Palenicą. Leśna droga wkrótce ucieka w bok  a my podążamy przez rzadki las w stronę owych stromizn. Wyżej śniegu w bród. Jest tu kilka starych śladów narciarskich lecz człowieka nie spotykamy. Zakosami po starym wiatrołomie windujemy się ostro w górę osiągając zakręt niebieskiego szlaku i wkrótce szczyt pełen przywyciągowaych narciarzy. Tu tylko przepinaka i po przełknięciu śliny (z wrażenia przed czekającym zjazdem) ruszamy w dół. Mając w zespole lekarza ortopedę i pielęgniarkę można sobie pozwolić na trochę więcej swawoli. Na początku „tatrzańskimi” stromiznami wśród rzadkich drzew a potem przez rozległe polany dające niesamowite poczucie wolności śmigamy w dół ku naszej dolinie pogrążającej się w cieniu  kończącego się dnia. Gdzieś daleko na południu błyszczały Tatry a Babia i Pilsko wydawały się być w zasięgu ręki. Szybko tracimy wysokość pisząc nartami na śniegu linie naszej fantazji. Śnieg jest bardzo nośny więc gdy wyskakujemy na leśną drogę zjazd do auta trwa zaledwie kilka chwil.  Uff...! Co za upojny dzień.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne-Slotwina&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Kraków - jaskinia Twardowskiego i inne|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, w Krakowie - Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska (SŁ)|21 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odwiedzamy wzgórze Twardowskiego przechodząc szlak okrężny. Zaglądamy do jaskini Twardowskiego lecz tylko tam gdzie za nadto nie trzeba się tarzać. Udaje mi się w niej walnąć głową o strop do tego stopnia, że poczułem jak głowa wciska się z 2 cm do karku (nie miałem  kasku). Później idziemy na zalew Zakrzówek a następnie zerkamy do jaskini Wiślanej. W okolicy rozkopanych jest jeszcze kilka innych otworów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drugiej części dnia przenosimy się do centrum. Przechodzimy przez Wawel i stare miasto by w Instytucie Konfucjusza Uniwersytetu Jagiellońskiego w kameralnej atmosferze posłuchać prelekcji dot. Chin oraz je przeprowadzić.  Mateusz opowiadał o polskiej eksploracji jaskiń w Chinach a ja o wędrówce rowerowej przez ten kraj. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FKrokow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - samotne wycieczki skiturowe|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 15 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wychodzę na Kondracką Przełęcz od strony dol. Małej Łąki. Do Wielkiej Polany spotykam cztery osoby. Potem muszę torować, bo na świeżym śniegu nie ma nawet śladu śladów. Na grani pusto, kolejnych ludzi widzę dopiero na zjeździe (po moich tropach na popołudniowy spacer po dolinie wybrało się kilka grupek). Pierwsze 100 m zjazdu z Przełęczy to wymagające lodowe kalafiory, przykryte świeżym śniegiem. Potem czekała mnie dosyć puchowa przygoda, choć miejscami musiałem przesmykiwać się pomiędzy wystającymi kamieniami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę od strony dol. Chochołowskiej wchodzę na Iwaniacką Przełęcz i dalej na Suchy Wierch Ornaczański. Choć podobnie jak poprzedniego dnia, początek zjazdu był nieco trudny, to dalej już trafiłem w pyszny puch. Tym razem kamieni nie było, ale w momencie, w którym zjeżdżałem, opad śniegu akurat się wzmógł i znacząco spadł kontrast, więc i tak musiałem jechać dosyć powoli.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Jaworzyna w Worku Raczańskim|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Teresa Szołtysik, Jacek Copik (os. tow.) |15 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z zasypanej śniegiem Rycerki Górnej zagłębiamy się w dolinę Śrubity. W górnej części doliny skręcamy stromo do góry na grzbiet Kołyski a nim do granicznego grzbietu. Celem była Jaworzyna (1174), która osiągamy. Stąd zjazd początkowo drogą podejścia a potem na przełaj w dół do doliny Abramów po przepięknym puchu w rzadkim bukowym lesie. W dolinie jest tyle śniegu, że na łagodnym stoku nie da się swobodnie zjeżdżać. Później jednak docieramy do drogi z Przegibka gdzie jest w miarę przetarte. Do auta docieramy „łyżwą” w coraz bardziej padającym śniegu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FJaworzyna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Skiturowy maraton przez „tryptyk beskidzki”|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik (na długiej trasie), Heniek Tomanek, Teresa Szołtysik (na krótszej trasie), Łukasz Piskorek, Asia Przymus (na kwaterze w Korbielowie)|14 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Babia Góra (1725), Mała Babia Góra (1517) i Pilsko (1557) to trzy najwyższe szczyty Beskidów. Zrobienie ich na skiturach w ciągu jednego dnia wydało nam się dość ambitnym planem, który był następujący: Heniek podrzuca nas autem do Zawoji. On i Teresa robią turę narciarską przez Mosorny Groń a potem odbierają nas z mety w Korbielowie. My natomiast po kolei zdobywamy Babią Górę, Mł. Babią Górę, zjeżdżamy na Słowację do dol. Polhoranki by następnie wdrapać się na Beskid Krzyżowski (923) i zjechać do Korbielowa. Stąd podejście na Pilsko i zjazd ponownie do Korbielowa. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda była taka sobie. Prószył śnieg, pochmurno. Ruszamy dość późno tj. o godz. 9.00. Szczyt Babiej osiągamy o 11.30 po pokonaniu pełnej nawisów przeł. Brona a potem po ostrej walce na lodowych kalafiorach w zimnym wietrze i kiepskiej widoczności. Kopuła szczytowa niemal całkowicie wywiana  z śniegu. O dziwo było tu kilka osób. W dół najpierw schodzimy po piargach a potem zjeżdżamy po lodowej tarce gdzie każdy skręt był loterią a Michał zaliczył nawet bliski kontakt z zlodzonym kamieniem. Widoczność była fatalna i mimo, że staraliśmy się wypatrywać tyczek to i tak udało nam się zapędzić na słowacką stronę na szlak do Slanej Vody. Po odrobieniu wysokości docieramy nie bez problemów z powrotem na przeł. Brona. Zjazd wcale nie był wiele krótszy od podejścia. Na Babiej byliśmy zimą wiele razy lecz nigdy nie zastaliśmy tak fatalnych warunków narciarskich. Wyjście na Mł. Babia (Cyl) obyło się bez przeszkód. Stąd mamy przepiękny (nie licząc poprzecznych zasp), długi zjazd zupełnie nietkniętym śniegiem na Jałowcową przełęcz i dalej na przełaj do słowackiej doliny Polhoranki. Dolina jest piękna, zwłaszcza, że nagle oświetliło ją słońce. Po kilku kilometrach niemal poziomego terenu skręcamy na graniczne pasmo. Po nieskalanych, głębokich śniegach torujemy w stronę Beskidu Krzyżowskiego, który udaje nam się bezbłędnie osiągnąć. Łagodny zjazd do Korbielowa już w zapadającym zmroku. Dalej doliną Buczynki maszerujemy na Halę Miziową już solidnie zmęczeni dość szybko docieramy do schroniska gdzie robimy półgodzinny odpoczynek. W całkowitych ciemnościach ruszamy jeszcze na szczyt Pilska. Profilaktycznie wbijamy do GPSa ostatni słup wyciągu narciarskiego bo Pilsko to zdradliwa góra (dla przestrogi warto przeczytać historię tragedii z roku 1980 - http://www.wgorach.com/?id=66219 ). W wietrze i padającym coraz mocniej śniegu docieramy na szczyt słowackiego Pilska. Szybka przepinka, selfie i mkniemy w dół. Wydawało nam się, że zjeżdżamy w dobrym kierunku lecz gdy zbocze zaczęło robić się stromsze a w świetle naszych czołówek nie pojawiła się żadna tyczka zaglądamy na GPS. Szok. Odbiliśmy w bok o 633 metry od ostatniego nabitego punktu. Znów długi trawers w zablokowanych butach. Dopiero gdy ujrzeliśmy ostatni słup wyciągu odetchnęliśmy z ulgą. Dalej zjeżdżamy nartostradą aż do Korbielowa gdzie czekał na nas Heniek z Teresą. Była godzina 20.30. Pokonaliśmy 42 km i 2478 m deniwelacji. W domu jesteśmy przed północą. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2017/Tryptyk&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Heniek z Teresą w tym czasie podeszli szlakiem na Mosorny Groń (przerwa na posiłek w stacji turystycznej) i dalej na Cyl Hali Śmietanowej (1298). Stąd zjechali na Brożki i dalej na przełaj pełnym wykrotów lasem do Polcznego. Potem drogą z buta pod wyciąg Mosorny Groń. Heniek na lekko skoczył po auto i wrócił po Esę i sprzęt. Następnie pojechali do Korbielowa gdzie czekając na „martończyków” zagościli u naszych klubowych przjaciół: Łukasza Piskorka i Asi Przymus, którzy akurat spędzali tam ferie. Gdy tylko cała ekipa skiturowa znalazła się na dole wróciliśmy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FMosorny&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl.- Skrzyczne_Skitura|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spontaniczny wyjazd, uzależniony od decyzji teściów...Udało się i rano po 7 wyruszamy spod domu. Temp. -25 st nie zachęcała do opuszczenia auta w Szczyrku, jednak na podejściu nie było już tak źle. Pod szczytem wiatr był już nieco bardziej okrutny. W schronisku ogrzewamy się w towarzystwie wielu narciarzy i po chwili szybko ruszamy w dół. Zjazd nartostradą wyśmienity. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Czantoria na nartach od Bucznika|Teresa, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik, Agnieszka Kurdziel-Sarnecka (AKG) |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Czantorii byliśmy już wiele razy z różnych stron lecz tym razem podeszliśmy zupełnie nową trasą w dość odosobnionym terenie. To dolina Gahury (w górnym biegu zwana Bucznikiem). Wystartowaliśmy klasycznie od parkingu pod wyciągiem, potem kawałek niebieską nartostradą i dość długim trawersem zakończonym nie długim zjazdem (na fokach) do doliny Bucznika. Doliną podchodzimy na nartach w zupełnie nieprzetartych śniegach stromo do góry osiągając wierzchołek Czantorii (995) niemal przy samej wieży.  Szlak podejścia okazał się bardzo ciekawy. Przy dobrych śniegach będzie tu przepiękny zjazd. Z szczytu najpierw szlakiem a później nartostradą smagani mroźnym powietrzem osiągamy w kilka chwil parking gdzie zostawiliśmy auto. Tym razem było cieplej, ok. –17 st. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FCzantoria&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry – obóz zimowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska, Teresa, Paweł i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus, Iwona Czaicka, &amp;lt;u&amp;gt;Karol Pastuszka&amp;lt;/u&amp;gt;, Sylwester Siwiec, Mateusz Golicz, Piotr Strzelecki, 2 Żagańskie Bobry, Bogusia Chlipała z TPNu|05 - 08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień Pierwszy słowami Iwony'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszy dzień obozu zimowego spędziliśmy na szkoleniu lawinowym. Ze względu na niezbyt zachęcającą temperaturę powietrza wynoszącą prawie -30st oraz ogłoszony 3 stopień zagrożenia lawinowego, pierwsza część szkolenia odbyła się na Kalatówkach. Najpierw słuchaliśmy wykładu Mateusza m.in. na temat lawinowego ABC, plecaka ABS (w tym momencie Karol się rozmarzył na myśl o odpaleniu plecaka) grzejąc się w ciepełku hotelu/schroniska. Następnie już na zewnątrz Bogusia Chlipała z TPNu opowiadała nam o zasadach korzystania z detektorów i sond, po czym  wbiegaliśmy na pole z zakopanymi detektorami wysyłającymi sygnał, z sondami wzniesionymi jak dzida u człowieka pierwotnego wyruszającego na polowanie. A jaka radość była przy znalezieniu zakopanego punktu! Ćwiczyliśmy na pojedynczych „ofiarach lawin”, jak i na mnogich. Dla urzeczywistnienia sondowania człowieka wykopaliśmy jamę śnieżną, gdzie schował się Sylwek, a potem Paweł. Mogliśmy wyczuć miękkie odbijanie sondy od człowieka i wbicie sondy w powietrzną jamę. Po tych atrakcjach znowu schowaliśmy się do hotelu. Tam posłuchaliśmy dalszej części wykładu na temat, jak poruszać się po górach, żeby uniknąć lawiny i co zrobić, jeśli już zejdzie. Ku największej uciesze Karola, Bogusia zaprezentowała nam mammutowy plecak lawinowy, pozwalając go uruchomić. Mnie w tamtej chwili tylko brakowało wnętrza – stroju Supermana, może by wtedy nawet się supermoc uruchomiła i by odleciał ;)&lt;br /&gt;
Na dalszą część szkolenia przeszliśmy spacerkiem na Nosal i niedaleko ćwiczyliśmy obsługę czekana. Imitowaliśmy wszelkie zjazdy, nogami w przód, głową, na plecach, na brzuchu. A i tak najlepiej było na jabłuszku.  Próbowaliśmy założyć stanowiska z czekanów, taśm, grzyba śnieżnego – w naszym wykonaniu i takim śniegu ja bym im nie zaufała :)&lt;br /&gt;
Po wszystkim korzystając, że skończyliśmy nie za późno pojechaliśmy na obiad, gdzie dołączył do nas Piter.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Temperatura nie była aż taka nieznośna, na jaką wydawać by się mogła. Choć myśl, że w kolejny dzień wejdziemy do stosunkowo ciepłej i przytulnej jaskini dodawała otuchy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień pierwszy oczami Damiana'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień szkoleniowy. Całą ekipą spotykamy się w Kuźnicach i razem podchodzimy na Kalatówki. Temperatura oscylowała wokół –20 st. więc wykład Mateusza na temat zagadnień lawinowych w przytulnym kąciku schroniska był bardzo na miejscu. W końcu jednak wyszliśmy na mróz i obok schroniska ćwiczyliśmy na „poletku lawinowym” specjalnie przeznaczonym do tego typu szkoleń. Jest tu specjalna konsola pozwalająca na losowe szukanie „ofiar” a w terenie pod śniegiem zasypane są „ofiary” z pipsami. Bogusia Chlipała (TPN) zademonstrowała na Karolu plecak wypornościowy Jet Force. Po części lawinowej przenieśliśmy się na Nosala gdzie na nieczynnej od dawna nartostradzie próbowaliśmy ćwiczyć hamowanie czekanem tudzież chodzenie w rakach. Śnieg był kopny więc niezbyt dobrze to szło (posiłkowaliśmy się nawet „jabłuszkiem”) lecz każdy mógł wykonać niezbędne w danej sytuacji ruchy. O zmroku zjeżdżamy (Mateusz,  Damian, Esa, Paweł na nartach a Asia na „jabłuszku”)/ schodzimy (reszta) do Zakopca. Ja wracam z Esą do domu a reszta ekipy zostaje na następne dni by zrobić przejścia jaskiniowe lub wycieczki skiturowe. Opisy z akcji jaskiniowych zapewne się pojawią. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSzkolenie-zimowe&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi według Sylwestra - Jaskinia Miętusia'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po całkiem rozrywkowym dniu pierwszym, przyszedł czas na poważniejsze wyzwanie- Jaskinię Miętusią. Dojście do otworu nie było specjalnie trudne. Wystarczyło przebrnąć przez głęboki śnieg i nie zwracać uwagi na śmieszne minus dwadzieścia kilka stopni. Dolina Miętusia raczyła nas swoimi mroźnymi urokami. Tu ładnie ośnieżone zbocze, tam schowany szczyt za kłębami poszarpanych chmur. No ogólnie było na co popatrzeć. Doszliśmy w dobrym czasie pod Dziurawego i po krótkim lawirowaniu między drzewami stanęliśmy przed otworem. Przebierając się w tak ekstremalnym zimnie, z zaskoczeniem zauważyłem, że wcale nie jest mi zimno. Dopiero w przedsionku jaskini, w tzw. „Rurze”, gdy pomagałem Asi założyć czołówkę na kask, szybko straciłem czucie w palcach. Rada dla innych: lepiej bez czucia nie majstrować przy zatrzaskach na kasku, bo można sobie zrobić krzywdę. :) Rura była ogólnie super, trochę jak zjeżdżalnia w aquaparku, tylko lód zamiast wody. Bez większych problemów dotarliśmy do Sali bez Stropu. Tam chwila relaksacji i znowu ruszyliśmy w dół. Poręczując po kolei kolejne odcinki dotarliśmy do wejścia do tzw. Wielkich Kominów. Karol zanurzył się w kolejnej czeluści, w której miało ostro lać, ale po paru minutach Mateusz postanowił zmienić plany i ostatecznie Karol musiał wyleźć znowu do nas na górę. W tym czasie minęliśmy się z inną grupą grotołazów, która po kilku kurtuazjach zniknęła nam z oczu za Błotnymi Zamkami. Zamiast Wielkich Kominów mieliśmy zaporęczować przynajmniej część Korytarza Trzech Króli. Ten zaszczyt przypadł mnie. Wróciłem pierwszy do Sali bez Stropu i stamtąd miałem zapieraczką wspiąć się osiemnaście metrów wyżej, asekuracją miał się zająć Karol. Już dojście do miejsca, skąd miałem rozpocząć wejście przysporzyło nam nie lada gimnastyki. Nie byłem pewien, czy dam radę, ale w sumie okazało się, że się udało. Już oszczędzę czytelnikom szczegółów, jak wydawałem z siebie dziwaczne odgłosy rodzącej kobiety i chichoczącego do siebie psychopaty- co te jaskinie robią z człowiekiem?! Najciekawszym jednak zjawiskiem, które się objawiło po przebytym chwilę wcześniej wysiłku, było niemal namacalnie przeze mnie doświadczone spowolnienie procesów myślowych, co nie zostało bez konsekwencji. Najpierw, zupełnie niepotrzebnie, spowolniłem całą grupę nie poręczując od razu kolejnego odcinka, by następnie zamiast zawiązać podwójny zderzak, zawiązać coś co sam później nazwałem „psim ogonkiem”. Ale czułem, że coś jest nie tak. Wiążę, wiążę i sobie myślę: „ Nieee, coś za szybko mi poszło. Zawsze dłużej musiałem się napocić przy tym węźle.” Z wyglądu też był jakiś podejrzany, ale jednak zjeżdżam na tym „psim ogonku” trochę niżej i  oglądając się za Mateuszem widzę jak dość energicznie gimnastykuje palce przy moim węźle. Na moje pytanie odpowiada uspokajająco: „ Nie, nie, wszystko ok…. ale ty tam jesteś do czegoś teraz przypięty?” – Ahaa, czyli schrzaniłem! Z poczuciem zażenowania i kolejnej wtopy muszę żyć do dziś. Zeszliśmy wreszcie do jakiejś niezbyt dużej półeczki i stamtąd mieliśmy rozpocząć wyjście na powierzchnię. Deporęczowaniem zajęła się Iwona z asystą Mateusza. Ja, Karol i Asia mieliśmy nie oglądając się na nich wychodzić jak najszybciej. Nie trzeba było nam tego dwa razy powtarzać. Wyście raczej było dość standardowe i nie ma się tu o czym rozpisywać. Jedynie przejście przez lodową Rurę było karkołomne. Po wyjściu było już ciemno, wciąż bardzo zimno, ale chociaż nic na nas nie padało, ani nie sypało z nieba. Szybko się przebraliśmy i żwawo ruszyliśmy szlakiem do cywilizacji. Zabawne, jak wiele w człowieku jest pokładów energii, gdy chodzi o chęć jak najszybszego wydostania się skądś. Przystanęliśmy jednak w Dolinie Miętusiej dwa razy, by zawiesić na dłuższą chwilę oczy na widowiskowo gwiaździste niebo i błyszczący księżyc oprawione w klimatyczną zimową ramkę. Na dobry koniec wywinąłem jeszcze orła na prostej drodze i tyle. Wróciliśmy do ciepła, miękkiej pościeli i zapasów jedzenia. Tak, tego po całym dniu było nam potrzeba. :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi - wycieczka skiturowa Prezesa i Ali'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Około 7:00 budzi nas pakowanie się kursantów wybierających się do Miętusiej, ale obracam się tylko na drugi bok. Jednak błękitne, czyste niebo nie pozwala leżeć długo w łóżku. Więc nie spiesząc się jemy śniadanie i powoli się pakujemy. Po chwili wraca Piotrek, który niosąc ciężki plecak nie potrafił się nawet rozgrzać podczas podejścia do Miętusiej. Piekielny mróz daje o sobie znać po raz pierwszy tego dnia lecz na drugi i trzeci raz nie każe długo czekać – samochód nie odpala. Prosimy więc Piotrka żeby podjechał swoim autem w celu podładowania akumulatora – jego też nie odpala. Odpala za to sąsiadka i pozwala się podłączyć – jeszcze raz dziękujemy. Przez poranne zawirowania jest już 11:00 i zastanawiamy się czy nie olać wycieczki i póki auto działa wracać do Zabrza, choć tak naprawdę to zastanawialiśmy się czy wycieczka w takiej temperaturze (-20, odczuwalna -30) w ogóle będzie przyjemnością. Ostatecznie decydujemy się zaryzykować, w końcu zaplanowana  wycieczka jest idealną na warunki tego dnia (trójka lawinowa i idealna widoczność), pomijając oczywiście arktyczny mróz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na parkingu Brzezinach czaka na nas ostatnie wolne miejsce. Idziemy czarnym szlakiem w kierunku Murowańca, lecz już na Psiej Trawce odbijamy czerwonym szlakiem za wschód przez Dol. Pańszycy i Waksumndzką Polanę do Rówieni Waksumndzkiej, gdzie zielonym już szlakiem na szczyt Gęsiej Szyi. No właśnie, ktoś z Was wie co to i gdzie to? Otóż szczyt ten leży pomiędzy Dol. Pańszczycy i Dol. Złotą, od północy otoczony Dol. Filipki, zaś od południa Dol. Waksmundzką. I co, dalej nic…? I właśnie dlatego jest tam tak urokliwie. Ze szczytu rozpościera się kapitalny widok na Koszystą i Wołoszyn oraz szeroka panorama od wydających się być na wyciągnięcie ręki Tatr Bielskich, przez Jaworowy, Lodowy, chyba Gerlach, Ganek, Wysoką, Rysy … aż po sam Giewont. Świetna lekcja topografii.   &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Dzięki korzystnemu położeniu na wprost wylotu Doliny Białej Wody oraz wzniesieniu nad Dolinami Białki i Filipki – jest niepozorny szczyt lesistego regla, zwanego Gęsią Szyją – jednym z najwdzięczniejszych punktów widokowych. Podobny, jakkolwiek mniej rozległy widok rozpościera się z leżącej niżej Polany Rusinowej. Na polanie szałasy pasterskie, piękne miejsc na odpoczynek południowy.” Tadeusz Zwoliński Zima w Tatrach&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zjazd ze szczuty Gęsiej Szyi na Rusinową Polanę, choć krótki dostarcza naprawdę wiele radości. Z polany roztacza się bardzo podobna panorama co ze szczytu, która naprawdę hipnotyzuje. Tutaj skracamy nieznacznie klasyczny wariant wycieczki i odbijamy na niebieski szlak w kierunku Dol. Złotej, zatrzymując się jeszcze na wybornej herbatce w Sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr na Wiktorówkach. Stamtąd zjazd szeroką drogą leśną, cały czas na nartach, aż do drogi. Zdążamy jedynie wypiąć się z nart i łapiemy busa z powrotem do Brzezin. Auto odpala od strzału – uff. &lt;br /&gt;
Wracamy przez zupełnie nieznane mi wsie i prowadzeni przez nawigację omijamy zatłoczone Zakopane i sąsiednie wsie. Dalej droga zupełnie pusta. W samochodzie robi się w miarę ciepło dopiero za Jordanowem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na zakończenie: Planując wycieczkę w takie mrozy warto się solidnie przygotować i jak zawsze mieć kilka planów awaryjnych. W tym wypadku termy były wybitnie kuszące – stroje mieliśmy w samochodzie. Foki nawet nie próbowały się przykleić do nart, ale jakoś trzymały i nie dało się odczuć uciążliwości z tym związanych. Ale następnym razem schowam je za pazuchę. Podczas całej wycieczki tempo było naprawdę szybkie, a mimo to nawet się nie spociłem. Każdy postój powyżej minuty niemile zamrażał. Jedynie zjazd i piękne widoki rozgrzewały ciało i umysł.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FGesiaSzyja&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień trzeci według Karola - Jaskinia Zimna'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trzeci dzień obozu wybraliśmy się do jaskini Zimnej. Pierwotnie planowaliśmy przejście jaskini aż do Wideł. Plany duże, ale analizując możliwości i dostępny czas, Mateusz zadecydował, że schodzimy do Chatki.&lt;br /&gt;
Pobudka, śniadanie i wpakowanie szpeju do auta. Jak przez ostatnie 2 dni, pogoda nie zachęca, aby wyjść na zewnątrz. Mało kto ma ochotę, żeby wychodząc z pod ciepłej kołderki ładować się na – 26 stopni. Piter po zapoznaniu się z panującą na zewnątrz aurą ponownie przejmuje rolę kwatermistrza, jednakże z tym wyjątkiem, że tym razem nie organizuje nam niespodzianki w postaci rosołku. Po pierwszym szoku temperaturowym dochodzimy do siebie i już na szlaku robi nam się ciepło. Zaletą „zimowych” jaskiń jest na pewno ich dogodne położenie. Zamiast wyprawy mamy spokojny spacer i po dłużej chwili stoimy już pod wyjściem z jaskini Mroźnej. Temperatura mobilizuje do szybkiego przebrania się.  Plecaki zostawiamy w przebieralni i myk do korytarzyka. Ze względu na to, że we wrześniu doszliśmy do zalanego ponoru, powrót do niego przebiega sprawnie. Po dojściu  do Błotnego Progu, zaczynamy wspinaczkę. 13 m nie stanowi wyzwania, choć obłocone skały i gumiaki nie są pomocne. Dalej Sylwek bez przeszkód pokonuje Próg Wantowy i dochodzimy największej trudności, czyli Czarnego Komina. Nie ukrywam, że miałem duże wątpliwości, czy dam radę go zrobić. Zdarzało mi się rezygnować na jurze z niektórych „piątek” bo były za wymagające, a taka trudność spotkana w jaskini może dopiero przyprawić człowieka o czarne myśli. Może przez to ten fragment jaskini nazywany jest Czarnym Kominem? Zamieniam gumiaki na butki wspinaczkowe i cisnę. Z kilkoma przerwami udaje się zrobić pierwszy wyciąg i o dziwo czuję nie dosyt. Dalej ciśnie Iwonka, której trudność dopiero sprawia Szklany Prożek (przed którym strasznie marudzi i wyżywa swoją złość na bogu ducha winnym asekurującym;) ), ale ostatecznie z nim wygrywa. Jaskinia Zimna sprawia w gruncie rzeczy wiele frajdy, ze względu na wspinaczkowe urozmaicenia. Nie jest nudno. Taka Beczka, czy Biały Prożek potrafią dostarczyć dreszczyku, nawet czasem bardziej od kolejnej studni;) Chyba jedyny poważny zjazd, to zjazd do Chatki. Tam po krótkim odpoczynku pada szybkie polecenie: „Wychodzimy”. W Zimnej ćwiczymy techniki zjazdu na złodzieja i przeciwwagę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Lipowski Wierch na skiturach|&amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;, Justyna (os.tow.)|02 01 2017}}&lt;br /&gt;
Podejście na nartach zielonym szlakiem z Żabnicy na Rysiankę. Tu odpoczynek w schronisku. Dalej na Lipowski Wierch (1324) i już w zapadającym zmroku oraz przy śnieżnej zadymce zjazd na przełaj wprost na północ do doliny Żabnicy. Okazało się to nie zbyt dobrym pomysłem bowiem zbocze jest pełne wykrotów lub gęsto zalesione a w dodatku śnieg mocno zlodzony. Czasem trzeba zdjąć narty. Udało się jednak zjechać do auta gdzie czekała straż leśna. Widząc światła czołówek w miejscu gdzie turystów się nie spotyka sądzili, że w lesie grasują kłusownicy. Wszystko jednak zakończyło się pomyślnie. Zdjęcia wkrótce.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitury w Szczyrku|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;; Ala Kucharska + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejnego Sylwestra przyszło nam spędzić w Szczyrku. Przyjeżdżamy już w piątkowy wieczór. Niestety po ciemku ciężko było ocenić warunki śniegowe, więc dopiero rano wybieramy trasę. Pada na Skrzyczne od Czyrnej bez szlaku. Narty zakładamy gdzieś w 1/3 drogi. Na szczycie popas, spotykamy znajomych i podziwiamy widoki. Następnie przejazd granią na Małe Skrzyczne, zjazd na Halę Skrzyczeńską i Bieńkulą do Czyrnej. „Nieczynna” Bieńkula okazała się być lepiej (naturalnie) przygotowana niż gdy zabiera się za to obsługa wyciągów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę robimy jedynie krótką przechadzkę z nartami (część osób z dupolotami) granią w kierunku Beskid Ski Areny i Chaty Wuja Toma. Ludzi na szlaku sporo. Śniegu coraz mniej, więc końcowe odcinki muszę zjeżdżać stylem Damiana.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocne wyjście na Błatnię|Sonia i &amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście ok. 22 od Jaworza szlakiem na Błatnię. Szlak zlodzony, wyżej śnieg. Mimo to do góry podążało wiele innych osób. O północy na wierzchołku rozpalono potężne ognisko a Nowy Rok witało około 100 osób. Zejście tą samą drogą przed świtem do auta zostawionego w pobliżu &amp;quot;szałasu pod Błatnią&amp;quot;. Przed południem pobudka, celebracja posiłku i powrót do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FBlatnia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocny rajd skiturowy po Skrzycznem|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;; Na Młakach w chatce - Tadek, Basia, Adam, Ania Szmatłoch|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Sylwestrowa noc, cudowne, rozgwieżdżone niebo, mróz, skrzypiący śnieg - oto sceneria jakiej doświadczyliśmy udając się w narciarską wędrówkę po masywie Skrzycznego (1257). Z Czyrnej najpierw stokową drogą, na której założyliśmy narty i dalej jakimiś leśnymi duktami udaje nam się wydostać na Jaworzynę. Stamtąd nartostradą na szczyt. Oprócz kilku skuterów śnieżnych i zagubionych pieszych jest generalnie pusto. Najbardziej stromy odcinek był tak zalodzony, że bez harszli nie było szans. Tu zdejmujemy narty i wykuwając stopnie z niemałym wysiłkiem pokonujemy stromiznę. Tu również zastaje nas północ. Jak okiem sięgnąć pod nami pojawia się nagle feeria milionów kolorowych fontann. Witaj 2017! Dalej bardziej połogiem stokiem docieramy na sam szczyt Skrzycznego celowo omijając schronisko pełne gawiedzi. W trakcie podejścia kilka razy telefonicznie rozmawiamy z Heńkiem Tomankiem, który z Sonią podchodził z buta na Błatnię. Na szczycie spotykamy kilku skiturowców, którzy widać wpadli na podobny pomysł co my. Szybko przepinamy się do zjazdu bo wiatr nie zachęcał do dłuższego delektowania się nocnymi widokami. Znów zimny powiew na twarzy bo narty chyżo niosły nas po zmarzłym śniegu w dół. Zjeżdżamy na Halę Skrzyczeńską a później &amp;quot;zamkniętą&amp;quot; nartostradą w stronę Czyrnej. Po drodze Na Młakach zajeżdżamy wprost pod chatkę Adama i Ani gdzie paliło się ognisko a my załapujemy się na gorącą herbatkę. Po miłej pogawędce wśród klubowych przyjaciół wskakujemy na narty i docieramy na nich do samego auta  . Uwagi: w lesie generalnie śniegu mało a do sensownego zjazdu póki co nadają się tylko nartostrady i to niektóre (tak to przynajmniej wyglądało nocą). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Babia Góra – Sylwester|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Dariusz Rank&amp;lt;/u&amp;gt;; + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście z Krowiarek ustalamy na godzinę 20:30. Dla mnie to już drugi sylwester, który będę spędzać na szczycie Królowej Beskidów. Poprzedni był już lata temu i należał do tych najlepszych, więc chętnie odświeżę wrażenia. Już na początku widać różnicę. Poprzednio na Krowiarkach ukazały nam się rozstawione namioty i ludzie, którzy krzątali się tu i ówdzie coś gotując czy przygotowując się do wyjścia na szczyt. Od kilku lat w miejscu, gdzie kiedyś była polana, znajduje się zagospodarowany parking. Również i w tym roku ujrzeliśmy na Krowiarkach ludzi przygotowujących się do wyjścia z tą małą różnicą, że namioty zostały zastąpione samochodami. Cóż, może i mniej klimatyczne, ale zmian zatrzymać nie sposób.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wszyscy pojawiają się punktualnie, więc możemy wyruszyć bez zbędnych opóźnień. Po krótkim podejściu zrzucam z siebie zbędne warstwy odzieży, i aż do Sokolicy podchodzę w lekkim softshellu. Na sokolicy obowiązkowo zdjęcie grupowe i pierwszy nieco dłuższy postój. Tu dosięgają nas pierwsze mocniejsze podmuchy wiatru, więc trzeba zarzucić na siebie kurtkę. Na dzisiejszą noc na Babiej zapowiadają ok. -10 stopni, ale wiatr ma się wzmóc dopiero po północy. Trafia się nam swego rodzaju okno pogodowe, bo na te dwa dni pogoda bardzo się poprawia. Kilka dni wcześniej sypał śnieg, kilka dni później znowu zapowiadają opady i znaczne ochłodzenie, a nam trafia się zupełnie bezchmurna noc. Szkoda tylko, że księżyc był w nowiu, no, ale wszystkiego mieć nie można.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Sokolicy meldujemy się o 21:30, a więc w miarę punktualnie. Do północy jeszcze daleko a czas mamy bardzo dobry, więc strategicznie proponuję iść nieco wolniej, aby nie być na szczycie za szybko. Pamiętam warunki z poprzedniego sylwestra, kiedy to na szczyt weszliśmy jakieś 15-30 min przed północą i tak wiało, że nie byliśmy w stanie wytrzymać bez ruchu. Musieliśmy zacząć schodzić aby nie przemarznąć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tym razem kolejny nieco dłuższy postój robimy na Kępie. Krótka sesja fotograficzna na sznur czołówek ciągnący się od Sokolicy. Zaczynam żałować, że nie zabrałem statywu. Miało być light&amp;amp;Fast, ale te kilka dodatkowych gramów by mnie nie zbawiło. Zakładam na siebie buffa i ruszamy w górę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupa szybko nam się rozciągnęła. Ja widząc oczami wyobraźni tysiące okazji do upolowania ciekawego ujęcia schodzę nieco na bok i przepuszczam pozostałych. Szukam w pobliżu szlaku jakiś kamieni, barierek, tyczek. Czegokolwiek, na czy mógłbym postawić aparat i nieco go ustabilizować. Niestety, bez statywu i lepszego aparatu większość ujęć zostaje w sferze marzeń. Zdjęcia z ręki na długim czasie naświetlania wychodzą poruszone, a krótki czas naświetlania nie daje efektu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciągnący się przed nami i za nami sznur czołówek ponownie robi imponujące wrażenie. Jak wtedy, kilka lat wcześniej. Szybko orientuję się, że ostatnie osoby z naszej grupy dawno mnie wyprzedziły i zostałem nieco z tyłu. To w sumie dobrze, myślę sobie. Naszym tempem bylibyśmy na szczycie godzinę przed północą, a tak na spokojnie wejdę sobie zwykłym tempem robiąc przerwy fotograficzne. Wysyłam tylko sms-a, że u mnie wszystko ok i żeby na mnie nie czekali. W karawanie podążającej na szczyt jestem raczej bezpieczny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po podejściu na najbliższe wzniesienie okazuje się, że Grażyna z Piotrkiem i Asią niewiele mi „uciekli”. Doganiam ich czekających na szczycie wzniesienia. Zaczyna mocniej wiać, więc zmieniam rękawiczki na cieplejsze. Piotrek z Asią idą nieco szybszym tempem a my zostajemy na końcu i pomału podążamy na szczyt.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na jakieś 30 min. przed północą, po podejściu na kolejne wzniesienie widzę setki czołówek. Tak, to chyba już szczyt. Chyba, że wszyscy nagle postanowili odpocząć w tym samym miejscu :P Co mnie dziwi to brak jakiegokolwiek namiotu. Ostatnim razem jak tu byłem, na szczycie stało już na tyle dużo namiotów, że nie dało się już znaleźć jakiegokolwiek bardziej płaskiego i osłoniętego od wiatru miejsca na rozbicie naszego, dlatego też zdecydowaliśmy się zejść nieco niżej. Tym razem planujemy zejść do schroniska, więc również nikt z nas nie ma namiotu. Chowamy się przed wiatrem za ułożonym z kamieni murkiem i oczekując na godzinę zero popijamy ciepłą herbatę i pałaszujemy „szturm żarcie”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na krótko przed północą na szczycie pojawiają się grupki Straży Parku. Grzecznie przechodzą wśród wszystkich osób prosząc o nie puszczanie fajerwerków ze szczytu. Chwała im za to, że im się chciało i za sposób, w jaki to zrobili. Za to, że nie zaogniali konfliktu pomiędzy Parkiem a jego użytkownikami, jak to ma często miejsce w Tatrach. Jak widać – da się i moim zdaniem należą im się za to wielkie brawa. Słuszna inicjatywa, bo to w końcu Park Narodowy, a w zeszłym roku ze szczytu niestety poleciało bardzo dużo petard, widocznych z daleka (obserwowałem je wtedy z Maciejowej w Gorcach).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O północy życzenia, symboliczny szampan i podziwianie aż po widnokrąg milionów a może i miliardów małych, kolorowych wulkanów wybuchających gdzieś daleko w dole. Niesamowite wrażenie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz pozostało nam już tylko, a może aż, zejście ze szczytu w kierunku schroniska przez przełęcz Brona. Zejście wcale nie takie łatwe, bo warunki są trudne. Szlaki co prawda przedeptane, ale miejscami sporo zalodzeń. Poza szlakiem całą kopułę szczytową pokrywa gruba warstwa lodoszreni. I to nie takiej cienkiej, łamliwej, a takiej, która spokojnie utrzymuje ciężar człowieka i jedynie raki uchronić mogą przed poślizgnięciem. A tych niestety tym razem nie posiadam. Jak praktycznie za każdym razem, gdy szedłem na Babią miałem ze sobą raki, których prawie nigdy nie używałem, bo tylko nabijały się miękkim śniegiem, to teraz, kiedy ich nie mam jak na złość akurat by się przydały.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze zatrzymuję się na chwilę w pobliżu Kamiennej Dolinki. To część mojego ostatniego projektu. Zimowego wejścia akademicką percią na szczyt Babiej i zjazd na nartach Kamienną Dolinką. Niestety, ciężkie warunki śniegowe i duża mgła zmusiła nas wtedy do odwrotu z perci i zmiany planów. Kamienna Dolinka też będzie musiała chyba jeszcze trochę poczekać na wzrost moich skiturowych umiejętności :p&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupowe zdjęcie na przełęczy Brona. Tutaj jesteśmy już wszyscy w komplecie. Grupa podchodząca z Krowiarek od razu granią, oraz grupa, która zdecydowała się na podejście na szczyt percią przyrodników. Zejścia z Brony obawiałem się najbardziej. Okazało się jednak niezalodzone i całkiem przyjemnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Koło drugiej w nocy lądujemy w schronisku na Markowych Szczawinach.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7315</id>
		<title>Wyjazdy 2017</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7315"/>
		<updated>2017-02-11T00:09:21Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
=== I kwartał ===&lt;br /&gt;
{{wyjazd|AUSTRIA - Alpy Berchtesgadeńskie - skitury i jaskinia|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Marek Wierzbowski (UKA), Monika Strojny (TKN Tatra Team) i przez jeden dzień Michał Ciszewski (KKTJ)|04 - 07 02 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjazd z Katowic w piątek wieczorem. Bazę stanowi chatka pod Lampo, gdzie przebywa liczna grupa naszych jaskiniowych znajomych. Po kilku godzinach snu, w sobotę wychodzimy na Buchauer Scharte (2300). W niedzielę podejmujemy próbę podejścia na szczyt Hochkönig, ale niedospanie i mała ilość śniegu przyczyniają się do redukcji planów i odwrotu z bańbuły na wysokości 2600. W poniedziałek, ze względu na duży opad deszczu, szybką dwójką wybieramy się z Markiem do jaskini Lamprechtsofen zerknąć do studni King Kong (akcja na +440 zajmuje nam nieco ponad 6 godzin). W poniedziałek pogoda się poprawia, wzrasta za to zagrożenie lawinowe. Ruszamy więc w Wysokie Taury, na szczyt Baukogel (2224). Na około 300 metrów przed szczytem Marek odkrywa, że ma luźne wiązanie, co przyczynia się do decyzji o wcześniejszym odwrocie, dzięki czemu z kolei w Katowicach jesteśmy z powrotem o 22:30. W ciagu czterech dni podeszliśmy łącznie ponad 4 000 metrów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żywiecki - Skitura na Wielką Rycerzową|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Jacek Copik|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejny szybki i przyjemny wyjazd. Pogoda w Mikołowie nie zachęcała do opuszczania domu.  Na szczęście,  po dotarciu do Soblówki deszcz ustąpił niemalże w momencie. Startujemy z parkingu przy czarnym szlaku i po ponad godzinie docieramy do Schroniska. Krótka przerwa na herbatkę i ruszamy na Wielką Rycerzową. Stąd zaczynamy zjazd  niebieskim szlakiem bardziej przez las, niż wzdłuż szlaku. Później szusujemy już wzdłuż szlaku zielonego. Pokonanie przeszkód w postaci gęsto występujących drzew, bądź też ukrytych strumyków okazuje sie ciekawym doświadczeniem i treningiem zwiększającym nasze umiejętności:)&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FRycerzowa&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Piętrowa Szczelina|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;,Łukasz Mazurek, Monika (os.tow.)|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Krótki niedzielny wypad. Mieliśmy pokazać Łukaszowi i Monice czym zajmują się grotołazi. Do jaskini weszliśmy obejściem, tak by nie musieć używać lin. Doszliśmy aż do korytarza Kryształowego. Tam zrobiliśmy parę pętelek i pozaglądaliśmy w kilka zakamarków. Łukasz znalazł zestaw temperówek i baterii (proszę nie zgłaszać się po zgubę, różowa temperówka bardzo mi się podoba). W drodze powrotnej część zespołu skorzystała z obejścia Studni Awenowców. Dalszą drogę pokonaliśmy trasą zejścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - wyjazd narciarsko-jaskiniowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Posłuszny Bogdan, Asia Przymus|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Plan na weekend był prosty sobota narty, niedziela jaskinia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjechaliśmy w sobotę przed południem i przez Słowację udajemy się do Kościeliska. Po zorganizowaniu się na bazie zabieramy sprzęt i jedziemy do Witowa na stok. Zjeżdżamy raz za razem nie tracąc czasu a wręcz zaczynając przyspieszać co z boku mogło wyglądać jak wyścigi. Ale czego się spodziewać jak chce się nadrobić tyle czasu życia w nieświadomości, że na dwóch kawałkach &amp;quot;deski&amp;quot; można tak sprawnie jeździć. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wieczorem wracamy na bazę i weryfikujemy nasz plan dotyczący wyjścia do jaskini i ostatecznie postanawiamy udać się do Zimnej. Plan dojścia do wideł realizujemy sprawnie, w ponorze sucho więc nic nas nie spowolniło. W jaskini spotykamy grupę kursantów z instruktorami, w sumie 12 osób ale dość sprawnie mijamy się przed Chatką. Z jaskini wychodzimy po około pięciu godzinach i udajemy się na bazę a wieczorem jedziemy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - Skitury|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Monika Strojny (TKN Tatra Team), Małgorzata Czeczott (UKA; w sobotę)|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wchodzimy na Spaloną Kopę. Śnieg bardzo zmienny, miejscami twardo, ale miejscami sypko i bardzo przyjemnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę szybkie wyjście na Wyżnią Kondracką Przełęcz od strony Małej Łąki. Dużo więcej ludzi i dużo gorsze warunki śniegowe, niż dwa tygodnie temu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warunki meteo tym razem bajkowe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Trzydniowiański Wierch i Grześ na skiturach|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|28 01 2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Za szczęśliwca może się uważać ten, który w ten weekend przemierzał tatrzańskie szczyty. Granatowe niebo z królującym słońcem, zero wiatru, lekki mrozik. Warunki niemal idealne gdyż na niektórych wystawach śnieg mógł sprawiać niespodzianki. O świcie w okolicach Chochołowa mroził nas widok samochodowego termometru – 22 st. W Chochołowskiej też dość arktycznie ale czym wyżej tym cieplej co wskazywało na ewidentną inwersję. Strome podejście na Trzydniowiański Wierch (1765) wypruwa trochę sił, zwłaszcza, że robimy to w żwawym tempie (wyprzedzaliśmy grupki skiturowców). Na szczycie krótki odpoczynek z niesamowitą panoramą białych szczytów. Z góry zjeżdżamy najpierw Jarząbczym Upłazem a potem na wprost centralnym żlebem. Na początku trochę szreni łamliwej lecz niżej już zsiadły puch. Gdy żleb robi się wąską rynną wskakujemy do stromego lasu i nim docieramy do szlaku w Jarząbczej dolinie. Po drodze jest zaśnieżona, dość wąska kładka bez poręczy nad strumykiem. Zrobiłem to na szybkości i się udało. Esa dotarła na drugi brzeg lecz tuż za kładką zjechała jej narta i z nie małej skarpy spadła lądując w wodzie na plecach z nartami na sztorc. Po krótkiej akcji ratunkowej okazało się, że do połowy jest mokra (plecak uratował ją od zmoczenia pleców). W tej sytuacji byłem przekonany, że to koniec akcji więc z ogromnym zaskoczeniem usłyszałem zdanie:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Mieliśmy jeszcze iść na Grzesia...”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podejście na Grzesia szlakiem a zjazd najpierw  na przełaj a niżej traktem narciarskim wprost pod schronisko gdzie się nawet nie zatrzymujemy. Tnę szybko doliną w dół zostawiając Esę daleko z tyłu a ostatnie 2 km pokonuję szybką „łyżwą”. Spotykamy się przy parkingu. Pokonaliśmy 28 km i 1550 m deniwelacji. Skiturowa zima Nocków trwa...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FTrzydniowanski&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - skitur na Baranią Górę|&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;|25.01.2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Ferie spędzamy rodzinnie w Istebnej ucząc dzieciaki jazdy na nartach, ale nie był bym sobą gdyby nie uszczknął coś tylko dla siebie. Najsensowniejsza dla mnie była Barania Góra z Kamiesznicy czarnym szlakiem. Samochód zostawiam w okolicy koloni Fajkówka, skąd jednostajnie wznoszącym szlakiem wchodzę na górę. Trasa świetna na skiturową wycieczkę, lecz pogoda najgorsza z całego tygodnia (mgła). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid - Ferie w Korbielowie|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjazd pod hasłem ,,nic nie musimy”. Do Korbielowa pojechaliśmy bez konkretnego planu, jednak z kilkoma pomysłami na spędzenie czasu. &lt;br /&gt;
Poza leniuchowaniem i nadrabianiem zaległości kinematograficznych, które zdecydowanie dominowały na tym wyjeździe udało nam się odbyć kilka wycieczek. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotę stanowiliśmy grupę wsparcia dla grupy wsparcia skiturowców mierzących się z ,,tryptykiem beskidzkim”. Co oznacza jedynie to, że uchroniliśmy Teresę i Heńka przed kilkugodzinnym marznięciem w samochodzie w oczekiwaniu na Damiana i Michała. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W poniedziałek w czasie kiedy Łukasz zagłębiał tajniki jazdy na nartach, ja postanowiłam bliżej zapoznać się ze skiturami. W czasie dwugodzinnej wycieczki udało mi się pokonać około połowę drogi na Pilsko, zanim uznałam, że muszę się pospieszyć, żeby wrócić na umówioną godzinę. Pogoda dopisywała, miałam dobry widok na Babią Górę i jeszcze lepszy na Tatry. Na drogę powrotną wybrałam nartostradę, którą podchodziłam.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
We wtorek oboje z Łukaszem wybraliśmy się na Pilsko (na nogach), podchodziliśmy wzdłuż nartostrady, tak jak ja dzień wcześniej na nartach, skracając sobie jednak drogę od czasu do czasu przecinając las i nieczynną jeszcze linię krzesełkową. W schronisku na Hali Miziowej zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby się rozgrzać i przygotować na spotkanie z białą śnieżno-mgielną ścianą. Na szczyt udało nam się dotrzeć bez problemów, jednak byliśmy nielicznymi, którzy zapuścili się poza linię najwyższego wyciągu.  Szlak od nieszlaku dało się rozpoznać po tym, że zapadaliśmy się nieco płycej w śniegu (po zboczeniu okazało się, że jesteśmy powyżej kosówki w której lądowaliśmy do pasa). &lt;br /&gt;
Na drogę powrotną wybraliśmy szlak niebieski biegnący wzdłuż granicy PL-SK. W miejscu w którym dobijał on z grani był zupełnie nie przetarty, schodząc nim mieliśmy ubaw po pachy (śniegu zresztą prawie też) lądując co chwilę w śniegu. Z powodu mgły nie szło odróżnić gdzie kończy się ziemia, a zaczyna powietrze. Jedynym wskaźnikiem drogi był dla nas GPS. Niżej, w miejscu połączenia z czerwonym szlakiem widoczność się poprawiła i już bez przygód wróciliśmy na kwaterę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W środę przenieśliśmy się na jeden dzień w Tatry. Tam między innym odbyliśmy spacer nad Smreczyński Staw. Po obiedzie odwiedziliśmy jeszcze Ryśka i Marzenę, którzy spędzali w tamtej okolicy ferie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pozostałe dni spędziliśmy na jeżdżeniu na nartach. Jedynie ostatni dzień zasługuje na uwagę. Pragnąc zaznać trochę mocniejszych wrażeń zdecydowaliśmy się zmienić stok i zjechać na nartach z Hali Miziowej. Jadąc wyciągiem zweryfikowaliśmy plany i zjazd rozpoczęliśmy z Hali Szczawiny. Z dołu widzieliśmy wyjeżdżoną trasę dlatego wielki znak ,,TRASA ZAMKNIĘTA”, minęliśmy niemalże z pogardą. Po drodze przeprosiłam w duchu osobę, która go stawiała walcząc na wąskim zjeździe z lodowymi połaciami usypanymi kamieniami lub lawirując między drzewami próbując je ominąć. I jeszcze raz na końcu, wykręcając nogę z narty, która się zablokowała przy próbie skrętu na dość stromym lodzie. Moja próba założenia narty była na tyle długa, że Łukasz rozpoczął misję ratunkową w moim kierunku. Cale szczęście zjechałam nim zaczął na poważnie podchodzić. Po tym ekstremalnym dla mnie zjeździe zastanawiam się czy takie przygody bardziej mnie zniechęcają, czy zachęcają do takich zabaw. Za to w oczach Łukasza na pewno widziałam błyski ekscytacji. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2Fkorbielow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Skrzyczne od wschodu|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Majewicz|22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeżeli można by pisać poematy na temat skitouringu to przebyta przez nas trasa na pewno na to by zasłużyła. Każdy kto od kotliny Żywieckiej mija ten szczyt musi zobaczyć białe i strome zbocza opadające na wschód z tej największej w Beskidzie Śl. góry. Zachodnie zbocza są do granic możliwości skomercjalizowane przez gestorów wyciągów narciarskich podczas gdy tu są totalne pustki. Startujemy z Słotwiny głęboko wciętą  doliną między Niesłychanym Groniem a Palenicą. Leśna droga wkrótce ucieka w bok  a my podążamy przez rzadki las w stronę owych stromizn. Wyżej śniegu w bród. Jest tu kilka starych śladów narciarskich lecz człowieka nie spotykamy. Zakosami po starym wiatrołomie windujemy się ostro w górę osiągając zakręt niebieskiego szlaku i wkrótce szczyt pełen przywyciągowaych narciarzy. Tu tylko przepinaka i po przełknięciu śliny (z wrażenia przed czekającym zjazdem) ruszamy w dół. Mając w zespole lekarza ortopedę i pielęgniarkę można sobie pozwolić na trochę więcej swawoli. Na początku „tatrzańskimi” stromiznami wśród rzadkich drzew a potem przez rozległe polany dające niesamowite poczucie wolności śmigamy w dół ku naszej dolinie pogrążającej się w cieniu  kończącego się dnia. Gdzieś daleko na południu błyszczały Tatry a Babia i Pilsko wydawały się być w zasięgu ręki. Szybko tracimy wysokość pisząc nartami na śniegu linie naszej fantazji. Śnieg jest bardzo nośny więc gdy wyskakujemy na leśną drogę zjazd do auta trwa zaledwie kilka chwil.  Uff...! Co za upojny dzień.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne-Slotwina&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Kraków - jaskinia Twardowskiego i inne|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, w Krakowie - Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska (SŁ)|21 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odwiedzamy wzgórze Twardowskiego przechodząc szlak okrężny. Zaglądamy do jaskini Twardowskiego lecz tylko tam gdzie za nadto nie trzeba się tarzać. Udaje mi się w niej walnąć głową o strop do tego stopnia, że poczułem jak głowa wciska się z 2 cm do karku (nie miałem  kasku). Później idziemy na zalew Zakrzówek a następnie zerkamy do jaskini Wiślanej. W okolicy rozkopanych jest jeszcze kilka innych otworów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drugiej części dnia przenosimy się do centrum. Przechodzimy przez Wawel i stare miasto by w Instytucie Konfucjusza Uniwersytetu Jagiellońskiego w kameralnej atmosferze posłuchać prelekcji dot. Chin oraz je przeprowadzić.  Mateusz opowiadał o polskiej eksploracji jaskiń w Chinach a ja o wędrówce rowerowej przez ten kraj. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FKrokow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - samotne wycieczki skiturowe|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 15 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wychodzę na Kondracką Przełęcz od strony dol. Małej Łąki. Do Wielkiej Polany spotykam cztery osoby. Potem muszę torować, bo na świeżym śniegu nie ma nawet śladu śladów. Na grani pusto, kolejnych ludzi widzę dopiero na zjeździe (po moich tropach na popołudniowy spacer po dolinie wybrało się kilka grupek). Pierwsze 100 m zjazdu z Przełęczy to wymagające lodowe kalafiory, przykryte świeżym śniegiem. Potem czekała mnie dosyć puchowa przygoda, choć miejscami musiałem przesmykiwać się pomiędzy wystającymi kamieniami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę od strony dol. Chochołowskiej wchodzę na Iwaniacką Przełęcz i dalej na Suchy Wierch Ornaczański. Choć podobnie jak poprzedniego dnia, początek zjazdu był nieco trudny, to dalej już trafiłem w pyszny puch. Tym razem kamieni nie było, ale w momencie, w którym zjeżdżałem, opad śniegu akurat się wzmógł i znacząco spadł kontrast, więc i tak musiałem jechać dosyć powoli.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Jaworzyna w Worku Raczańskim|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Teresa Szołtysik, Jacek Copik (os. tow.) |15 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z zasypanej śniegiem Rycerki Górnej zagłębiamy się w dolinę Śrubity. W górnej części doliny skręcamy stromo do góry na grzbiet Kołyski a nim do granicznego grzbietu. Celem była Jaworzyna (1174), która osiągamy. Stąd zjazd początkowo drogą podejścia a potem na przełaj w dół do doliny Abramów po przepięknym puchu w rzadkim bukowym lesie. W dolinie jest tyle śniegu, że na łagodnym stoku nie da się swobodnie zjeżdżać. Później jednak docieramy do drogi z Przegibka gdzie jest w miarę przetarte. Do auta docieramy „łyżwą” w coraz bardziej padającym śniegu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FJaworzyna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Skiturowy maraton przez „tryptyk beskidzki”|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik (na długiej trasie), Heniek Tomanek, Teresa Szołtysik (na krótszej trasie), Łukasz Piskorek, Asia Przymus (na kwaterze w Korbielowie)|14 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Babia Góra (1725), Mała Babia Góra (1517) i Pilsko (1557) to trzy najwyższe szczyty Beskidów. Zrobienie ich na skiturach w ciągu jednego dnia wydało nam się dość ambitnym planem, który był następujący: Heniek podrzuca nas autem do Zawoji. On i Teresa robią turę narciarską przez Mosorny Groń a potem odbierają nas z mety w Korbielowie. My natomiast po kolei zdobywamy Babią Górę, Mł. Babią Górę, zjeżdżamy na Słowację do dol. Polhoranki by następnie wdrapać się na Beskid Krzyżowski (923) i zjechać do Korbielowa. Stąd podejście na Pilsko i zjazd ponownie do Korbielowa. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda była taka sobie. Prószył śnieg, pochmurno. Ruszamy dość późno tj. o godz. 9.00. Szczyt Babiej osiągamy o 11.30 po pokonaniu pełnej nawisów przeł. Brona a potem po ostrej walce na lodowych kalafiorach w zimnym wietrze i kiepskiej widoczności. Kopuła szczytowa niemal całkowicie wywiana  z śniegu. O dziwo było tu kilka osób. W dół najpierw schodzimy po piargach a potem zjeżdżamy po lodowej tarce gdzie każdy skręt był loterią a Michał zaliczył nawet bliski kontakt z zlodzonym kamieniem. Widoczność była fatalna i mimo, że staraliśmy się wypatrywać tyczek to i tak udało nam się zapędzić na słowacką stronę na szlak do Slanej Vody. Po odrobieniu wysokości docieramy nie bez problemów z powrotem na przeł. Brona. Zjazd wcale nie był wiele krótszy od podejścia. Na Babiej byliśmy zimą wiele razy lecz nigdy nie zastaliśmy tak fatalnych warunków narciarskich. Wyjście na Mł. Babia (Cyl) obyło się bez przeszkód. Stąd mamy przepiękny (nie licząc poprzecznych zasp), długi zjazd zupełnie nietkniętym śniegiem na Jałowcową przełęcz i dalej na przełaj do słowackiej doliny Polhoranki. Dolina jest piękna, zwłaszcza, że nagle oświetliło ją słońce. Po kilku kilometrach niemal poziomego terenu skręcamy na graniczne pasmo. Po nieskalanych, głębokich śniegach torujemy w stronę Beskidu Krzyżowskiego, który udaje nam się bezbłędnie osiągnąć. Łagodny zjazd do Korbielowa już w zapadającym zmroku. Dalej doliną Buczynki maszerujemy na Halę Miziową już solidnie zmęczeni dość szybko docieramy do schroniska gdzie robimy półgodzinny odpoczynek. W całkowitych ciemnościach ruszamy jeszcze na szczyt Pilska. Profilaktycznie wbijamy do GPSa ostatni słup wyciągu narciarskiego bo Pilsko to zdradliwa góra (dla przestrogi warto przeczytać historię tragedii z roku 1980 - http://www.wgorach.com/?id=66219 ). W wietrze i padającym coraz mocniej śniegu docieramy na szczyt słowackiego Pilska. Szybka przepinka, selfie i mkniemy w dół. Wydawało nam się, że zjeżdżamy w dobrym kierunku lecz gdy zbocze zaczęło robić się stromsze a w świetle naszych czołówek nie pojawiła się żadna tyczka zaglądamy na GPS. Szok. Odbiliśmy w bok o 633 metry od ostatniego nabitego punktu. Znów długi trawers w zablokowanych butach. Dopiero gdy ujrzeliśmy ostatni słup wyciągu odetchnęliśmy z ulgą. Dalej zjeżdżamy nartostradą aż do Korbielowa gdzie czekał na nas Heniek z Teresą. Była godzina 20.30. Pokonaliśmy 42 km i 2478 m deniwelacji. W domu jesteśmy przed północą. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2017/Tryptyk&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Heniek z Teresą w tym czasie podeszli szlakiem na Mosorny Groń (przerwa na posiłek w stacji turystycznej) i dalej na Cyl Hali Śmietanowej (1298). Stąd zjechali na Brożki i dalej na przełaj pełnym wykrotów lasem do Polcznego. Potem drogą z buta pod wyciąg Mosorny Groń. Heniek na lekko skoczył po auto i wrócił po Esę i sprzęt. Następnie pojechali do Korbielowa gdzie czekając na „martończyków” zagościli u naszych klubowych przjaciół: Łukasza Piskorka i Asi Przymus, którzy akurat spędzali tam ferie. Gdy tylko cała ekipa skiturowa znalazła się na dole wróciliśmy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FMosorny&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl.- Skrzyczne_Skitura|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spontaniczny wyjazd, uzależniony od decyzji teściów...Udało się i rano po 7 wyruszamy spod domu. Temp. -25 st nie zachęcała do opuszczenia auta w Szczyrku, jednak na podejściu nie było już tak źle. Pod szczytem wiatr był już nieco bardziej okrutny. W schronisku ogrzewamy się w towarzystwie wielu narciarzy i po chwili szybko ruszamy w dół. Zjazd nartostradą wyśmienity. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Czantoria na nartach od Bucznika|Teresa, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik, Agnieszka Kurdziel-Sarnecka (AKG) |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Czantorii byliśmy już wiele razy z różnych stron lecz tym razem podeszliśmy zupełnie nową trasą w dość odosobnionym terenie. To dolina Gahury (w górnym biegu zwana Bucznikiem). Wystartowaliśmy klasycznie od parkingu pod wyciągiem, potem kawałek niebieską nartostradą i dość długim trawersem zakończonym nie długim zjazdem (na fokach) do doliny Bucznika. Doliną podchodzimy na nartach w zupełnie nieprzetartych śniegach stromo do góry osiągając wierzchołek Czantorii (995) niemal przy samej wieży.  Szlak podejścia okazał się bardzo ciekawy. Przy dobrych śniegach będzie tu przepiękny zjazd. Z szczytu najpierw szlakiem a później nartostradą smagani mroźnym powietrzem osiągamy w kilka chwil parking gdzie zostawiliśmy auto. Tym razem było cieplej, ok. –17 st. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FCzantoria&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry – obóz zimowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska, Teresa, Paweł i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus, Iwona Czaicka, &amp;lt;u&amp;gt;Karol Pastuszka&amp;lt;/u&amp;gt;, Sylwester Siwiec, Mateusz Golicz, Piotr Strzelecki, 2 Żagańskie Bobry, Bogusia Chlipała z TPNu|05 - 08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień Pierwszy słowami Iwony'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszy dzień obozu zimowego spędziliśmy na szkoleniu lawinowym. Ze względu na niezbyt zachęcającą temperaturę powietrza wynoszącą prawie -30st oraz ogłoszony 3 stopień zagrożenia lawinowego, pierwsza część szkolenia odbyła się na Kalatówkach. Najpierw słuchaliśmy wykładu Mateusza m.in. na temat lawinowego ABC, plecaka ABS (w tym momencie Karol się rozmarzył na myśl o odpaleniu plecaka) grzejąc się w ciepełku hotelu/schroniska. Następnie już na zewnątrz Bogusia Chlipała z TPNu opowiadała nam o zasadach korzystania z detektorów i sond, po czym  wbiegaliśmy na pole z zakopanymi detektorami wysyłającymi sygnał, z sondami wzniesionymi jak dzida u człowieka pierwotnego wyruszającego na polowanie. A jaka radość była przy znalezieniu zakopanego punktu! Ćwiczyliśmy na pojedynczych „ofiarach lawin”, jak i na mnogich. Dla urzeczywistnienia sondowania człowieka wykopaliśmy jamę śnieżną, gdzie schował się Sylwek, a potem Paweł. Mogliśmy wyczuć miękkie odbijanie sondy od człowieka i wbicie sondy w powietrzną jamę. Po tych atrakcjach znowu schowaliśmy się do hotelu. Tam posłuchaliśmy dalszej części wykładu na temat, jak poruszać się po górach, żeby uniknąć lawiny i co zrobić, jeśli już zejdzie. Ku największej uciesze Karola, Bogusia zaprezentowała nam mammutowy plecak lawinowy, pozwalając go uruchomić. Mnie w tamtej chwili tylko brakowało wnętrza – stroju Supermana, może by wtedy nawet się supermoc uruchomiła i by odleciał ;)&lt;br /&gt;
Na dalszą część szkolenia przeszliśmy spacerkiem na Nosal i niedaleko ćwiczyliśmy obsługę czekana. Imitowaliśmy wszelkie zjazdy, nogami w przód, głową, na plecach, na brzuchu. A i tak najlepiej było na jabłuszku.  Próbowaliśmy założyć stanowiska z czekanów, taśm, grzyba śnieżnego – w naszym wykonaniu i takim śniegu ja bym im nie zaufała :)&lt;br /&gt;
Po wszystkim korzystając, że skończyliśmy nie za późno pojechaliśmy na obiad, gdzie dołączył do nas Piter.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Temperatura nie była aż taka nieznośna, na jaką wydawać by się mogła. Choć myśl, że w kolejny dzień wejdziemy do stosunkowo ciepłej i przytulnej jaskini dodawała otuchy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień pierwszy oczami Damiana'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień szkoleniowy. Całą ekipą spotykamy się w Kuźnicach i razem podchodzimy na Kalatówki. Temperatura oscylowała wokół –20 st. więc wykład Mateusza na temat zagadnień lawinowych w przytulnym kąciku schroniska był bardzo na miejscu. W końcu jednak wyszliśmy na mróz i obok schroniska ćwiczyliśmy na „poletku lawinowym” specjalnie przeznaczonym do tego typu szkoleń. Jest tu specjalna konsola pozwalająca na losowe szukanie „ofiar” a w terenie pod śniegiem zasypane są „ofiary” z pipsami. Bogusia Chlipała (TPN) zademonstrowała na Karolu plecak wypornościowy Jet Force. Po części lawinowej przenieśliśmy się na Nosala gdzie na nieczynnej od dawna nartostradzie próbowaliśmy ćwiczyć hamowanie czekanem tudzież chodzenie w rakach. Śnieg był kopny więc niezbyt dobrze to szło (posiłkowaliśmy się nawet „jabłuszkiem”) lecz każdy mógł wykonać niezbędne w danej sytuacji ruchy. O zmroku zjeżdżamy (Mateusz,  Damian, Esa, Paweł na nartach a Asia na „jabłuszku”)/ schodzimy (reszta) do Zakopca. Ja wracam z Esą do domu a reszta ekipy zostaje na następne dni by zrobić przejścia jaskiniowe lub wycieczki skiturowe. Opisy z akcji jaskiniowych zapewne się pojawią. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSzkolenie-zimowe&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi według Sylwestra - Jaskinia Miętusia'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po całkiem rozrywkowym dniu pierwszym, przyszedł czas na poważniejsze wyzwanie- Jaskinię Miętusią. Dojście do otworu nie było specjalnie trudne. Wystarczyło przebrnąć przez głęboki śnieg i nie zwracać uwagi na śmieszne minus dwadzieścia kilka stopni. Dolina Miętusia raczyła nas swoimi mroźnymi urokami. Tu ładnie ośnieżone zbocze, tam schowany szczyt za kłębami poszarpanych chmur. No ogólnie było na co popatrzeć. Doszliśmy w dobrym czasie pod Dziurawego i po krótkim lawirowaniu między drzewami stanęliśmy przed otworem. Przebierając się w tak ekstremalnym zimnie, z zaskoczeniem zauważyłem, że wcale nie jest mi zimno. Dopiero w przedsionku jaskini, w tzw. „Rurze”, gdy pomagałem Asi założyć czołówkę na kask, szybko straciłem czucie w palcach. Rada dla innych: lepiej bez czucia nie majstrować przy zatrzaskach na kasku, bo można sobie zrobić krzywdę. :) Rura była ogólnie super, trochę jak zjeżdżalnia w aquaparku, tylko lód zamiast wody. Bez większych problemów dotarliśmy do Sali bez Stropu. Tam chwila relaksacji i znowu ruszyliśmy w dół. Poręczując po kolei kolejne odcinki dotarliśmy do wejścia do tzw. Wielkich Kominów. Karol zanurzył się w kolejnej czeluści, w której miało ostro lać, ale po paru minutach Mateusz postanowił zmienić plany i ostatecznie Karol musiał wyleźć znowu do nas na górę. W tym czasie minęliśmy się z inną grupą grotołazów, która po kilku kurtuazjach zniknęła nam z oczu za Błotnymi Zamkami. Zamiast Wielkich Kominów mieliśmy zaporęczować przynajmniej część Korytarza Trzech Króli. Ten zaszczyt przypadł mnie. Wróciłem pierwszy do Sali bez Stropu i stamtąd miałem zapieraczką wspiąć się osiemnaście metrów wyżej, asekuracją miał się zająć Karol. Już dojście do miejsca, skąd miałem rozpocząć wejście przysporzyło nam nie lada gimnastyki. Nie byłem pewien, czy dam radę, ale w sumie okazało się, że się udało. Już oszczędzę czytelnikom szczegółów, jak wydawałem z siebie dziwaczne odgłosy rodzącej kobiety i chichoczącego do siebie psychopaty- co te jaskinie robią z człowiekiem?! Najciekawszym jednak zjawiskiem, które się objawiło po przebytym chwilę wcześniej wysiłku, było niemal namacalnie przeze mnie doświadczone spowolnienie procesów myślowych, co nie zostało bez konsekwencji. Najpierw, zupełnie niepotrzebnie, spowolniłem całą grupę nie poręczując od razu kolejnego odcinka, by następnie zamiast zawiązać podwójny zderzak, zawiązać coś co sam później nazwałem „psim ogonkiem”. Ale czułem, że coś jest nie tak. Wiążę, wiążę i sobie myślę: „ Nieee, coś za szybko mi poszło. Zawsze dłużej musiałem się napocić przy tym węźle.” Z wyglądu też był jakiś podejrzany, ale jednak zjeżdżam na tym „psim ogonku” trochę niżej i  oglądając się za Mateuszem widzę jak dość energicznie gimnastykuje palce przy moim węźle. Na moje pytanie odpowiada uspokajająco: „ Nie, nie, wszystko ok…. ale ty tam jesteś do czegoś teraz przypięty?” – Ahaa, czyli schrzaniłem! Z poczuciem zażenowania i kolejnej wtopy muszę żyć do dziś. Zeszliśmy wreszcie do jakiejś niezbyt dużej półeczki i stamtąd mieliśmy rozpocząć wyjście na powierzchnię. Deporęczowaniem zajęła się Iwona z asystą Mateusza. Ja, Karol i Asia mieliśmy nie oglądając się na nich wychodzić jak najszybciej. Nie trzeba było nam tego dwa razy powtarzać. Wyście raczej było dość standardowe i nie ma się tu o czym rozpisywać. Jedynie przejście przez lodową Rurę było karkołomne. Po wyjściu było już ciemno, wciąż bardzo zimno, ale chociaż nic na nas nie padało, ani nie sypało z nieba. Szybko się przebraliśmy i żwawo ruszyliśmy szlakiem do cywilizacji. Zabawne, jak wiele w człowieku jest pokładów energii, gdy chodzi o chęć jak najszybszego wydostania się skądś. Przystanęliśmy jednak w Dolinie Miętusiej dwa razy, by zawiesić na dłuższą chwilę oczy na widowiskowo gwiaździste niebo i błyszczący księżyc oprawione w klimatyczną zimową ramkę. Na dobry koniec wywinąłem jeszcze orła na prostej drodze i tyle. Wróciliśmy do ciepła, miękkiej pościeli i zapasów jedzenia. Tak, tego po całym dniu było nam potrzeba. :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi - wycieczka skiturowa Prezesa i Ali'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Około 7:00 budzi nas pakowanie się kursantów wybierających się do Miętusiej, ale obracam się tylko na drugi bok. Jednak błękitne, czyste niebo nie pozwala leżeć długo w łóżku. Więc nie spiesząc się jemy śniadanie i powoli się pakujemy. Po chwili wraca Piotrek, który niosąc ciężki plecak nie potrafił się nawet rozgrzać podczas podejścia do Miętusiej. Piekielny mróz daje o sobie znać po raz pierwszy tego dnia lecz na drugi i trzeci raz nie każe długo czekać – samochód nie odpala. Prosimy więc Piotrka żeby podjechał swoim autem w celu podładowania akumulatora – jego też nie odpala. Odpala za to sąsiadka i pozwala się podłączyć – jeszcze raz dziękujemy. Przez poranne zawirowania jest już 11:00 i zastanawiamy się czy nie olać wycieczki i póki auto działa wracać do Zabrza, choć tak naprawdę to zastanawialiśmy się czy wycieczka w takiej temperaturze (-20, odczuwalna -30) w ogóle będzie przyjemnością. Ostatecznie decydujemy się zaryzykować, w końcu zaplanowana  wycieczka jest idealną na warunki tego dnia (trójka lawinowa i idealna widoczność), pomijając oczywiście arktyczny mróz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na parkingu Brzezinach czaka na nas ostatnie wolne miejsce. Idziemy czarnym szlakiem w kierunku Murowańca, lecz już na Psiej Trawce odbijamy czerwonym szlakiem za wschód przez Dol. Pańszycy i Waksumndzką Polanę do Rówieni Waksumndzkiej, gdzie zielonym już szlakiem na szczyt Gęsiej Szyi. No właśnie, ktoś z Was wie co to i gdzie to? Otóż szczyt ten leży pomiędzy Dol. Pańszczycy i Dol. Złotą, od północy otoczony Dol. Filipki, zaś od południa Dol. Waksmundzką. I co, dalej nic…? I właśnie dlatego jest tam tak urokliwie. Ze szczytu rozpościera się kapitalny widok na Koszystą i Wołoszyn oraz szeroka panorama od wydających się być na wyciągnięcie ręki Tatr Bielskich, przez Jaworowy, Lodowy, chyba Gerlach, Ganek, Wysoką, Rysy … aż po sam Giewont. Świetna lekcja topografii.   &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Dzięki korzystnemu położeniu na wprost wylotu Doliny Białej Wody oraz wzniesieniu nad Dolinami Białki i Filipki – jest niepozorny szczyt lesistego regla, zwanego Gęsią Szyją – jednym z najwdzięczniejszych punktów widokowych. Podobny, jakkolwiek mniej rozległy widok rozpościera się z leżącej niżej Polany Rusinowej. Na polanie szałasy pasterskie, piękne miejsc na odpoczynek południowy.” Tadeusz Zwoliński Zima w Tatrach&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zjazd ze szczuty Gęsiej Szyi na Rusinową Polanę, choć krótki dostarcza naprawdę wiele radości. Z polany roztacza się bardzo podobna panorama co ze szczytu, która naprawdę hipnotyzuje. Tutaj skracamy nieznacznie klasyczny wariant wycieczki i odbijamy na niebieski szlak w kierunku Dol. Złotej, zatrzymując się jeszcze na wybornej herbatce w Sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr na Wiktorówkach. Stamtąd zjazd szeroką drogą leśną, cały czas na nartach, aż do drogi. Zdążamy jedynie wypiąć się z nart i łapiemy busa z powrotem do Brzezin. Auto odpala od strzału – uff. &lt;br /&gt;
Wracamy przez zupełnie nieznane mi wsie i prowadzeni przez nawigację omijamy zatłoczone Zakopane i sąsiednie wsie. Dalej droga zupełnie pusta. W samochodzie robi się w miarę ciepło dopiero za Jordanowem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na zakończenie: Planując wycieczkę w takie mrozy warto się solidnie przygotować i jak zawsze mieć kilka planów awaryjnych. W tym wypadku termy były wybitnie kuszące – stroje mieliśmy w samochodzie. Foki nawet nie próbowały się przykleić do nart, ale jakoś trzymały i nie dało się odczuć uciążliwości z tym związanych. Ale następnym razem schowam je za pazuchę. Podczas całej wycieczki tempo było naprawdę szybkie, a mimo to nawet się nie spociłem. Każdy postój powyżej minuty niemile zamrażał. Jedynie zjazd i piękne widoki rozgrzewały ciało i umysł.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FGesiaSzyja&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień trzeci według Karola - Jaskinia Zimna'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trzeci dzień obozu wybraliśmy się do jaskini Zimnej. Pierwotnie planowaliśmy przejście jaskini aż do Wideł. Plany duże, ale analizując możliwości i dostępny czas, Mateusz zadecydował, że schodzimy do Chatki.&lt;br /&gt;
Pobudka, śniadanie i wpakowanie szpeju do auta. Jak przez ostatnie 2 dni, pogoda nie zachęca, aby wyjść na zewnątrz. Mało kto ma ochotę, żeby wychodząc z pod ciepłej kołderki ładować się na – 26 stopni. Piter po zapoznaniu się z panującą na zewnątrz aurą ponownie przejmuje rolę kwatermistrza, jednakże z tym wyjątkiem, że tym razem nie organizuje nam niespodzianki w postaci rosołku. Po pierwszym szoku temperaturowym dochodzimy do siebie i już na szlaku robi nam się ciepło. Zaletą „zimowych” jaskiń jest na pewno ich dogodne położenie. Zamiast wyprawy mamy spokojny spacer i po dłużej chwili stoimy już pod wyjściem z jaskini Mroźnej. Temperatura mobilizuje do szybkiego przebrania się.  Plecaki zostawiamy w przebieralni i myk do korytarzyka. Ze względu na to, że we wrześniu doszliśmy do zalanego ponoru, powrót do niego przebiega sprawnie. Po dojściu  do Błotnego Progu, zaczynamy wspinaczkę. 13 m nie stanowi wyzwania, choć obłocone skały i gumiaki nie są pomocne. Dalej Sylwek bez przeszkód pokonuje Próg Wantowy i dochodzimy największej trudności, czyli Czarnego Komina. Nie ukrywam, że miałem duże wątpliwości, czy dam radę go zrobić. Zdarzało mi się rezygnować na jurze z niektórych „piątek” bo były za wymagające, a taka trudność spotkana w jaskini może dopiero przyprawić człowieka o czarne myśli. Może przez to ten fragment jaskini nazywany jest Czarnym Kominem? Zamieniam gumiaki na butki wspinaczkowe i cisnę. Z kilkoma przerwami udaje się zrobić pierwszy wyciąg i o dziwo czuję nie dosyt. Dalej ciśnie Iwonka, której trudność dopiero sprawia Szklany Prożek (przed którym strasznie marudzi i wyżywa swoją złość na bogu ducha winnym asekurującym;) ), ale ostatecznie z nim wygrywa. Jaskinia Zimna sprawia w gruncie rzeczy wiele frajdy, ze względu na wspinaczkowe urozmaicenia. Nie jest nudno. Taka Beczka, czy Biały Prożek potrafią dostarczyć dreszczyku, nawet czasem bardziej od kolejnej studni;) Chyba jedyny poważny zjazd, to zjazd do Chatki. Tam po krótkim odpoczynku pada szybkie polecenie: „Wychodzimy”. W Zimnej ćwiczymy techniki zjazdu na złodzieja i przeciwwagę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Lipowski Wierch na skiturach|&amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;, Justyna (os.tow.)|02 01 2017}}&lt;br /&gt;
Podejście na nartach zielonym szlakiem z Żabnicy na Rysiankę. Tu odpoczynek w schronisku. Dalej na Lipowski Wierch (1324) i już w zapadającym zmroku oraz przy śnieżnej zadymce zjazd na przełaj wprost na północ do doliny Żabnicy. Okazało się to nie zbyt dobrym pomysłem bowiem zbocze jest pełne wykrotów lub gęsto zalesione a w dodatku śnieg mocno zlodzony. Czasem trzeba zdjąć narty. Udało się jednak zjechać do auta gdzie czekała straż leśna. Widząc światła czołówek w miejscu gdzie turystów się nie spotyka sądzili, że w lesie grasują kłusownicy. Wszystko jednak zakończyło się pomyślnie. Zdjęcia wkrótce.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitury w Szczyrku|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;; Ala Kucharska + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejnego Sylwestra przyszło nam spędzić w Szczyrku. Przyjeżdżamy już w piątkowy wieczór. Niestety po ciemku ciężko było ocenić warunki śniegowe, więc dopiero rano wybieramy trasę. Pada na Skrzyczne od Czyrnej bez szlaku. Narty zakładamy gdzieś w 1/3 drogi. Na szczycie popas, spotykamy znajomych i podziwiamy widoki. Następnie przejazd granią na Małe Skrzyczne, zjazd na Halę Skrzyczeńską i Bieńkulą do Czyrnej. „Nieczynna” Bieńkula okazała się być lepiej (naturalnie) przygotowana niż gdy zabiera się za to obsługa wyciągów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę robimy jedynie krótką przechadzkę z nartami (część osób z dupolotami) granią w kierunku Beskid Ski Areny i Chaty Wuja Toma. Ludzi na szlaku sporo. Śniegu coraz mniej, więc końcowe odcinki muszę zjeżdżać stylem Damiana.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocne wyjście na Błatnię|Sonia i &amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście ok. 22 od Jaworza szlakiem na Błatnię. Szlak zlodzony, wyżej śnieg. Mimo to do góry podążało wiele innych osób. O północy na wierzchołku rozpalono potężne ognisko a Nowy Rok witało około 100 osób. Zejście tą samą drogą przed świtem do auta zostawionego w pobliżu &amp;quot;szałasu pod Błatnią&amp;quot;. Przed południem pobudka, celebracja posiłku i powrót do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FBlatnia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocny rajd skiturowy po Skrzycznem|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;; Na Młakach w chatce - Tadek, Basia, Adam, Ania Szmatłoch|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Sylwestrowa noc, cudowne, rozgwieżdżone niebo, mróz, skrzypiący śnieg - oto sceneria jakiej doświadczyliśmy udając się w narciarską wędrówkę po masywie Skrzycznego (1257). Z Czyrnej najpierw stokową drogą, na której założyliśmy narty i dalej jakimiś leśnymi duktami udaje nam się wydostać na Jaworzynę. Stamtąd nartostradą na szczyt. Oprócz kilku skuterów śnieżnych i zagubionych pieszych jest generalnie pusto. Najbardziej stromy odcinek był tak zalodzony, że bez harszli nie było szans. Tu zdejmujemy narty i wykuwając stopnie z niemałym wysiłkiem pokonujemy stromiznę. Tu również zastaje nas północ. Jak okiem sięgnąć pod nami pojawia się nagle feeria milionów kolorowych fontann. Witaj 2017! Dalej bardziej połogiem stokiem docieramy na sam szczyt Skrzycznego celowo omijając schronisko pełne gawiedzi. W trakcie podejścia kilka razy telefonicznie rozmawiamy z Heńkiem Tomankiem, który z Sonią podchodził z buta na Błatnię. Na szczycie spotykamy kilku skiturowców, którzy widać wpadli na podobny pomysł co my. Szybko przepinamy się do zjazdu bo wiatr nie zachęcał do dłuższego delektowania się nocnymi widokami. Znów zimny powiew na twarzy bo narty chyżo niosły nas po zmarzłym śniegu w dół. Zjeżdżamy na Halę Skrzyczeńską a później &amp;quot;zamkniętą&amp;quot; nartostradą w stronę Czyrnej. Po drodze Na Młakach zajeżdżamy wprost pod chatkę Adama i Ani gdzie paliło się ognisko a my załapujemy się na gorącą herbatkę. Po miłej pogawędce wśród klubowych przyjaciół wskakujemy na narty i docieramy na nich do samego auta  . Uwagi: w lesie generalnie śniegu mało a do sensownego zjazdu póki co nadają się tylko nartostrady i to niektóre (tak to przynajmniej wyglądało nocą). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Babia Góra – Sylwester|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Dariusz Rank&amp;lt;/u&amp;gt;; + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście z Krowiarek ustalamy na godzinę 20:30. Dla mnie to już drugi sylwester, który będę spędzać na szczycie Królowej Beskidów. Poprzedni był już lata temu i należał do tych najlepszych, więc chętnie odświeżę wrażenia. Już na początku widać różnicę. Poprzednio na Krowiarkach ukazały nam się rozstawione namioty i ludzie, którzy krzątali się tu i ówdzie coś gotując czy przygotowując się do wyjścia na szczyt. Od kilku lat w miejscu, gdzie kiedyś była polana, znajduje się zagospodarowany parking. Również i w tym roku ujrzeliśmy na Krowiarkach ludzi przygotowujących się do wyjścia z tą małą różnicą, że namioty zostały zastąpione samochodami. Cóż, może i mniej klimatyczne, ale zmian zatrzymać nie sposób.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wszyscy pojawiają się punktualnie, więc możemy wyruszyć bez zbędnych opóźnień. Po krótkim podejściu zrzucam z siebie zbędne warstwy odzieży, i aż do Sokolicy podchodzę w lekkim softshellu. Na sokolicy obowiązkowo zdjęcie grupowe i pierwszy nieco dłuższy postój. Tu dosięgają nas pierwsze mocniejsze podmuchy wiatru, więc trzeba zarzucić na siebie kurtkę. Na dzisiejszą noc na Babiej zapowiadają ok. -10 stopni, ale wiatr ma się wzmóc dopiero po północy. Trafia się nam swego rodzaju okno pogodowe, bo na te dwa dni pogoda bardzo się poprawia. Kilka dni wcześniej sypał śnieg, kilka dni później znowu zapowiadają opady i znaczne ochłodzenie, a nam trafia się zupełnie bezchmurna noc. Szkoda tylko, że księżyc był w nowiu, no, ale wszystkiego mieć nie można.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Sokolicy meldujemy się o 21:30, a więc w miarę punktualnie. Do północy jeszcze daleko a czas mamy bardzo dobry, więc strategicznie proponuję iść nieco wolniej, aby nie być na szczycie za szybko. Pamiętam warunki z poprzedniego sylwestra, kiedy to na szczyt weszliśmy jakieś 15-30 min przed północą i tak wiało, że nie byliśmy w stanie wytrzymać bez ruchu. Musieliśmy zacząć schodzić aby nie przemarznąć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tym razem kolejny nieco dłuższy postój robimy na Kępie. Krótka sesja fotograficzna na sznur czołówek ciągnący się od Sokolicy. Zaczynam żałować, że nie zabrałem statywu. Miało być light&amp;amp;Fast, ale te kilka dodatkowych gramów by mnie nie zbawiło. Zakładam na siebie buffa i ruszamy w górę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupa szybko nam się rozciągnęła. Ja widząc oczami wyobraźni tysiące okazji do upolowania ciekawego ujęcia schodzę nieco na bok i przepuszczam pozostałych. Szukam w pobliżu szlaku jakiś kamieni, barierek, tyczek. Czegokolwiek, na czy mógłbym postawić aparat i nieco go ustabilizować. Niestety, bez statywu i lepszego aparatu większość ujęć zostaje w sferze marzeń. Zdjęcia z ręki na długim czasie naświetlania wychodzą poruszone, a krótki czas naświetlania nie daje efektu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciągnący się przed nami i za nami sznur czołówek ponownie robi imponujące wrażenie. Jak wtedy, kilka lat wcześniej. Szybko orientuję się, że ostatnie osoby z naszej grupy dawno mnie wyprzedziły i zostałem nieco z tyłu. To w sumie dobrze, myślę sobie. Naszym tempem bylibyśmy na szczycie godzinę przed północą, a tak na spokojnie wejdę sobie zwykłym tempem robiąc przerwy fotograficzne. Wysyłam tylko sms-a, że u mnie wszystko ok i żeby na mnie nie czekali. W karawanie podążającej na szczyt jestem raczej bezpieczny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po podejściu na najbliższe wzniesienie okazuje się, że Grażyna z Piotrkiem i Asią niewiele mi „uciekli”. Doganiam ich czekających na szczycie wzniesienia. Zaczyna mocniej wiać, więc zmieniam rękawiczki na cieplejsze. Piotrek z Asią idą nieco szybszym tempem a my zostajemy na końcu i pomału podążamy na szczyt.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na jakieś 30 min. przed północą, po podejściu na kolejne wzniesienie widzę setki czołówek. Tak, to chyba już szczyt. Chyba, że wszyscy nagle postanowili odpocząć w tym samym miejscu :P Co mnie dziwi to brak jakiegokolwiek namiotu. Ostatnim razem jak tu byłem, na szczycie stało już na tyle dużo namiotów, że nie dało się już znaleźć jakiegokolwiek bardziej płaskiego i osłoniętego od wiatru miejsca na rozbicie naszego, dlatego też zdecydowaliśmy się zejść nieco niżej. Tym razem planujemy zejść do schroniska, więc również nikt z nas nie ma namiotu. Chowamy się przed wiatrem za ułożonym z kamieni murkiem i oczekując na godzinę zero popijamy ciepłą herbatę i pałaszujemy „szturm żarcie”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na krótko przed północą na szczycie pojawiają się grupki Straży Parku. Grzecznie przechodzą wśród wszystkich osób prosząc o nie puszczanie fajerwerków ze szczytu. Chwała im za to, że im się chciało i za sposób, w jaki to zrobili. Za to, że nie zaogniali konfliktu pomiędzy Parkiem a jego użytkownikami, jak to ma często miejsce w Tatrach. Jak widać – da się i moim zdaniem należą im się za to wielkie brawa. Słuszna inicjatywa, bo to w końcu Park Narodowy, a w zeszłym roku ze szczytu niestety poleciało bardzo dużo petard, widocznych z daleka (obserwowałem je wtedy z Maciejowej w Gorcach).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O północy życzenia, symboliczny szampan i podziwianie aż po widnokrąg milionów a może i miliardów małych, kolorowych wulkanów wybuchających gdzieś daleko w dole. Niesamowite wrażenie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz pozostało nam już tylko, a może aż, zejście ze szczytu w kierunku schroniska przez przełęcz Brona. Zejście wcale nie takie łatwe, bo warunki są trudne. Szlaki co prawda przedeptane, ale miejscami sporo zalodzeń. Poza szlakiem całą kopułę szczytową pokrywa gruba warstwa lodoszreni. I to nie takiej cienkiej, łamliwej, a takiej, która spokojnie utrzymuje ciężar człowieka i jedynie raki uchronić mogą przed poślizgnięciem. A tych niestety tym razem nie posiadam. Jak praktycznie za każdym razem, gdy szedłem na Babią miałem ze sobą raki, których prawie nigdy nie używałem, bo tylko nabijały się miękkim śniegiem, to teraz, kiedy ich nie mam jak na złość akurat by się przydały.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze zatrzymuję się na chwilę w pobliżu Kamiennej Dolinki. To część mojego ostatniego projektu. Zimowego wejścia akademicką percią na szczyt Babiej i zjazd na nartach Kamienną Dolinką. Niestety, ciężkie warunki śniegowe i duża mgła zmusiła nas wtedy do odwrotu z perci i zmiany planów. Kamienna Dolinka też będzie musiała chyba jeszcze trochę poczekać na wzrost moich skiturowych umiejętności :p&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupowe zdjęcie na przełęczy Brona. Tutaj jesteśmy już wszyscy w komplecie. Grupa podchodząca z Krowiarek od razu granią, oraz grupa, która zdecydowała się na podejście na szczyt percią przyrodników. Zejścia z Brony obawiałem się najbardziej. Okazało się jednak niezalodzone i całkiem przyjemnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Koło drugiej w nocy lądujemy w schronisku na Markowych Szczawinach.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7314</id>
		<title>Wyjazdy 2017</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7314"/>
		<updated>2017-02-11T00:09:00Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* I kwartał */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
=== I kwartał ===&lt;br /&gt;
{{wyjazd|AUSTRIA - Alpy Berchtesgadeńskie - skitury i jaskinia|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Marek Wierzbowski (UKA), Monika Strojny (TKN Tatra Team) i przez jeden dzień Michał Ciszewski (KKTJ)|04 - 07 02 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjazd z Katowic w piątek wieczorem. Naszą bazę stanowi chatka pod Lampo, gdzie przebywa liczna grupa naszych jaskiniowych znajomych. Po kilku godzinach snu, w sobotę wychodzimy na Buchauer Scharte (2300). W niedzielę podejmujemy próbę podejścia na szczyt Hochkönig, ale niedospanie i mała ilość śniegu przyczyniają się do redukcji planów i odwrotu z bańbuły na wysokości 2600. W poniedziałek, ze względu na duży opad deszczu, szybką dwójką wybieramy się z Markiem do jaskini Lamprechtsofen zerknąć do studni King Kong (akcja na +440 zajmuje nam nieco ponad 6 godzin). W poniedziałek pogoda się poprawia, wzrasta za to zagrożenie lawinowe. Ruszamy więc w Wysokie Taury, na szczyt Baukogel (2224). Na około 300 metrów przed szczytem Marek odkrywa, że ma luźne wiązanie, co przyczynia się do decyzji o wcześniejszym odwrocie, dzięki czemu z kolei w Katowicach jesteśmy z powrotem o 22:30. W ciagu czterech dni podeszliśmy łącznie ponad 4 000 metrów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żywiecki - Skitura na Wielką Rycerzową|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Jacek Copik|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejny szybki i przyjemny wyjazd. Pogoda w Mikołowie nie zachęcała do opuszczania domu.  Na szczęście,  po dotarciu do Soblówki deszcz ustąpił niemalże w momencie. Startujemy z parkingu przy czarnym szlaku i po ponad godzinie docieramy do Schroniska. Krótka przerwa na herbatkę i ruszamy na Wielką Rycerzową. Stąd zaczynamy zjazd  niebieskim szlakiem bardziej przez las, niż wzdłuż szlaku. Później szusujemy już wzdłuż szlaku zielonego. Pokonanie przeszkód w postaci gęsto występujących drzew, bądź też ukrytych strumyków okazuje sie ciekawym doświadczeniem i treningiem zwiększającym nasze umiejętności:)&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FRycerzowa&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Piętrowa Szczelina|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;,Łukasz Mazurek, Monika (os.tow.)|05 02 2017}}&lt;br /&gt;
Krótki niedzielny wypad. Mieliśmy pokazać Łukaszowi i Monice czym zajmują się grotołazi. Do jaskini weszliśmy obejściem, tak by nie musieć używać lin. Doszliśmy aż do korytarza Kryształowego. Tam zrobiliśmy parę pętelek i pozaglądaliśmy w kilka zakamarków. Łukasz znalazł zestaw temperówek i baterii (proszę nie zgłaszać się po zgubę, różowa temperówka bardzo mi się podoba). W drodze powrotnej część zespołu skorzystała z obejścia Studni Awenowców. Dalszą drogę pokonaliśmy trasą zejścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - wyjazd narciarsko-jaskiniowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Posłuszny Bogdan, Asia Przymus|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Plan na weekend był prosty sobota narty, niedziela jaskinia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjechaliśmy w sobotę przed południem i przez Słowację udajemy się do Kościeliska. Po zorganizowaniu się na bazie zabieramy sprzęt i jedziemy do Witowa na stok. Zjeżdżamy raz za razem nie tracąc czasu a wręcz zaczynając przyspieszać co z boku mogło wyglądać jak wyścigi. Ale czego się spodziewać jak chce się nadrobić tyle czasu życia w nieświadomości, że na dwóch kawałkach &amp;quot;deski&amp;quot; można tak sprawnie jeździć. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wieczorem wracamy na bazę i weryfikujemy nasz plan dotyczący wyjścia do jaskini i ostatecznie postanawiamy udać się do Zimnej. Plan dojścia do wideł realizujemy sprawnie, w ponorze sucho więc nic nas nie spowolniło. W jaskini spotykamy grupę kursantów z instruktorami, w sumie 12 osób ale dość sprawnie mijamy się przed Chatką. Z jaskini wychodzimy po około pięciu godzinach i udajemy się na bazę a wieczorem jedziemy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - Skitury|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Monika Strojny (TKN Tatra Team), Małgorzata Czeczott (UKA; w sobotę)|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wchodzimy na Spaloną Kopę. Śnieg bardzo zmienny, miejscami twardo, ale miejscami sypko i bardzo przyjemnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę szybkie wyjście na Wyżnią Kondracką Przełęcz od strony Małej Łąki. Dużo więcej ludzi i dużo gorsze warunki śniegowe, niż dwa tygodnie temu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warunki meteo tym razem bajkowe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Trzydniowiański Wierch i Grześ na skiturach|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|28 01 2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Za szczęśliwca może się uważać ten, który w ten weekend przemierzał tatrzańskie szczyty. Granatowe niebo z królującym słońcem, zero wiatru, lekki mrozik. Warunki niemal idealne gdyż na niektórych wystawach śnieg mógł sprawiać niespodzianki. O świcie w okolicach Chochołowa mroził nas widok samochodowego termometru – 22 st. W Chochołowskiej też dość arktycznie ale czym wyżej tym cieplej co wskazywało na ewidentną inwersję. Strome podejście na Trzydniowiański Wierch (1765) wypruwa trochę sił, zwłaszcza, że robimy to w żwawym tempie (wyprzedzaliśmy grupki skiturowców). Na szczycie krótki odpoczynek z niesamowitą panoramą białych szczytów. Z góry zjeżdżamy najpierw Jarząbczym Upłazem a potem na wprost centralnym żlebem. Na początku trochę szreni łamliwej lecz niżej już zsiadły puch. Gdy żleb robi się wąską rynną wskakujemy do stromego lasu i nim docieramy do szlaku w Jarząbczej dolinie. Po drodze jest zaśnieżona, dość wąska kładka bez poręczy nad strumykiem. Zrobiłem to na szybkości i się udało. Esa dotarła na drugi brzeg lecz tuż za kładką zjechała jej narta i z nie małej skarpy spadła lądując w wodzie na plecach z nartami na sztorc. Po krótkiej akcji ratunkowej okazało się, że do połowy jest mokra (plecak uratował ją od zmoczenia pleców). W tej sytuacji byłem przekonany, że to koniec akcji więc z ogromnym zaskoczeniem usłyszałem zdanie:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Mieliśmy jeszcze iść na Grzesia...”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podejście na Grzesia szlakiem a zjazd najpierw  na przełaj a niżej traktem narciarskim wprost pod schronisko gdzie się nawet nie zatrzymujemy. Tnę szybko doliną w dół zostawiając Esę daleko z tyłu a ostatnie 2 km pokonuję szybką „łyżwą”. Spotykamy się przy parkingu. Pokonaliśmy 28 km i 1550 m deniwelacji. Skiturowa zima Nocków trwa...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FTrzydniowanski&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - skitur na Baranią Górę|&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;|25.01.2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Ferie spędzamy rodzinnie w Istebnej ucząc dzieciaki jazdy na nartach, ale nie był bym sobą gdyby nie uszczknął coś tylko dla siebie. Najsensowniejsza dla mnie była Barania Góra z Kamiesznicy czarnym szlakiem. Samochód zostawiam w okolicy koloni Fajkówka, skąd jednostajnie wznoszącym szlakiem wchodzę na górę. Trasa świetna na skiturową wycieczkę, lecz pogoda najgorsza z całego tygodnia (mgła). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid - Ferie w Korbielowie|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjazd pod hasłem ,,nic nie musimy”. Do Korbielowa pojechaliśmy bez konkretnego planu, jednak z kilkoma pomysłami na spędzenie czasu. &lt;br /&gt;
Poza leniuchowaniem i nadrabianiem zaległości kinematograficznych, które zdecydowanie dominowały na tym wyjeździe udało nam się odbyć kilka wycieczek. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotę stanowiliśmy grupę wsparcia dla grupy wsparcia skiturowców mierzących się z ,,tryptykiem beskidzkim”. Co oznacza jedynie to, że uchroniliśmy Teresę i Heńka przed kilkugodzinnym marznięciem w samochodzie w oczekiwaniu na Damiana i Michała. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W poniedziałek w czasie kiedy Łukasz zagłębiał tajniki jazdy na nartach, ja postanowiłam bliżej zapoznać się ze skiturami. W czasie dwugodzinnej wycieczki udało mi się pokonać około połowę drogi na Pilsko, zanim uznałam, że muszę się pospieszyć, żeby wrócić na umówioną godzinę. Pogoda dopisywała, miałam dobry widok na Babią Górę i jeszcze lepszy na Tatry. Na drogę powrotną wybrałam nartostradę, którą podchodziłam.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
We wtorek oboje z Łukaszem wybraliśmy się na Pilsko (na nogach), podchodziliśmy wzdłuż nartostrady, tak jak ja dzień wcześniej na nartach, skracając sobie jednak drogę od czasu do czasu przecinając las i nieczynną jeszcze linię krzesełkową. W schronisku na Hali Miziowej zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby się rozgrzać i przygotować na spotkanie z białą śnieżno-mgielną ścianą. Na szczyt udało nam się dotrzeć bez problemów, jednak byliśmy nielicznymi, którzy zapuścili się poza linię najwyższego wyciągu.  Szlak od nieszlaku dało się rozpoznać po tym, że zapadaliśmy się nieco płycej w śniegu (po zboczeniu okazało się, że jesteśmy powyżej kosówki w której lądowaliśmy do pasa). &lt;br /&gt;
Na drogę powrotną wybraliśmy szlak niebieski biegnący wzdłuż granicy PL-SK. W miejscu w którym dobijał on z grani był zupełnie nie przetarty, schodząc nim mieliśmy ubaw po pachy (śniegu zresztą prawie też) lądując co chwilę w śniegu. Z powodu mgły nie szło odróżnić gdzie kończy się ziemia, a zaczyna powietrze. Jedynym wskaźnikiem drogi był dla nas GPS. Niżej, w miejscu połączenia z czerwonym szlakiem widoczność się poprawiła i już bez przygód wróciliśmy na kwaterę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W środę przenieśliśmy się na jeden dzień w Tatry. Tam między innym odbyliśmy spacer nad Smreczyński Staw. Po obiedzie odwiedziliśmy jeszcze Ryśka i Marzenę, którzy spędzali w tamtej okolicy ferie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pozostałe dni spędziliśmy na jeżdżeniu na nartach. Jedynie ostatni dzień zasługuje na uwagę. Pragnąc zaznać trochę mocniejszych wrażeń zdecydowaliśmy się zmienić stok i zjechać na nartach z Hali Miziowej. Jadąc wyciągiem zweryfikowaliśmy plany i zjazd rozpoczęliśmy z Hali Szczawiny. Z dołu widzieliśmy wyjeżdżoną trasę dlatego wielki znak ,,TRASA ZAMKNIĘTA”, minęliśmy niemalże z pogardą. Po drodze przeprosiłam w duchu osobę, która go stawiała walcząc na wąskim zjeździe z lodowymi połaciami usypanymi kamieniami lub lawirując między drzewami próbując je ominąć. I jeszcze raz na końcu, wykręcając nogę z narty, która się zablokowała przy próbie skrętu na dość stromym lodzie. Moja próba założenia narty była na tyle długa, że Łukasz rozpoczął misję ratunkową w moim kierunku. Cale szczęście zjechałam nim zaczął na poważnie podchodzić. Po tym ekstremalnym dla mnie zjeździe zastanawiam się czy takie przygody bardziej mnie zniechęcają, czy zachęcają do takich zabaw. Za to w oczach Łukasza na pewno widziałam błyski ekscytacji. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2Fkorbielow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Skrzyczne od wschodu|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Majewicz|22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeżeli można by pisać poematy na temat skitouringu to przebyta przez nas trasa na pewno na to by zasłużyła. Każdy kto od kotliny Żywieckiej mija ten szczyt musi zobaczyć białe i strome zbocza opadające na wschód z tej największej w Beskidzie Śl. góry. Zachodnie zbocza są do granic możliwości skomercjalizowane przez gestorów wyciągów narciarskich podczas gdy tu są totalne pustki. Startujemy z Słotwiny głęboko wciętą  doliną między Niesłychanym Groniem a Palenicą. Leśna droga wkrótce ucieka w bok  a my podążamy przez rzadki las w stronę owych stromizn. Wyżej śniegu w bród. Jest tu kilka starych śladów narciarskich lecz człowieka nie spotykamy. Zakosami po starym wiatrołomie windujemy się ostro w górę osiągając zakręt niebieskiego szlaku i wkrótce szczyt pełen przywyciągowaych narciarzy. Tu tylko przepinaka i po przełknięciu śliny (z wrażenia przed czekającym zjazdem) ruszamy w dół. Mając w zespole lekarza ortopedę i pielęgniarkę można sobie pozwolić na trochę więcej swawoli. Na początku „tatrzańskimi” stromiznami wśród rzadkich drzew a potem przez rozległe polany dające niesamowite poczucie wolności śmigamy w dół ku naszej dolinie pogrążającej się w cieniu  kończącego się dnia. Gdzieś daleko na południu błyszczały Tatry a Babia i Pilsko wydawały się być w zasięgu ręki. Szybko tracimy wysokość pisząc nartami na śniegu linie naszej fantazji. Śnieg jest bardzo nośny więc gdy wyskakujemy na leśną drogę zjazd do auta trwa zaledwie kilka chwil.  Uff...! Co za upojny dzień.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne-Slotwina&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Kraków - jaskinia Twardowskiego i inne|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, w Krakowie - Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska (SŁ)|21 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odwiedzamy wzgórze Twardowskiego przechodząc szlak okrężny. Zaglądamy do jaskini Twardowskiego lecz tylko tam gdzie za nadto nie trzeba się tarzać. Udaje mi się w niej walnąć głową o strop do tego stopnia, że poczułem jak głowa wciska się z 2 cm do karku (nie miałem  kasku). Później idziemy na zalew Zakrzówek a następnie zerkamy do jaskini Wiślanej. W okolicy rozkopanych jest jeszcze kilka innych otworów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drugiej części dnia przenosimy się do centrum. Przechodzimy przez Wawel i stare miasto by w Instytucie Konfucjusza Uniwersytetu Jagiellońskiego w kameralnej atmosferze posłuchać prelekcji dot. Chin oraz je przeprowadzić.  Mateusz opowiadał o polskiej eksploracji jaskiń w Chinach a ja o wędrówce rowerowej przez ten kraj. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FKrokow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - samotne wycieczki skiturowe|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 15 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wychodzę na Kondracką Przełęcz od strony dol. Małej Łąki. Do Wielkiej Polany spotykam cztery osoby. Potem muszę torować, bo na świeżym śniegu nie ma nawet śladu śladów. Na grani pusto, kolejnych ludzi widzę dopiero na zjeździe (po moich tropach na popołudniowy spacer po dolinie wybrało się kilka grupek). Pierwsze 100 m zjazdu z Przełęczy to wymagające lodowe kalafiory, przykryte świeżym śniegiem. Potem czekała mnie dosyć puchowa przygoda, choć miejscami musiałem przesmykiwać się pomiędzy wystającymi kamieniami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę od strony dol. Chochołowskiej wchodzę na Iwaniacką Przełęcz i dalej na Suchy Wierch Ornaczański. Choć podobnie jak poprzedniego dnia, początek zjazdu był nieco trudny, to dalej już trafiłem w pyszny puch. Tym razem kamieni nie było, ale w momencie, w którym zjeżdżałem, opad śniegu akurat się wzmógł i znacząco spadł kontrast, więc i tak musiałem jechać dosyć powoli.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Jaworzyna w Worku Raczańskim|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Teresa Szołtysik, Jacek Copik (os. tow.) |15 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z zasypanej śniegiem Rycerki Górnej zagłębiamy się w dolinę Śrubity. W górnej części doliny skręcamy stromo do góry na grzbiet Kołyski a nim do granicznego grzbietu. Celem była Jaworzyna (1174), która osiągamy. Stąd zjazd początkowo drogą podejścia a potem na przełaj w dół do doliny Abramów po przepięknym puchu w rzadkim bukowym lesie. W dolinie jest tyle śniegu, że na łagodnym stoku nie da się swobodnie zjeżdżać. Później jednak docieramy do drogi z Przegibka gdzie jest w miarę przetarte. Do auta docieramy „łyżwą” w coraz bardziej padającym śniegu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FJaworzyna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Skiturowy maraton przez „tryptyk beskidzki”|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik (na długiej trasie), Heniek Tomanek, Teresa Szołtysik (na krótszej trasie), Łukasz Piskorek, Asia Przymus (na kwaterze w Korbielowie)|14 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Babia Góra (1725), Mała Babia Góra (1517) i Pilsko (1557) to trzy najwyższe szczyty Beskidów. Zrobienie ich na skiturach w ciągu jednego dnia wydało nam się dość ambitnym planem, który był następujący: Heniek podrzuca nas autem do Zawoji. On i Teresa robią turę narciarską przez Mosorny Groń a potem odbierają nas z mety w Korbielowie. My natomiast po kolei zdobywamy Babią Górę, Mł. Babią Górę, zjeżdżamy na Słowację do dol. Polhoranki by następnie wdrapać się na Beskid Krzyżowski (923) i zjechać do Korbielowa. Stąd podejście na Pilsko i zjazd ponownie do Korbielowa. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda była taka sobie. Prószył śnieg, pochmurno. Ruszamy dość późno tj. o godz. 9.00. Szczyt Babiej osiągamy o 11.30 po pokonaniu pełnej nawisów przeł. Brona a potem po ostrej walce na lodowych kalafiorach w zimnym wietrze i kiepskiej widoczności. Kopuła szczytowa niemal całkowicie wywiana  z śniegu. O dziwo było tu kilka osób. W dół najpierw schodzimy po piargach a potem zjeżdżamy po lodowej tarce gdzie każdy skręt był loterią a Michał zaliczył nawet bliski kontakt z zlodzonym kamieniem. Widoczność była fatalna i mimo, że staraliśmy się wypatrywać tyczek to i tak udało nam się zapędzić na słowacką stronę na szlak do Slanej Vody. Po odrobieniu wysokości docieramy nie bez problemów z powrotem na przeł. Brona. Zjazd wcale nie był wiele krótszy od podejścia. Na Babiej byliśmy zimą wiele razy lecz nigdy nie zastaliśmy tak fatalnych warunków narciarskich. Wyjście na Mł. Babia (Cyl) obyło się bez przeszkód. Stąd mamy przepiękny (nie licząc poprzecznych zasp), długi zjazd zupełnie nietkniętym śniegiem na Jałowcową przełęcz i dalej na przełaj do słowackiej doliny Polhoranki. Dolina jest piękna, zwłaszcza, że nagle oświetliło ją słońce. Po kilku kilometrach niemal poziomego terenu skręcamy na graniczne pasmo. Po nieskalanych, głębokich śniegach torujemy w stronę Beskidu Krzyżowskiego, który udaje nam się bezbłędnie osiągnąć. Łagodny zjazd do Korbielowa już w zapadającym zmroku. Dalej doliną Buczynki maszerujemy na Halę Miziową już solidnie zmęczeni dość szybko docieramy do schroniska gdzie robimy półgodzinny odpoczynek. W całkowitych ciemnościach ruszamy jeszcze na szczyt Pilska. Profilaktycznie wbijamy do GPSa ostatni słup wyciągu narciarskiego bo Pilsko to zdradliwa góra (dla przestrogi warto przeczytać historię tragedii z roku 1980 - http://www.wgorach.com/?id=66219 ). W wietrze i padającym coraz mocniej śniegu docieramy na szczyt słowackiego Pilska. Szybka przepinka, selfie i mkniemy w dół. Wydawało nam się, że zjeżdżamy w dobrym kierunku lecz gdy zbocze zaczęło robić się stromsze a w świetle naszych czołówek nie pojawiła się żadna tyczka zaglądamy na GPS. Szok. Odbiliśmy w bok o 633 metry od ostatniego nabitego punktu. Znów długi trawers w zablokowanych butach. Dopiero gdy ujrzeliśmy ostatni słup wyciągu odetchnęliśmy z ulgą. Dalej zjeżdżamy nartostradą aż do Korbielowa gdzie czekał na nas Heniek z Teresą. Była godzina 20.30. Pokonaliśmy 42 km i 2478 m deniwelacji. W domu jesteśmy przed północą. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2017/Tryptyk&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Heniek z Teresą w tym czasie podeszli szlakiem na Mosorny Groń (przerwa na posiłek w stacji turystycznej) i dalej na Cyl Hali Śmietanowej (1298). Stąd zjechali na Brożki i dalej na przełaj pełnym wykrotów lasem do Polcznego. Potem drogą z buta pod wyciąg Mosorny Groń. Heniek na lekko skoczył po auto i wrócił po Esę i sprzęt. Następnie pojechali do Korbielowa gdzie czekając na „martończyków” zagościli u naszych klubowych przjaciół: Łukasza Piskorka i Asi Przymus, którzy akurat spędzali tam ferie. Gdy tylko cała ekipa skiturowa znalazła się na dole wróciliśmy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FMosorny&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl.- Skrzyczne_Skitura|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spontaniczny wyjazd, uzależniony od decyzji teściów...Udało się i rano po 7 wyruszamy spod domu. Temp. -25 st nie zachęcała do opuszczenia auta w Szczyrku, jednak na podejściu nie było już tak źle. Pod szczytem wiatr był już nieco bardziej okrutny. W schronisku ogrzewamy się w towarzystwie wielu narciarzy i po chwili szybko ruszamy w dół. Zjazd nartostradą wyśmienity. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Czantoria na nartach od Bucznika|Teresa, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik, Agnieszka Kurdziel-Sarnecka (AKG) |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Czantorii byliśmy już wiele razy z różnych stron lecz tym razem podeszliśmy zupełnie nową trasą w dość odosobnionym terenie. To dolina Gahury (w górnym biegu zwana Bucznikiem). Wystartowaliśmy klasycznie od parkingu pod wyciągiem, potem kawałek niebieską nartostradą i dość długim trawersem zakończonym nie długim zjazdem (na fokach) do doliny Bucznika. Doliną podchodzimy na nartach w zupełnie nieprzetartych śniegach stromo do góry osiągając wierzchołek Czantorii (995) niemal przy samej wieży.  Szlak podejścia okazał się bardzo ciekawy. Przy dobrych śniegach będzie tu przepiękny zjazd. Z szczytu najpierw szlakiem a później nartostradą smagani mroźnym powietrzem osiągamy w kilka chwil parking gdzie zostawiliśmy auto. Tym razem było cieplej, ok. –17 st. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FCzantoria&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry – obóz zimowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska, Teresa, Paweł i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus, Iwona Czaicka, &amp;lt;u&amp;gt;Karol Pastuszka&amp;lt;/u&amp;gt;, Sylwester Siwiec, Mateusz Golicz, Piotr Strzelecki, 2 Żagańskie Bobry, Bogusia Chlipała z TPNu|05 - 08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień Pierwszy słowami Iwony'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszy dzień obozu zimowego spędziliśmy na szkoleniu lawinowym. Ze względu na niezbyt zachęcającą temperaturę powietrza wynoszącą prawie -30st oraz ogłoszony 3 stopień zagrożenia lawinowego, pierwsza część szkolenia odbyła się na Kalatówkach. Najpierw słuchaliśmy wykładu Mateusza m.in. na temat lawinowego ABC, plecaka ABS (w tym momencie Karol się rozmarzył na myśl o odpaleniu plecaka) grzejąc się w ciepełku hotelu/schroniska. Następnie już na zewnątrz Bogusia Chlipała z TPNu opowiadała nam o zasadach korzystania z detektorów i sond, po czym  wbiegaliśmy na pole z zakopanymi detektorami wysyłającymi sygnał, z sondami wzniesionymi jak dzida u człowieka pierwotnego wyruszającego na polowanie. A jaka radość była przy znalezieniu zakopanego punktu! Ćwiczyliśmy na pojedynczych „ofiarach lawin”, jak i na mnogich. Dla urzeczywistnienia sondowania człowieka wykopaliśmy jamę śnieżną, gdzie schował się Sylwek, a potem Paweł. Mogliśmy wyczuć miękkie odbijanie sondy od człowieka i wbicie sondy w powietrzną jamę. Po tych atrakcjach znowu schowaliśmy się do hotelu. Tam posłuchaliśmy dalszej części wykładu na temat, jak poruszać się po górach, żeby uniknąć lawiny i co zrobić, jeśli już zejdzie. Ku największej uciesze Karola, Bogusia zaprezentowała nam mammutowy plecak lawinowy, pozwalając go uruchomić. Mnie w tamtej chwili tylko brakowało wnętrza – stroju Supermana, może by wtedy nawet się supermoc uruchomiła i by odleciał ;)&lt;br /&gt;
Na dalszą część szkolenia przeszliśmy spacerkiem na Nosal i niedaleko ćwiczyliśmy obsługę czekana. Imitowaliśmy wszelkie zjazdy, nogami w przód, głową, na plecach, na brzuchu. A i tak najlepiej było na jabłuszku.  Próbowaliśmy założyć stanowiska z czekanów, taśm, grzyba śnieżnego – w naszym wykonaniu i takim śniegu ja bym im nie zaufała :)&lt;br /&gt;
Po wszystkim korzystając, że skończyliśmy nie za późno pojechaliśmy na obiad, gdzie dołączył do nas Piter.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Temperatura nie była aż taka nieznośna, na jaką wydawać by się mogła. Choć myśl, że w kolejny dzień wejdziemy do stosunkowo ciepłej i przytulnej jaskini dodawała otuchy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień pierwszy oczami Damiana'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień szkoleniowy. Całą ekipą spotykamy się w Kuźnicach i razem podchodzimy na Kalatówki. Temperatura oscylowała wokół –20 st. więc wykład Mateusza na temat zagadnień lawinowych w przytulnym kąciku schroniska był bardzo na miejscu. W końcu jednak wyszliśmy na mróz i obok schroniska ćwiczyliśmy na „poletku lawinowym” specjalnie przeznaczonym do tego typu szkoleń. Jest tu specjalna konsola pozwalająca na losowe szukanie „ofiar” a w terenie pod śniegiem zasypane są „ofiary” z pipsami. Bogusia Chlipała (TPN) zademonstrowała na Karolu plecak wypornościowy Jet Force. Po części lawinowej przenieśliśmy się na Nosala gdzie na nieczynnej od dawna nartostradzie próbowaliśmy ćwiczyć hamowanie czekanem tudzież chodzenie w rakach. Śnieg był kopny więc niezbyt dobrze to szło (posiłkowaliśmy się nawet „jabłuszkiem”) lecz każdy mógł wykonać niezbędne w danej sytuacji ruchy. O zmroku zjeżdżamy (Mateusz,  Damian, Esa, Paweł na nartach a Asia na „jabłuszku”)/ schodzimy (reszta) do Zakopca. Ja wracam z Esą do domu a reszta ekipy zostaje na następne dni by zrobić przejścia jaskiniowe lub wycieczki skiturowe. Opisy z akcji jaskiniowych zapewne się pojawią. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSzkolenie-zimowe&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi według Sylwestra - Jaskinia Miętusia'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po całkiem rozrywkowym dniu pierwszym, przyszedł czas na poważniejsze wyzwanie- Jaskinię Miętusią. Dojście do otworu nie było specjalnie trudne. Wystarczyło przebrnąć przez głęboki śnieg i nie zwracać uwagi na śmieszne minus dwadzieścia kilka stopni. Dolina Miętusia raczyła nas swoimi mroźnymi urokami. Tu ładnie ośnieżone zbocze, tam schowany szczyt za kłębami poszarpanych chmur. No ogólnie było na co popatrzeć. Doszliśmy w dobrym czasie pod Dziurawego i po krótkim lawirowaniu między drzewami stanęliśmy przed otworem. Przebierając się w tak ekstremalnym zimnie, z zaskoczeniem zauważyłem, że wcale nie jest mi zimno. Dopiero w przedsionku jaskini, w tzw. „Rurze”, gdy pomagałem Asi założyć czołówkę na kask, szybko straciłem czucie w palcach. Rada dla innych: lepiej bez czucia nie majstrować przy zatrzaskach na kasku, bo można sobie zrobić krzywdę. :) Rura była ogólnie super, trochę jak zjeżdżalnia w aquaparku, tylko lód zamiast wody. Bez większych problemów dotarliśmy do Sali bez Stropu. Tam chwila relaksacji i znowu ruszyliśmy w dół. Poręczując po kolei kolejne odcinki dotarliśmy do wejścia do tzw. Wielkich Kominów. Karol zanurzył się w kolejnej czeluści, w której miało ostro lać, ale po paru minutach Mateusz postanowił zmienić plany i ostatecznie Karol musiał wyleźć znowu do nas na górę. W tym czasie minęliśmy się z inną grupą grotołazów, która po kilku kurtuazjach zniknęła nam z oczu za Błotnymi Zamkami. Zamiast Wielkich Kominów mieliśmy zaporęczować przynajmniej część Korytarza Trzech Króli. Ten zaszczyt przypadł mnie. Wróciłem pierwszy do Sali bez Stropu i stamtąd miałem zapieraczką wspiąć się osiemnaście metrów wyżej, asekuracją miał się zająć Karol. Już dojście do miejsca, skąd miałem rozpocząć wejście przysporzyło nam nie lada gimnastyki. Nie byłem pewien, czy dam radę, ale w sumie okazało się, że się udało. Już oszczędzę czytelnikom szczegółów, jak wydawałem z siebie dziwaczne odgłosy rodzącej kobiety i chichoczącego do siebie psychopaty- co te jaskinie robią z człowiekiem?! Najciekawszym jednak zjawiskiem, które się objawiło po przebytym chwilę wcześniej wysiłku, było niemal namacalnie przeze mnie doświadczone spowolnienie procesów myślowych, co nie zostało bez konsekwencji. Najpierw, zupełnie niepotrzebnie, spowolniłem całą grupę nie poręczując od razu kolejnego odcinka, by następnie zamiast zawiązać podwójny zderzak, zawiązać coś co sam później nazwałem „psim ogonkiem”. Ale czułem, że coś jest nie tak. Wiążę, wiążę i sobie myślę: „ Nieee, coś za szybko mi poszło. Zawsze dłużej musiałem się napocić przy tym węźle.” Z wyglądu też był jakiś podejrzany, ale jednak zjeżdżam na tym „psim ogonku” trochę niżej i  oglądając się za Mateuszem widzę jak dość energicznie gimnastykuje palce przy moim węźle. Na moje pytanie odpowiada uspokajająco: „ Nie, nie, wszystko ok…. ale ty tam jesteś do czegoś teraz przypięty?” – Ahaa, czyli schrzaniłem! Z poczuciem zażenowania i kolejnej wtopy muszę żyć do dziś. Zeszliśmy wreszcie do jakiejś niezbyt dużej półeczki i stamtąd mieliśmy rozpocząć wyjście na powierzchnię. Deporęczowaniem zajęła się Iwona z asystą Mateusza. Ja, Karol i Asia mieliśmy nie oglądając się na nich wychodzić jak najszybciej. Nie trzeba było nam tego dwa razy powtarzać. Wyście raczej było dość standardowe i nie ma się tu o czym rozpisywać. Jedynie przejście przez lodową Rurę było karkołomne. Po wyjściu było już ciemno, wciąż bardzo zimno, ale chociaż nic na nas nie padało, ani nie sypało z nieba. Szybko się przebraliśmy i żwawo ruszyliśmy szlakiem do cywilizacji. Zabawne, jak wiele w człowieku jest pokładów energii, gdy chodzi o chęć jak najszybszego wydostania się skądś. Przystanęliśmy jednak w Dolinie Miętusiej dwa razy, by zawiesić na dłuższą chwilę oczy na widowiskowo gwiaździste niebo i błyszczący księżyc oprawione w klimatyczną zimową ramkę. Na dobry koniec wywinąłem jeszcze orła na prostej drodze i tyle. Wróciliśmy do ciepła, miękkiej pościeli i zapasów jedzenia. Tak, tego po całym dniu było nam potrzeba. :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi - wycieczka skiturowa Prezesa i Ali'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Około 7:00 budzi nas pakowanie się kursantów wybierających się do Miętusiej, ale obracam się tylko na drugi bok. Jednak błękitne, czyste niebo nie pozwala leżeć długo w łóżku. Więc nie spiesząc się jemy śniadanie i powoli się pakujemy. Po chwili wraca Piotrek, który niosąc ciężki plecak nie potrafił się nawet rozgrzać podczas podejścia do Miętusiej. Piekielny mróz daje o sobie znać po raz pierwszy tego dnia lecz na drugi i trzeci raz nie każe długo czekać – samochód nie odpala. Prosimy więc Piotrka żeby podjechał swoim autem w celu podładowania akumulatora – jego też nie odpala. Odpala za to sąsiadka i pozwala się podłączyć – jeszcze raz dziękujemy. Przez poranne zawirowania jest już 11:00 i zastanawiamy się czy nie olać wycieczki i póki auto działa wracać do Zabrza, choć tak naprawdę to zastanawialiśmy się czy wycieczka w takiej temperaturze (-20, odczuwalna -30) w ogóle będzie przyjemnością. Ostatecznie decydujemy się zaryzykować, w końcu zaplanowana  wycieczka jest idealną na warunki tego dnia (trójka lawinowa i idealna widoczność), pomijając oczywiście arktyczny mróz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na parkingu Brzezinach czaka na nas ostatnie wolne miejsce. Idziemy czarnym szlakiem w kierunku Murowańca, lecz już na Psiej Trawce odbijamy czerwonym szlakiem za wschód przez Dol. Pańszycy i Waksumndzką Polanę do Rówieni Waksumndzkiej, gdzie zielonym już szlakiem na szczyt Gęsiej Szyi. No właśnie, ktoś z Was wie co to i gdzie to? Otóż szczyt ten leży pomiędzy Dol. Pańszczycy i Dol. Złotą, od północy otoczony Dol. Filipki, zaś od południa Dol. Waksmundzką. I co, dalej nic…? I właśnie dlatego jest tam tak urokliwie. Ze szczytu rozpościera się kapitalny widok na Koszystą i Wołoszyn oraz szeroka panorama od wydających się być na wyciągnięcie ręki Tatr Bielskich, przez Jaworowy, Lodowy, chyba Gerlach, Ganek, Wysoką, Rysy … aż po sam Giewont. Świetna lekcja topografii.   &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Dzięki korzystnemu położeniu na wprost wylotu Doliny Białej Wody oraz wzniesieniu nad Dolinami Białki i Filipki – jest niepozorny szczyt lesistego regla, zwanego Gęsią Szyją – jednym z najwdzięczniejszych punktów widokowych. Podobny, jakkolwiek mniej rozległy widok rozpościera się z leżącej niżej Polany Rusinowej. Na polanie szałasy pasterskie, piękne miejsc na odpoczynek południowy.” Tadeusz Zwoliński Zima w Tatrach&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zjazd ze szczuty Gęsiej Szyi na Rusinową Polanę, choć krótki dostarcza naprawdę wiele radości. Z polany roztacza się bardzo podobna panorama co ze szczytu, która naprawdę hipnotyzuje. Tutaj skracamy nieznacznie klasyczny wariant wycieczki i odbijamy na niebieski szlak w kierunku Dol. Złotej, zatrzymując się jeszcze na wybornej herbatce w Sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr na Wiktorówkach. Stamtąd zjazd szeroką drogą leśną, cały czas na nartach, aż do drogi. Zdążamy jedynie wypiąć się z nart i łapiemy busa z powrotem do Brzezin. Auto odpala od strzału – uff. &lt;br /&gt;
Wracamy przez zupełnie nieznane mi wsie i prowadzeni przez nawigację omijamy zatłoczone Zakopane i sąsiednie wsie. Dalej droga zupełnie pusta. W samochodzie robi się w miarę ciepło dopiero za Jordanowem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na zakończenie: Planując wycieczkę w takie mrozy warto się solidnie przygotować i jak zawsze mieć kilka planów awaryjnych. W tym wypadku termy były wybitnie kuszące – stroje mieliśmy w samochodzie. Foki nawet nie próbowały się przykleić do nart, ale jakoś trzymały i nie dało się odczuć uciążliwości z tym związanych. Ale następnym razem schowam je za pazuchę. Podczas całej wycieczki tempo było naprawdę szybkie, a mimo to nawet się nie spociłem. Każdy postój powyżej minuty niemile zamrażał. Jedynie zjazd i piękne widoki rozgrzewały ciało i umysł.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FGesiaSzyja&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień trzeci według Karola - Jaskinia Zimna'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trzeci dzień obozu wybraliśmy się do jaskini Zimnej. Pierwotnie planowaliśmy przejście jaskini aż do Wideł. Plany duże, ale analizując możliwości i dostępny czas, Mateusz zadecydował, że schodzimy do Chatki.&lt;br /&gt;
Pobudka, śniadanie i wpakowanie szpeju do auta. Jak przez ostatnie 2 dni, pogoda nie zachęca, aby wyjść na zewnątrz. Mało kto ma ochotę, żeby wychodząc z pod ciepłej kołderki ładować się na – 26 stopni. Piter po zapoznaniu się z panującą na zewnątrz aurą ponownie przejmuje rolę kwatermistrza, jednakże z tym wyjątkiem, że tym razem nie organizuje nam niespodzianki w postaci rosołku. Po pierwszym szoku temperaturowym dochodzimy do siebie i już na szlaku robi nam się ciepło. Zaletą „zimowych” jaskiń jest na pewno ich dogodne położenie. Zamiast wyprawy mamy spokojny spacer i po dłużej chwili stoimy już pod wyjściem z jaskini Mroźnej. Temperatura mobilizuje do szybkiego przebrania się.  Plecaki zostawiamy w przebieralni i myk do korytarzyka. Ze względu na to, że we wrześniu doszliśmy do zalanego ponoru, powrót do niego przebiega sprawnie. Po dojściu  do Błotnego Progu, zaczynamy wspinaczkę. 13 m nie stanowi wyzwania, choć obłocone skały i gumiaki nie są pomocne. Dalej Sylwek bez przeszkód pokonuje Próg Wantowy i dochodzimy największej trudności, czyli Czarnego Komina. Nie ukrywam, że miałem duże wątpliwości, czy dam radę go zrobić. Zdarzało mi się rezygnować na jurze z niektórych „piątek” bo były za wymagające, a taka trudność spotkana w jaskini może dopiero przyprawić człowieka o czarne myśli. Może przez to ten fragment jaskini nazywany jest Czarnym Kominem? Zamieniam gumiaki na butki wspinaczkowe i cisnę. Z kilkoma przerwami udaje się zrobić pierwszy wyciąg i o dziwo czuję nie dosyt. Dalej ciśnie Iwonka, której trudność dopiero sprawia Szklany Prożek (przed którym strasznie marudzi i wyżywa swoją złość na bogu ducha winnym asekurującym;) ), ale ostatecznie z nim wygrywa. Jaskinia Zimna sprawia w gruncie rzeczy wiele frajdy, ze względu na wspinaczkowe urozmaicenia. Nie jest nudno. Taka Beczka, czy Biały Prożek potrafią dostarczyć dreszczyku, nawet czasem bardziej od kolejnej studni;) Chyba jedyny poważny zjazd, to zjazd do Chatki. Tam po krótkim odpoczynku pada szybkie polecenie: „Wychodzimy”. W Zimnej ćwiczymy techniki zjazdu na złodzieja i przeciwwagę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Lipowski Wierch na skiturach|&amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;, Justyna (os.tow.)|02 01 2017}}&lt;br /&gt;
Podejście na nartach zielonym szlakiem z Żabnicy na Rysiankę. Tu odpoczynek w schronisku. Dalej na Lipowski Wierch (1324) i już w zapadającym zmroku oraz przy śnieżnej zadymce zjazd na przełaj wprost na północ do doliny Żabnicy. Okazało się to nie zbyt dobrym pomysłem bowiem zbocze jest pełne wykrotów lub gęsto zalesione a w dodatku śnieg mocno zlodzony. Czasem trzeba zdjąć narty. Udało się jednak zjechać do auta gdzie czekała straż leśna. Widząc światła czołówek w miejscu gdzie turystów się nie spotyka sądzili, że w lesie grasują kłusownicy. Wszystko jednak zakończyło się pomyślnie. Zdjęcia wkrótce.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitury w Szczyrku|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;; Ala Kucharska + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejnego Sylwestra przyszło nam spędzić w Szczyrku. Przyjeżdżamy już w piątkowy wieczór. Niestety po ciemku ciężko było ocenić warunki śniegowe, więc dopiero rano wybieramy trasę. Pada na Skrzyczne od Czyrnej bez szlaku. Narty zakładamy gdzieś w 1/3 drogi. Na szczycie popas, spotykamy znajomych i podziwiamy widoki. Następnie przejazd granią na Małe Skrzyczne, zjazd na Halę Skrzyczeńską i Bieńkulą do Czyrnej. „Nieczynna” Bieńkula okazała się być lepiej (naturalnie) przygotowana niż gdy zabiera się za to obsługa wyciągów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę robimy jedynie krótką przechadzkę z nartami (część osób z dupolotami) granią w kierunku Beskid Ski Areny i Chaty Wuja Toma. Ludzi na szlaku sporo. Śniegu coraz mniej, więc końcowe odcinki muszę zjeżdżać stylem Damiana.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocne wyjście na Błatnię|Sonia i &amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście ok. 22 od Jaworza szlakiem na Błatnię. Szlak zlodzony, wyżej śnieg. Mimo to do góry podążało wiele innych osób. O północy na wierzchołku rozpalono potężne ognisko a Nowy Rok witało około 100 osób. Zejście tą samą drogą przed świtem do auta zostawionego w pobliżu &amp;quot;szałasu pod Błatnią&amp;quot;. Przed południem pobudka, celebracja posiłku i powrót do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FBlatnia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocny rajd skiturowy po Skrzycznem|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;; Na Młakach w chatce - Tadek, Basia, Adam, Ania Szmatłoch|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Sylwestrowa noc, cudowne, rozgwieżdżone niebo, mróz, skrzypiący śnieg - oto sceneria jakiej doświadczyliśmy udając się w narciarską wędrówkę po masywie Skrzycznego (1257). Z Czyrnej najpierw stokową drogą, na której założyliśmy narty i dalej jakimiś leśnymi duktami udaje nam się wydostać na Jaworzynę. Stamtąd nartostradą na szczyt. Oprócz kilku skuterów śnieżnych i zagubionych pieszych jest generalnie pusto. Najbardziej stromy odcinek był tak zalodzony, że bez harszli nie było szans. Tu zdejmujemy narty i wykuwając stopnie z niemałym wysiłkiem pokonujemy stromiznę. Tu również zastaje nas północ. Jak okiem sięgnąć pod nami pojawia się nagle feeria milionów kolorowych fontann. Witaj 2017! Dalej bardziej połogiem stokiem docieramy na sam szczyt Skrzycznego celowo omijając schronisko pełne gawiedzi. W trakcie podejścia kilka razy telefonicznie rozmawiamy z Heńkiem Tomankiem, który z Sonią podchodził z buta na Błatnię. Na szczycie spotykamy kilku skiturowców, którzy widać wpadli na podobny pomysł co my. Szybko przepinamy się do zjazdu bo wiatr nie zachęcał do dłuższego delektowania się nocnymi widokami. Znów zimny powiew na twarzy bo narty chyżo niosły nas po zmarzłym śniegu w dół. Zjeżdżamy na Halę Skrzyczeńską a później &amp;quot;zamkniętą&amp;quot; nartostradą w stronę Czyrnej. Po drodze Na Młakach zajeżdżamy wprost pod chatkę Adama i Ani gdzie paliło się ognisko a my załapujemy się na gorącą herbatkę. Po miłej pogawędce wśród klubowych przyjaciół wskakujemy na narty i docieramy na nich do samego auta  . Uwagi: w lesie generalnie śniegu mało a do sensownego zjazdu póki co nadają się tylko nartostrady i to niektóre (tak to przynajmniej wyglądało nocą). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Babia Góra – Sylwester|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Dariusz Rank&amp;lt;/u&amp;gt;; + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście z Krowiarek ustalamy na godzinę 20:30. Dla mnie to już drugi sylwester, który będę spędzać na szczycie Królowej Beskidów. Poprzedni był już lata temu i należał do tych najlepszych, więc chętnie odświeżę wrażenia. Już na początku widać różnicę. Poprzednio na Krowiarkach ukazały nam się rozstawione namioty i ludzie, którzy krzątali się tu i ówdzie coś gotując czy przygotowując się do wyjścia na szczyt. Od kilku lat w miejscu, gdzie kiedyś była polana, znajduje się zagospodarowany parking. Również i w tym roku ujrzeliśmy na Krowiarkach ludzi przygotowujących się do wyjścia z tą małą różnicą, że namioty zostały zastąpione samochodami. Cóż, może i mniej klimatyczne, ale zmian zatrzymać nie sposób.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wszyscy pojawiają się punktualnie, więc możemy wyruszyć bez zbędnych opóźnień. Po krótkim podejściu zrzucam z siebie zbędne warstwy odzieży, i aż do Sokolicy podchodzę w lekkim softshellu. Na sokolicy obowiązkowo zdjęcie grupowe i pierwszy nieco dłuższy postój. Tu dosięgają nas pierwsze mocniejsze podmuchy wiatru, więc trzeba zarzucić na siebie kurtkę. Na dzisiejszą noc na Babiej zapowiadają ok. -10 stopni, ale wiatr ma się wzmóc dopiero po północy. Trafia się nam swego rodzaju okno pogodowe, bo na te dwa dni pogoda bardzo się poprawia. Kilka dni wcześniej sypał śnieg, kilka dni później znowu zapowiadają opady i znaczne ochłodzenie, a nam trafia się zupełnie bezchmurna noc. Szkoda tylko, że księżyc był w nowiu, no, ale wszystkiego mieć nie można.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Sokolicy meldujemy się o 21:30, a więc w miarę punktualnie. Do północy jeszcze daleko a czas mamy bardzo dobry, więc strategicznie proponuję iść nieco wolniej, aby nie być na szczycie za szybko. Pamiętam warunki z poprzedniego sylwestra, kiedy to na szczyt weszliśmy jakieś 15-30 min przed północą i tak wiało, że nie byliśmy w stanie wytrzymać bez ruchu. Musieliśmy zacząć schodzić aby nie przemarznąć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tym razem kolejny nieco dłuższy postój robimy na Kępie. Krótka sesja fotograficzna na sznur czołówek ciągnący się od Sokolicy. Zaczynam żałować, że nie zabrałem statywu. Miało być light&amp;amp;Fast, ale te kilka dodatkowych gramów by mnie nie zbawiło. Zakładam na siebie buffa i ruszamy w górę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupa szybko nam się rozciągnęła. Ja widząc oczami wyobraźni tysiące okazji do upolowania ciekawego ujęcia schodzę nieco na bok i przepuszczam pozostałych. Szukam w pobliżu szlaku jakiś kamieni, barierek, tyczek. Czegokolwiek, na czy mógłbym postawić aparat i nieco go ustabilizować. Niestety, bez statywu i lepszego aparatu większość ujęć zostaje w sferze marzeń. Zdjęcia z ręki na długim czasie naświetlania wychodzą poruszone, a krótki czas naświetlania nie daje efektu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciągnący się przed nami i za nami sznur czołówek ponownie robi imponujące wrażenie. Jak wtedy, kilka lat wcześniej. Szybko orientuję się, że ostatnie osoby z naszej grupy dawno mnie wyprzedziły i zostałem nieco z tyłu. To w sumie dobrze, myślę sobie. Naszym tempem bylibyśmy na szczycie godzinę przed północą, a tak na spokojnie wejdę sobie zwykłym tempem robiąc przerwy fotograficzne. Wysyłam tylko sms-a, że u mnie wszystko ok i żeby na mnie nie czekali. W karawanie podążającej na szczyt jestem raczej bezpieczny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po podejściu na najbliższe wzniesienie okazuje się, że Grażyna z Piotrkiem i Asią niewiele mi „uciekli”. Doganiam ich czekających na szczycie wzniesienia. Zaczyna mocniej wiać, więc zmieniam rękawiczki na cieplejsze. Piotrek z Asią idą nieco szybszym tempem a my zostajemy na końcu i pomału podążamy na szczyt.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na jakieś 30 min. przed północą, po podejściu na kolejne wzniesienie widzę setki czołówek. Tak, to chyba już szczyt. Chyba, że wszyscy nagle postanowili odpocząć w tym samym miejscu :P Co mnie dziwi to brak jakiegokolwiek namiotu. Ostatnim razem jak tu byłem, na szczycie stało już na tyle dużo namiotów, że nie dało się już znaleźć jakiegokolwiek bardziej płaskiego i osłoniętego od wiatru miejsca na rozbicie naszego, dlatego też zdecydowaliśmy się zejść nieco niżej. Tym razem planujemy zejść do schroniska, więc również nikt z nas nie ma namiotu. Chowamy się przed wiatrem za ułożonym z kamieni murkiem i oczekując na godzinę zero popijamy ciepłą herbatę i pałaszujemy „szturm żarcie”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na krótko przed północą na szczycie pojawiają się grupki Straży Parku. Grzecznie przechodzą wśród wszystkich osób prosząc o nie puszczanie fajerwerków ze szczytu. Chwała im za to, że im się chciało i za sposób, w jaki to zrobili. Za to, że nie zaogniali konfliktu pomiędzy Parkiem a jego użytkownikami, jak to ma często miejsce w Tatrach. Jak widać – da się i moim zdaniem należą im się za to wielkie brawa. Słuszna inicjatywa, bo to w końcu Park Narodowy, a w zeszłym roku ze szczytu niestety poleciało bardzo dużo petard, widocznych z daleka (obserwowałem je wtedy z Maciejowej w Gorcach).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O północy życzenia, symboliczny szampan i podziwianie aż po widnokrąg milionów a może i miliardów małych, kolorowych wulkanów wybuchających gdzieś daleko w dole. Niesamowite wrażenie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz pozostało nam już tylko, a może aż, zejście ze szczytu w kierunku schroniska przez przełęcz Brona. Zejście wcale nie takie łatwe, bo warunki są trudne. Szlaki co prawda przedeptane, ale miejscami sporo zalodzeń. Poza szlakiem całą kopułę szczytową pokrywa gruba warstwa lodoszreni. I to nie takiej cienkiej, łamliwej, a takiej, która spokojnie utrzymuje ciężar człowieka i jedynie raki uchronić mogą przed poślizgnięciem. A tych niestety tym razem nie posiadam. Jak praktycznie za każdym razem, gdy szedłem na Babią miałem ze sobą raki, których prawie nigdy nie używałem, bo tylko nabijały się miękkim śniegiem, to teraz, kiedy ich nie mam jak na złość akurat by się przydały.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze zatrzymuję się na chwilę w pobliżu Kamiennej Dolinki. To część mojego ostatniego projektu. Zimowego wejścia akademicką percią na szczyt Babiej i zjazd na nartach Kamienną Dolinką. Niestety, ciężkie warunki śniegowe i duża mgła zmusiła nas wtedy do odwrotu z perci i zmiany planów. Kamienna Dolinka też będzie musiała chyba jeszcze trochę poczekać na wzrost moich skiturowych umiejętności :p&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupowe zdjęcie na przełęczy Brona. Tutaj jesteśmy już wszyscy w komplecie. Grupa podchodząca z Krowiarek od razu granią, oraz grupa, która zdecydowała się na podejście na szczyt percią przyrodników. Zejścia z Brony obawiałem się najbardziej. Okazało się jednak niezalodzone i całkiem przyjemnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Koło drugiej w nocy lądujemy w schronisku na Markowych Szczawinach.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2016&amp;diff=7313</id>
		<title>Wyjazdy 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2016&amp;diff=7313"/>
		<updated>2017-02-10T23:53:26Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* IV kwartał */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
=== IV kwartał ===&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
W mojej pierwszej relacji z podróży do tego kraju (2011) pisałem, że mam nadzieję kiedyś do niego wrócić. Udało się! Pełna relacja [[Relacje:Oman_2016|tutaj]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Bendoszka Wlk. na nartach|Paweł, Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|26 12 2016}}&lt;br /&gt;
Świąteczna wycieczka akurat na otrząśnięcie się z zwyczajowego bezruchu i zastawionego stołu. Po nocnym deszczu i ociepleniu (w Bielsku 9 st.) wydawać by się mogło, że wyznaczoną trasę pokonać będzie trzeba z buta. Nic bardziej mylnego. W Rycerce Górnej śnieg zalegał nawet na drodze więc od auta startujemy na nartach. Jakimś dziwnym szlakiem (chyba nowy) wychodzimy na Bendoszkę Wielką (1144). Widoczność jednak kiepska. Od okazałego krzyża zjazd do schroniska na Przegibku a następnie po krótkim pobycie w budynku zjazd leśną drogą do doliny. W każdym razie na nartach docieramy do auta. Śnieg był mokry ale nośny a warun w tej okolicy całkiem przyzwoity. Góry puste.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FBednoszka&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|WŁOCHY: Sardynia|Iwona Czaicka, &amp;lt;u&amp;gt;Karol Pastuszka&amp;lt;/u&amp;gt;|13 - 20 12 2016}}&lt;br /&gt;
W związku z tym, że zostało mi dosyć sporo urlopu za ten rok, a Iwona pracę zaczyna dopiero od przyszłego roku, postanowiliśmy wyskoczyć na dłuższy urlop. Po sprawdzeniu gdzie są najtańsze loty, wybór padł na Włochy, a dokładniej na Sardynię. Byliśmy na niej od 13-20 grudnia. Po wylocie z Balic lądujemy w Cagliari, gdzie odbieramy naszego wiernego towarzysza podróży Fiata 500, który jak się okazało, służył nam nie tylko jako środek lokomocji. Ze względu na brak czasu przed podróżą i dobrego planu cele wybieramy raczej spontanicznie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po otrzymaniu kluczyków postanawiamy jechać w kierunku północnym. Po dotarciu na miejsce docelowe dowiadujemy się, że większość potencjalnych miejsc noclegowych jest zamkniętych poza sezonem, więc decydujemy się na nocleg w samochodzie, co później wchodzi nam w nawyk. Zaczynamy od wędrówki Kanionem Su Gologone będącym jednym z najgłębszych w Europie. Jego dno jest usiane ogromnymi wapiennymi skałami, niejednokrotnie musieliśmy się nagłowić jak nad nimi przejść. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Następnie zdobywamy najwyższy szczyt Sardyni – Punta La Marmora. Niestety pogoda średnio dopisuje. Nasz drukowany przewodnik obiecywał nam widok na całą wyspę, a my mieliśmy szczęście widzieć czubki naszych butów. Całe wejście zajmuje nam kilka godzin, więc resztę dnia spędzamy zwiedzając pobliskie miasteczka. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wylatując na Sardynię, mieliśmy w sumie jeden główny cel, zrobić naszą pierwszą via ferratę, która znajdowała się w północno - zachodniej części wyspy. Jadąc w tamtym kierunku odbywamy liczne wycieczki po okolicznych atrakcjach jak np. ruiny starożytnych nuraghów, budowli pozostawionych przez przodków współczesnych Sardyńczyków. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Via ferrata del Cabirol dostarczyła nam sporo wrażeń. Nie była trudna jak na pierwszy raz, za to była przepięknie położona, bo wyznaczona jest na klifie. Nieraz w trakcie szukania stopnia widać było tylko kawałek skały, metalowy pręt wbity w skałę i morze (jakieś 400m niżej). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedalekim sąsiedztwie ferraty znajdowała się jaskinia Grotta di Nettuno, która była odpowiednikiem (jeśli chodzi o sposób zwiedzania) takich jaskiń jak Mroźna czy Raj. Szata naciekowa było bardzo bogata i różnorodna, np. największy stalagnat miał 30m obwodu. Zwiedzając ją, przewodnik wspomniał o bocznych korytarzach, które są udostępniane grupom speleologicznym, co nas bardzo zaciekawiło. Dopytując go o szczegóły, wspomniał do którego speleo klubu należy się uśmiechnąć, gdybyśmy w przyszłości chcieli tutaj wrócić, co po zdaniu egzaminu na kartę taternika na pewno uczynimy. Ciekawym obiektem była również Grotta di San Giovanni. Jest to jaskinia o długości ok.800m, gdzie na całej długości poprowadzony jest asfalt (szeroka była na 10-15m). Droga od niedawna nie jest przejezdna z powodu planowanych remontów, ale można sobie zrobić tam ciekawy 10 minutowy spacer i pooglądać m.in. okazałe pola ryżowe. &lt;br /&gt;
Resztę dni spędziliśmy na luzie, zwiedzaniu miasteczek, nuraghów, opuszczonej kopalni, a później był już tylko powrót do naszej mroźnej (jak na włoskie standardy) Ojczyzny z planowaniem jakby tu wrócić celem pozwiedzania kilku jaskiń i w które miejsce pojechać na via ferraty. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szczęśliwie pogoda nam dopisała. Słońce i 10-15stopni było całkiem przyjemne, a ulewne opady w prognozach od początku przesuwały się o dzień dalej, by ostatecznie sprawdzić się dopiero w ostatni dzień.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
galeria:http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fsardynia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|RUMUNIA: Pădurea Craiului|Tomasz Pawłowski (STJ KW Kraków), Jeremi, Kaja Kałużyńska (SŁ) i &amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|16 - 18 12 2016}}&lt;br /&gt;
Szybki wyjazd jaskiniowy do Rumunii. Oprowadzani przez Tomiego, odwiedziliśmy dwie ciekawe jaskinie: Peştera Craiului (bardzo duża, naciekowa Sala Aniołów oraz intrygujące nacieki &amp;quot;koralowe&amp;quot;) oraz Peştera din Mina Jofi (wejście przez spory fragment nieczynnej kopalni). Tę drugą zwiedzaliśmy ze sporą grupą grotołazów rumuńskich. Podstawowym problemem logistycznym był mróz, który momentami dokuczał nam również na bazie (mimo korzystania z tzw. kozy w rogu pokoju).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Mała Babia Góra - skitura|&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik, Agnieszka Sarnecka-Kurdziel (AKG), Jacek Copik (os. tow) |18 12 2016}}&lt;br /&gt;
Wczorajszy wyjazd Damiana utwierdził nas o dobrych warunkach w Beskidzie. Następny cel – Mała Babia Góra (Cyl) od północnej, polskiej strony zielonym szlakiem a następnie czerwonym z przełęczy Brona - czyli klasyk. Niestety z niedoboru sprzętu Agnieszka i Michał obeszli się tylko smakiem i musieli zadowolić się spacerem na Markowe Szczawiny. Ja z Jackiem podchodzimy na nartach do schroniska na Markowe ale zielony szlak dziś do zjazdu się nie nadaje. Po wejściu na Cyl (1517) zjeżdżamy kilkadziesiąt metrów  zielonym szlakiem by później puścić się na przełaj w kierunku północnym. Zjazd okazał się trudny, stromy, nie dający żadnej satysfakcji, a przy większym zagrożeniu lawinowym (obecnie I stopień) w mojej ocenie niewykonalny. Rekompensata nieudanego pierwszego fragmentu przychodzi gdy zaczynamy zjeżdżać zielonym, narciarskim szlakiem do samego samochodu. Tu dopiero możemy posmakować w pełni pozatrasowego narciarstwa. Puszczamy wodze fantazji i mkniemy manewrując między rosłymi drzewami. Pogoda jak zawsze JAKAŚ była ale z naszego punktu widzenia nie najlepsza.   &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - okolice Rysianki na nartach|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Pawlas, Teresa Szołtysik |17 12 2016}}&lt;br /&gt;
Trafiliśmy na wspaniałą pogodę i fajne warunki. Z Złatnej od auta na nartach podejście &amp;quot;nowym&amp;quot; szlakiem na Lipowską a dalej przez szczyt Rysianki (1322) do schroniska. Tu kanapka z herbatką i heja dalej. W tle błyszczały wyraziście Tatry a my śmigamy halą w dół. Najpierw z czuciem po wrednej szreni łamliwej lecz w lesie jest już znacznie lepiej. Błyskawicznie osiągamy potok Bystrej by jeszcze wspiąć się na Połom (973) wznoszący się w paśmie granicznym skąd rzadkim lasem, przepięknym i atrakcyjnym zjazdem śmigamy do auta. Skitouring to jednak wspaniała rzecz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FRysiankas&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw.- skitura na Oszust|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Majewicz, Michał Wyciślik, Teresa Szołtysik, Agnieszka Sarnecka-Kurdziel (AKG), Jacek Copik (os. tow.), Natalia (os. tow.), Karton (os. tow.), Agnieszka (os. tow.), Tomek (os. tow.) |11 12 2016}}&lt;br /&gt;
Odwilż mocno nadwyrężyła śnieżną pokrywę a grupa 10 osób podążająca z Soblówki doliną Urwisko sceptycznie spoglądała na otoczenie zastanawiając się czy przypadkiem narty nie stanowią zbędnego balastu w górskiej wędrówce. Wkrótce jednak dno doliny z wezbranym potokiem zostaje w dole i dalej już narciarsko osiągamy graniczny grzbiet by w prószącym coraz mocniej śniegu osiągnąć dość stromy szczyt Oszusta (1155). Tu foki wędrują do plecaków i stromym zjazdem osiągamy przełęcz pod Oszustem. Śnieg wprawdzie mokry i ciężki ale generalnie warun całkiem nie zły. Z przełęczy na przełaj przez rzadki las zjeżdżamy  do doliny Urwiska osiągając ją poniżej zrywek drewna. Doliną na nartach szybko osiągamy Soblówkę tym razem już w mżawce. Wszystko się wspaniale udało wbrew pierwszym wrażeniom. Powyżej doliny teren zupełnie nieprzetarty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FOszust&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - jaskinia Kasprowa Niżnia|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|10 12 2016}}&lt;br /&gt;
Po zeszłotygodniowych mrozach i niskich poziomach wód w ponorach zaplanowaliśmy inaugurację sezonu zimowego w jaskini Kasprowej Niżniej (moja najulubieńsza). W piątek przypomniałam sobie o punktach HSA, które są w partiach za Zapałkami, a do których w poprzednim podejściu nie udało mi się dotrzeć….. Mieliśmy przedsmak jaskini buszując w nocy po ciemnym i zimnym strychu, dobierając sprzęt na akcję. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sobotnia wczesna pobudka nie wyszła nam tak jak planowaliśmy i dlatego wyjechaliśmy dopiero w okolicy  6, a nie 5 jak zamierzaliśmy. Po drodze natrafiliśmy na korki, których zupełnie się nie spodziewaliśmy – ani o tej porze ani w tym miejscu. Tylko słońce świeciło pięknie. Aż za pięknie i za ciepły wiał wiatr a po wyjściu z samochodu poczułam....wiosnę?!&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Już po drodze docierało do nas, że jest za ciepło i za mokro i za mało śniegu, ale gnani nadzieją biegliśmy pod otwór. Początek jaskini zdawał się potwierdzać nasze obawy. Było mokro i pełno kałuż, ale nie przyjechaliśmy się przecież grzać na termach (które były naszym planem awaryjnym), ale zdobywać jaskinię. Partie Sylwestrowe czekały! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Łukasz sprawnie poręczując i wspinając pierwszy dotarł do jeziorka za Komorą Stalaktytową. Tam nastąpiła chwila zastanowienia - jak najlepiej przyssać się do ściany, żeby nad nim strawersować i się nie zmoczyć (bo planowaliśmy długą akcję przecież – nie można było sobie pozwolić na przemoczenie już na samym początku). Potem znów straciłam go z oczu, aż zatrzymała go Kaczka – zalana Kaczka. Pokontemplowaliśmy chwilę i puściliśmy się biegiem z powrotem, żeby zdążyć jeszcze zrealizować ,,plan awaryjny”. Znowu dogoniłam Łukasza w połowie Wielkiego Komina – gdzie musiał mnie puścić przodem, żeby go zdeporęczować,tu też przejęłam (wyrwałam) dalsze deporęczowanie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kiedy wyszliśmy z jaskini o godzinie 14 na dworze znowu ubyło sporo śniegu….&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - jaskinia Zimna|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Aleksandra Skowrońska (WKTJ)|10 12 2016}}&lt;br /&gt;
Ruszamy od dolnego otworu do Wideł, w których to okolicy spotykamy się z Jakubem Nowakiem (KKTJ) i Sylwią Solarczyk (ST). Pomagamy im nieco w przygotowaniach do inwentaryzacji (Kuba prowadzi tu prace w oparciu o specjalne zezwolenie). Ponor w każdym razie do przejścia suchą stopą. Następnego dnia ruszamy na Słowację i spędzamy 2 godziny na wyciągach w dol. Rohackiej. Warunki są wcale niezłe, a na razie panują tam przyjemne, przedświąteczne pustki.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl.- skitura na Stożek|&amp;lt;u&amp;gt;Asia &amp;lt;/u&amp;gt; Tomek Jaworski|10 12 2016}}&lt;br /&gt;
Ruszamy z Wisły Łabajów, chcemy przejść trochę inną trasą, niż poprzednia ekipa nockowiczów- wybieramy zbocza po przeciwnej stronie w stosunku do Kobyłej. Szukamy leśnej ścieżki, która wyprowadzi nas na niebieski szlak prowadzący do schroniska na Stożku. Znajdujemy ją dosyć szybko i niedługo potem lądujemy na szlaku. Po pewnym czasie wskakujemy na szlak czerwony prowadzący przez Kiczory do schroniska na Stożku. Warunki dość dobre, aczkolwiek mokry śnieg utrudnia nam zjazd. Mimo wszystko i tak jest nieźle jak na pierwszą połowę grudnia!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Foto: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FStozek2%20skitura&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Mały-Skitura na Potrójną|&amp;lt;u&amp;gt;Tomek Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;|08 12 2016}}&lt;br /&gt;
Trasa: Rzyki-czarny szlak na Potrójną, czerwonym do ośrodka narciarskiego „Czarny Groń”, zjazd nartostradą, żółtym na Łamaną Skałę, częściowy zjazd nartostradą i lasem w stronę auta. &lt;br /&gt;
Wyjazd łączący PRZYJEMNE z pożytecznym (zepsuł mi się sterownik do pieca-serwis w Bulowicach w Beskidzie Małym). Nieco z obowiązku musiałem pojechać do serwisu z sterownikiem co w pierwszej chwili wywołało u mnie lekkie poddenerwowanie. Szybka orientacja gdzie są Bulowice i ………, to może być nawet przyjemne. Zrobiłem piękną trasę-dobre warunki śniegowe- w rejonie mało znanym dla mnie i chyba dla innych też, gdyż oprócz paru osób przy wyciągach przez cały dzień nie spotkałem nikogo. Szlaki częściowo nie przedeptane więc jazda była świetna i co najważniejsze uruchomiając wieczorem piec stałem się bohaterem w swoim domu.    &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Foto: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fa&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Szkolenie I Pomoc PZA|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|02-04 12 2016}}&lt;br /&gt;
Wyjechaliśmy w piątek, gdy tylko aura wokół samochodu zmieniła się z zimowej na srogosyberyjską okazało się, że ciężarówki (i niektóre osobówki również) nie są dostosowane do podjazdów. Mieliśmy ,,szczęście&amp;quot; trafić na korek o którym trąbiły wszystkie stacje radiowe, kolejnym ,,szczęściem&amp;quot; było zamknięcie drogi zaraz za naszym samochodem. I tym sposobem wyjeżdżając zaraz po mojej pracy o 16 dojechaliśmy na miejsce o 22. &lt;br /&gt;
Na drugi dzień stawiliśmy się punktualnie o 8 na zbiórkę i ... prawie tylko my. Większa część ekipy dojeżdżała w sobotę i każdy miał mniejszy lub większy poślizg. Zaczynając ćwiczenia musieliśmy poprzestawiać trochę pierwotny harmonogram, żeby dostosować się do obecnego składu.&lt;br /&gt;
Ćwiczenia zaczęliśmy od zajęć na fantomie. Jak co roku prowadząca miała pełno uciechy stwarzając nam wyimaginowane sytuacje do których musieliśmy się dostosować. Naszym zadaniem było nie tylko powielenie znanego nam schematu 30uciśnięć/ 2 wdechy, ale również odpowiednie zachowania w danej sytuacji - podejście do poszkodowanego, wezwanie pomocy, otoczenie. Ćwiczyliśmy również używanie automatycznych defibrylatorów.  Następnie uczyliśmy się  oceniać i badać stan poszkodowanego po urazie. &lt;br /&gt;
Po przerwie śniadaniowej odbył się krótki wykład na temat obrażeń i opatrywania tkanek miękkich i narządów ruchu, wraz z ćwiczeniami praktycznymi. Następnie podobnie w temacie nagłych stanów środowiskowych i internistycznych. Po przerwie obiadowej odbyły się ostatni zajęcia w grupach, dotyczące taktyki działań ratowniczych, ewakuacji, czy zabezpieczenia poszkodowanego. Specjalną uwagę zwrócono tu na działalność narciarską i szybkiej rekcji na złamanie nogi w bucie narciarki (jak najmniej bolesne sposoby zdejmowania buta).&lt;br /&gt;
	&lt;br /&gt;
Ostatnim wykładem przed zajęciami w terenie był wykład o w łańcuchu przeżycia oraz podstawach prawnych udzielania pierwszej pomocy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na koniec udaliśmy się na pozorowany wypadek górski. Zasymulowna sytuacja zakładała, że zobaczyliśmy narciarza inicjującego lawinę, która zabrała ze sobą grupę turystów. Cała ta tragedia rozegrała się za przystankiem autobusowym w Kirach. Udało nam się udzielić pomocy i nie pogorszyć obrażeń trójce symulantów i jednemu manekinowi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugiego dnia udaliśmy się do Jaskini Kasprowej Niżniej na kolejne symulacje. Działaliśmy na odcinku od otworu do Partii Gąbczastych. Podzieleni na grupy, co krok natykaliśmy się na kolejnych ,,poszkodowanych&amp;quot;.  Wypadki były różne, od zagubienia i wyziębienia, przez upadki z progów, poparzenia, złamania, rany głowy, uderzenia kamienia, po zgon i przedawkowanie substancji chemicznych. To ostanie dało sie w kość zarówno Łukaszowi (zgon), jak i mi (przedawkowanie - pacjent bardzo niespokojny, odrealniony). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po krótkim podsumowaniu nad kubkiem z gorącą czekoladą porozjeżdżaliśmy się do domów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitura na Stożek|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Pawlas, Jan Kieczka, Ania Bil, Teresa Szołtysik|04 12 2016}}&lt;br /&gt;
Warunki śnieżne i pogoda przerosły nasze najśmielsze oczekiwania. Z Łabajowa na przełaj podejście na Kobyłę a dalej na Mł. Stożek i Stożek (978). Dziewczyny zostają w schronisku a ja z Łukaszem z szczytu Stożka zjeżdżamy bardzo stromym stokiem na stronę czeską do szlaku trawersującego od zachodu ten masyw. Zjazd w właściwie płynięcie po wspaniałym puchu między rzadkim drzewami  był ekscytujący. Potem całkowicie nie przetartym terenem brniemy na Kyrkawicę i z powrotem do schroniska gdzie w międzyczasie dotarł Jasiu. Stąd już razem zjeżdżamy nartostradą a potem lasem i drogą do domu Jasia gdzie załapujemy się jeszcze na herbatkę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FStozek-skitury&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitura na Czantorię|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski|03 12 2016}}&lt;br /&gt;
Szybki wypad na skitury. Startujemy z Poniwca. Wyśmienite warunki: śniegu, jak na 3 grudnia, ogrom. Wzbudzamy zainteresowanie wśród turystów. Zjeżdżamy nartostradą, dolny odcinek najeżony kamieniami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Czerna - Sztolnia Galmanowa, Jaskinia pod Bukami I i II|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Emil Stępniak, Piotr Strzelecki, Michał Maksalon, Łukasz Zawada|27 11 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na pomysł zwiedzenia tych jaskiń wpadł Emil. Jednak mimo wielkich chęci i zapału w załatwieniu zezwoleń, w piątkowy wieczór zadzwonił z informacją, że zezwoleń nie posiadamy i musimy wymyślić jakąś inną akcję na niedzielę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sytuacja zmieniła się sobotę, kiedy Emil równie radosny, jak dzień wcześniej rozgoryczony oznajmił mi, że zadzwonił do niego Leśniczy, by omówić warunki wejścia do jaskiń. Jak się okazało informacja o przyznaniu nam zezwoleń zgubiła się gdzieś w internetowym eterze. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zostaliśmy poinstruowani jak wejść do jaskiń, gdzie znajdują się dokumenty do podpisania oraz gdzie pozostawiono dla nas worki (zobowiązaliśmy się trochę posprzątać w tych jaskiniach - nim stały się obiektem chronionym stanowiły skryte wysypisko śmieci dla miejscowej ludności).&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Pierwszą zwiedzaliśmy jaskinię pod Bukami I - całkiem sympatyczna zapieraczkowa jaskinia, w której nawet można się zmęczyć, po zejściu na dno w próbie odnalezienia dalszej drogi w (zbyt) krótkiej jaskini, jako osoba najwątlejszej budowy zostałam wysłana na przodek. Żadnego nowego korytarza nie odkryłam i jaskinia kończy się jak napisano opisem wąską szczeliną oraz zawaliskiem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Następnie zwiedzaliśmy jaskinię pod Bukami II - tu wysypisko było w stanie nie ruszonym i zobaczyliśmy jak bardzo można skrzywdzić naturę. Ponadto dobrze widoczne były ślady eksploatacji górniczej. Obudowy górnicze, oraz ślady wybierania urobku na ścianach. Jako jedyna wybrałam się do ponoć najładniejszej części  jaskini z naciekami i perłami jaskiniowymi. Znajduje się ona za zaciskiem ZII i szczeliną szerokości 20-60cm. O ile żadna z tych informacji nie mija się z prawdą to naprawdę poczułam się rozczarowana ,,perłami jaskiniowymi&amp;quot;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na koniec została Galmanowa Sztolnia. Najbardziej zadbana i największa ze zwiedzanych przez nas jaskiń. Najciekawszym miejscem był fragment Sztolni Głównej z drewnianymi obudowami i tak wysoki, że każdy z grupy mógł iść w nim wyprostowany. &lt;br /&gt;
Na koniec pozostało wypełnić nam nasze zobowiązanie. Początkowo przerażeni ilością i wielkością worków szybko uporaliśmy się z wypełnieniem około 10 z nich. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po wszystkim wybraliśmy się jeszcze zobaczyć ruiny mostu w Czernej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?showall=&amp;amp;path=.%2F2016%2Fczerna&amp;amp;startat=1&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Jaskinia Zimna|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Bogdan Posłuszny|26 11 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Postanowiliśmy z Bogdanem wybrać się do Zimnej. Wyjechaliśmy w piątek i jako prawdziwi twardziele noc spędziliśmy w samochodzie. Następnego dnia rano szybko doszliśmy pod otwór. Przepakowaliśmy sprzęt i zanurkowaliśmy do jaskini. Naszym celem było dojście do wideł. Pomimo zalanego ponoru i tak finalnie docieramy do celu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Podlesice - Unifikacja instruktorów taternictwa jaskiniowego|Tomasz Jaworski, &amp;lt;u&amp;gt;Ryszard Widuch&amp;lt;/u&amp;gt;, &amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|25 - 27 11 2016}}&lt;br /&gt;
Myśleliśmy, że będzie tor przeszkód, a tymczasem Melon (szef szkolenia jaskiniowego PZA) usadził nas w sobotę na dwanaście godzin na krzesłach (z godzinną przerwą obiadową). Po wysłuchaniu prelekcji o ocenie stanu zużycia sprzętu oraz o wadach dyneemy, przeszliśmy do dyskusji nad programem szkolenia. Zostało do niego wprowadzonych kilka zmian, które jednak zaczną obowiązywać po ostatecznym skonsultowaniu i zatwierdzeniu. W niedzielę wybraliśmy się na Górę Birów, gdzie w podgrupach wymienialiśmy się uwagami co do poszczególnych technik autoratownictwa. Miało to na celu ujednolicenie sposobu ich nauczania. Mieliśmy zajmować się tym do późnego popołudnia, na szczęście najpierw zaczął padać deszcz, a potem śnieg. Uruchomiło w Melonie litość i po dwóch czy trzech wykonaniach każdej z technik zostaliśmy przedwcześnie zwolnieni do domów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rysiek: Pierwszy dzień przesiedzieliśmy w hotelu w Podlesicach i wymyślaliśmy co by tu jeszcze (spieprzyć) ulepszyć w systemie szkolenia kursantów. W niedzielę udaliśmy się na Birów celem unifikacji i metod autoratowniczych, które w opadach deszczu i śniegu zakończyliśmy cali i zdrowi&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Foto: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FUnifikacja&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - trawers jaskiniowy Jasny Awen - Nad Kotliny|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Jan Kieczka|26 11 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Naszym celem było pokonanie krótkiego lecz nie zbyt łatwego trawersu jaskiniowego Jasny Awen – Nad Kotliny. Na nasze szczęście jakaś grupa grotołazów (STJ) szykowała się do przejścia trasy Nad Kotliny – Śnieżna więc odpadło nam poręczowanie Zlotówki. W Jasnym Awenie niespodzianką o tej porze roku okazał się spory korek śnieżny. Po przekopaniu się przez śnieg dostaliśmy się niżej. Zacisk Bumernag nie nastręcza trudności.  Do starego spita na drugiej studni ledwo daje się wkręcić plakietkę więc trochę improwizujemy. Potem jeszcze krótka wspinaczka i kluczowy zacisk.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jasny Awen i Nad Kotliny to najkrótszy i najpłytszy z możliwych trawersów systemu Wielkiej Śnieżnej. Nigdzie jednak indziej nie ma tak ciasnego miejsca jak tu. Mityczny zacisk Marioli to pionowa szczelina za którą jest od razu studnia opadająca do Korytarza Piarżystego w Nad Kotlinach (cytat z Jaskiń Polski: „Wznoszący się za nim korytarzyk po kilku metrach doprowadza do bardzo ciasnego zwężenia, zwanego Zaciskiem Marioli. Jest on dostępny tylko dla osób niezwykle szczupłych i został pokonany zapewne przez zaledwie 3 lub 4 osoby”). Przejście tego zacisku z sprzętem jest niewyobrażalne. Jasiu w drugiej próbie asekurowany przeze mnie, w samej uprzęży i po odchudzeniu odzieży przedziera się na drugą stronę gdzie na wątłej półce wkręca plakietkę. Moja próba była skazana z góry na porażkę. Rozdzielamy się. Jasiu kasuje punkt i zjeżdża tylko z mojej uprzęży po czym zrzucam mu linę. Następnie wychodzi Zlotówką przez Nad Kotliny. Ja reporęczuję Awen i wychodzę w górę. Wkrótce kolega idzie mi naprzeciw i pomaga na ostatnich metrach w śniegu. Z wszystkim wyrabiamy się w około 4 h.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia (jeszcze będą uzupełnione o zdjęcia Jasia): http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/Jasny-Awen&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Podlesice - Speleokonfrontacje|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik|19 11 2016}}&lt;br /&gt;
Udział w spotkaniu KTJ PZA z przedstawicielami wypraw i klubów (Mateusz). Potem integracja towarzyska. W międzyczasie udało się mi nawet zrobić jedną drogę na wędkę na Górze Zborów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Udział w &amp;quot;LAWINACH&amp;quot; w Nowym Bytomiu|warsztaty w G7 - Barbara i Tadek Szmatłoch, Asia i Tomek Jaworski, Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus, Łukasz Piskorek, Łukasz Pawlas, Ola Rymarczyk, na prelekcjach - Ala Kucharska, Piotr Witkowski, Aga Szmatłoch-Witkowska, Artur Szmatłoch, Tomek Szmatłoch, Janusz Dolibog, Jola, Henryk Tomanek, Justyna, Zygmunt Zbirenda, Ryszard i Marzenna Widuch, Darek Rank, Bianka i Jurek Fulde|18 - 20 11 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ściance w sobotę przeprowadziliśmy warsztaty wspinaczkowe dla dzieci, w których mogli się zapoznać z wspinaniem, wiązaniem podstawowych węzłów, udzielaniem pierwszej pomocy (wielkie dzięki dla ratowników medycznych, którzy poprowadzili ćwiczenia) oraz pokonaniem slacka (dzięki Ania!). Wieczorami przebywaliśmy w MCK i kinie &amp;quot;Patria&amp;quot; na filmach i prezentacjach dotyczących działalności górskiej. Jak zwykle była bardzo sympatyczna atmosfera a organizatorzy stanęli na wysokości zadania.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/Lawiny&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - Barania Góra|Łukasz Piskorek + osoby towarzyszące|18 11 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jako, że piątek miałem wolny zabieram się po raz kolejny w góry z moimi znajomymi strażakami na szybki spacer.&lt;br /&gt;
Przejazd jak ostatnim razem do Węgierskiej Górki i start na Baranią Górę ale tym razem czerwonym szlakiem, który zawsze wydawał mi się jakiś taki nijaki i wolę podchodzić zielonym a następnie czarnym na ostatnie podejście przed szczytem.&lt;br /&gt;
To co odróżniało ten wyjazd od ostatniego to to, że tym razem dostałem do poprowadzenia(czasem było odwrotnie) czworonożnego towarzysza. Po zejściu/zbiegnięciu już nie było dla mnie tajemnicą dlaczego 3 letni owczarek niemiecki wabi się Bolt.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda dopisała choć świecące słońce poprzez wiejący dość mocno wiatr nie dawało tyle ciepła ile powinno. Trasa 26.2km w nieco ponad 4h30min. Czasem dobrze jest się porządnie zmęczyć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - Wielka Śnieżna|Iwona Czaicka, Karol Pastuszka, Sylwester Siwiec, Mateusz Golicz|13 11 2016}}&lt;br /&gt;
Zimowe przejście Śnieżnej. Dotarliśmy na Suchy Biwak, choć z dwiema próbami samobójczymi po drodze. Z jaskini wychodzimy wprost w najczarniejszy koszmar instruktora - śnieżna zawieja, świeży opad od łydek po kolana, noc, widać na 50 m. Brakowało tylko huraganowego wiatru i mgły, w której własnej ręki nie widać. W każdym razie, nawet bez tego, uprzęże ściągamy już pod samochodem (warstwy na tym etapie: koszulka termoaktywna, na niej polarek, na nim kamizelka puchowa, dalej kombinezon, na nim obszerny polar i na koniec kurtka). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pisanie właściwego opisu zastrzegł sobie Sylwester:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Aż po tysiącach prób&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przez przeraźliwą biel&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Opłacił się nasz trud&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Osiągnęliśmy cel”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wiatr wył zawzięcie podrywając wciąż do góry tysiące maleńkich płatków śniegu, które w swym szaleńczym tańcu przysłaniały wszystko wokoło. Kilka szarych sylwetek sunęło pośród tej zawieruchy wypatrując śladów szlaku na gołych już od dłuższego czasu drzewach. O dziwo nie szło im źle. Postojów nie był zbyt wiele, a coraz bardziej strome podejścia gwarantowały utrzymanie odpowiedniej ciepłoty ciała. Na końcu, jak zwykle, ciągnąłem się ja, ale nawet nie byłem jeszcze skory do narzekania.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po jakiś 2 godzinach przedzierania się przez Dolinę Małej Łąki doszliśmy wreszcie na Głazisty Żleb u podnóża Mnichowych Turni. Dotarłszy na skraj Niżnej Świstówki zostawiliśmy główny szlak na rzecz slalomu między łysą kosodrzewiną. Niżnia Świstówka… zwykła niecka usiana krzakami między Wielką Turnią a Mnichowymi Turniami, fachowa nazywa to ‘cyrk lodowcowy’. „Cyrk to się dopiero zacznie”- wówczas pomyślałem. Brnąc miejscami w śniegu nawet po kolana doszliśmy do progu, jego „pierwszy schodek” nie wydawał się trudny, ale szybko zemścił się na moich goleniach i kolanach za tę lekceważącą go myśl. Miejscami wchodząc na czworaka udało mi się wraz z resztą uporać się z tą trudnością , ale właściwy próg był dopiero przed nami…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rzuciłem na przeciwnika mym analitycznym okiem. „Ok., pomalutku, powolutku, na pewno się uda” . Nie chcąc zostać zbyt daleko z tyłu, poczłapałem za resztą naszej drużyny, która zdążyła zacząć podejście beze mnie. Najpierw ukosem w prawo, później w lewo. Iwona wspaniałomyślnie, widząc moje wcześniejsze problemy z utrzymaniem pionu na świeżym śniegu, użyczyła mi jednego ze swoich kijków trekkingowych. Zabezpieczony w kijek i idąc śladami towarzyszy poczułem się zbyt pewnie i o mało nie przypłaciłem tego zdrowiem, jeśli nie życiem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Gdzieś w połowie wysokości progu zrobiło się stromo, a nasza ścieżynka niebezpiecznie się zwężyła. Mateusz, bacząc na niebezpieczeństwo, czekał na wszystkich po drugiej stronie przewężenia. Karol hop, Iwona hop, moja kolej. Wszyscy na mnie patrzą, a ja sobie myślę” Pfff! Zrobię dwa kroki i po wszystkim. Wielkie mi mecyje.” Okazało się ,że pomyliłem się nawet w liczbie kroków… Po dwóch byłem dopiero w połowie i trzeci krok miał być tym ostatnim, gdy nagle czuje jak mi śnieg obsuwa się spod lewego buta - „spoko, już tak bywało”. Ale zaraz potem obsuwa mi się również spod prawego („O-oł!”) i zanim zdążyłem mrugnąć leżałem brzuchem na śniegu i zsuwałem się w dół niezdarnie próbując zaczepić się czegokolwiek. Życie mi nie stanęło przed oczami. Mój umysł zajął się szybką analizą szans na przeżycie. :D W ułamku sekundy przed oczami stanął mi rezultat analizy- 50% szans na zgon ; 50% szans na przeżycie , ale z dość niefajnymi obrażeniami. Na szczęście Iwona, stojąca najbliżej mnie, zdążyła w ostatniej chwili wyciągnąć ku mnie swój kijek i dzięki temu udało mi się wyhamować. „ Głupcy mają szczęście” – pomyślałem zaraz po zatrzymaniu. Z pomocą Iwony i Mateusza udało mi się z powrotem stanąć na nogi i od tej chwili obiecałem sobie, że bardziej będę uważał.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kilkanaście minut po moim cudownym ocaleniu osiągnęliśmy skraj Wyżnej Świstówki i odbijając w prawo wreszcie znaleźliśmy się pod Jaskinią Śnieżną.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przebieranie się w takiej pogodzie to samo w sobie sport ekstremalny. Jeszcze chwile wcześniej byłem lekko zgrzany, by zaraz potem dygotać z zimna i modlić się o jak najszybsze wejście do przytulnej, ciepłej jaskini, która jawiła mi się wówczas niemal jak miejsce wszelkiej szczęśliwości. „Miejsce wszelkiej szczęśliwości” powitało nas już na wstępie mroźnym oddechem z głębi swej czeluści. Wchodziliśmy w następującej kolejności: Karol, Mateusz, ja, Iwona. Karol poręczując zapewne bardzo szybko się rozgrzał, reszcie z nas zajęło to niestety znacznie więcej czasu. Z początku, oczekując na zwolnienie kolejnych przepinek na lodospadzie, nie potrafiłem powstrzymać się przed wystukiwaniem na zębach „Czterech pór roku” Vivaldiego (dobrze zgadujecie - „L'Inverno” ;D ). Ale im głębiej, tym robiło się cieplej aż po jakiś 3 godzinach już całkiem było mi ciepło i przyjemnie. Odzyskałem czucie w kończynach, którego brak wcześniej trochę mnie martwił. Moja kolej poręczowania też mi w tym wymiernie pomogła&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najbardziej widowiskowy moment eksploracji Śnieżnej to moim zdaniem zjazd 60 metrową Wielką Studnią. Taaaaka wielka przestrzeń pod ziemią, która powstała w sposób naturalny – niesamowite! Bardzo ciekawy był również Wodociąg. Przemierzanie go sprawiło mi dużo frajdy. Czas jednak zaczął nas szybko gonić i do wyznaczonego celu tzn. Suchego Biwaku musieliśmy już dość mocno zagęszczać ruchy. Po drodze spotkaliśmy jednak parę grotołazów, z którymi ucięliśmy sobie krótka, ale miłą pogawędkę. Oni zapewne chcieliby dłuższej pogawędki, bo jak to określił Mateusz” byli spragnieni towarzystwa”, ale my, jak już wcześniej wspomniałem, musieliśmy być żwawi w kroku. Na Suchym Biwaku kilka minut odpoczynku i szuu! W drogę powrotną. O jak cieplutko było! Jak miło było się zgrzać wychodząc! Już zapomniałem, jak zimno jest na zewnątrz, ale doszliśmy w końcu do Lodospadu i sobie w mig przypomniałem. Znów zaczęło wiać , no i śnieg jeszcze w jaskini ostudził mój entuzjazm dosłownie i w przenośni. Karol deporęczował i w sumie nie miał najgorzej. Wiadomo, umęczył się pewnie jak dzik, ale przynajmniej wychłodził się jako ostatni. Chcę w to wierzyć. ;) Ja i Iwona w oczekiwaniu na niego i Mateusza zdecydowaliśmy się nie wychodzić na zewnątrz tylko przycupnąc w przedsionku. Gdy nadszedł wreszcie moment wyjścia na zewnątrz to, nie zawaham się użyć tego określenia, była to trauma. Ciemno, znowu śnieżyca, znowu zamrażalka, i znowu przestałem czuć pewne części ciała . Postanowiłem się w ogóle nie przebierać, miałem nawet wątpliwości, czy to możliwe ze względu na sztywne jak skorupa gumiaki – nie wierzyłem , że będę w stanie je ściągnąć. Narzuciłem tylko kurtkę, kaptur na głowę i czekałem na pozostałych. Zebraliśmy się dość sprawnie i ruszyliśmy w dół. Było po 21. Cały sprzęt zostawiliśmy na sobie w nadziei na znalezienie liny, która miała być gdzieś zawieszona po lewej stronie pamiętnego progu i pomóc nam w szybkim i bezpiecznym zjeździe na dół. Udało się, znaleźliśmy ją. Zjechaliśmy i sunąc szybko przez Niżnią Świstówkę doszliśmy do żółtego szlaku. Sypało non stop. Mnie osobiście trudno było utrzymać równowagę na obsuwającym się pod nogami śniegu i co rusz wywalałem się albo do przodu, albo do tyłu. Na szczęście bez większych konsekwencji poza narastającą irytacją i oglądaniem coraz odleglejszych świateł czołówek moich towarzyszy. Sypiący śnieg często odbijał światło mojej własnej czołówki mamiąc mnie nadzieją, że widzę już światła cywilizacji. Och, jak okrutnie naigrywała się aura ze mnie tamtego dnia! W tym wszystkim brakowało mi tylko spotkania z Wielką Stopą, czy innym Yeti. Idealnie by się wkomponował w atmosferę wówczas panującą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do cywilizacji dotarliśmy dopiero po północy, ale to nie był koniec naszej wyprawy. Ona wciąż trwa, wraz z kolejnymi planami i paroma nauczkami na przyszłość, pcha nas ku kolejnym miejscom, do których nasze nogi nie zdążyły dotychczas powędrować. Ale powędrują!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
CDN. ;)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„I warto było iść&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do góry wciąż się piąć&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
By z sobą wreszcie być&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
By przestać karki giąć”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - M. Skrzyczne|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska|11 11 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeszcze w piątek rano przeglądam kamerki internetowe w polskich górach i uznaję, że Małe Skrzyczne wygląda niczego sobie. Zapada więc szybka decyzja na wyjazd. Podchodzimy leśnymi duktami z doliny Malinowa. Cóż fok nawet nie założyliśmy, ale nie mogłem sobie odmówić co prawda krótkiego ale zawsze zjazdu ze szczytu M. Skrzycznego. Na szczęście górny odcinek jest mocno trawiasty więc nie pokaleczyłem nawet nart, choć do normalnych warunków trzeba jeszcze kilkunastu centymetrów białego. Ala nie była tak mocno wygłodniała jak ja i decyduje się schodzić z buta.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na dobicie udajemy się jeszcze na Biały Krzyż - tam otwarli już wyciąg. Na Białym Krzyżu poszaleć się nie da, ale można się już delikatnie przyzwyczaić do desek przypiętych do nóg i mroźnego powiewu na twarzy:)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Karkonosze- Śnieżka - Czarna Kopa - Skalny Stół|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus|11 11 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Za namową Asi dałem się wyciągnąć ponad 300km w kierunku przeciwnym do tego do jakiego zdążyłem się ostatnio przyzwyczaić. I zamiast w Tatry jedziemy w Karkonosze z zamiarem wejścia na Śnieżkę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O zarezerwowaniu noclegu przypomniałem sobie w czwartek wieczorem przed długim weekendem. Po wykonaniu około 30 telefonów do hoteli, pensjonatów, willi, i prywatnych kwater udaje mi się znaleźć pokój w samym centrum dosłownie 3 minuty drogi od głównego deptaku w Karpaczu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na miejscu jesteśmy w piątek wieczorem, gdzie w drzwiach wita nas przemiła Pani informując nas o wszystkich rzeczach jakie powinniśmy wiedzieć przebywając w Karpaczu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotę rano wychodzimy na szlak, który początkowo biegnie chodnikiem co po opadach śniegu z dnia poprzedniego i ujemnej temperaturze panującej w nocy sprawia, że idzie się dość czujnie i powoli. Dochodzimy wreszcie do wejścia na teren parku położonego na czarnym szlaku nieopodal Dzikiego Wodospadu, kupujemy bilety i udajemy się do góry. Na czarnym szlaku, którym idziemy leży warstwa śniegu, widoczność w niższych partiach może na 100m. &amp;quot;Chwila&amp;quot; marszu i jesteśmy w schronisku Dom Śląski. Nazwa okazuje się prawdą ponieważ na paragonie widnieje informacja, że firma zarejestrowana jest w Katowicach :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po krótkiej przerwie w mocno zatłoczonym schronisku wychodzimy na zewnątrz a tam... tłumy ludzi, wieje jak diabli a widoczność jeszcze gorsza. Przechodząc obok ludzi, których włosy, brwi i rzęsy a u mężczyzn również brody i wąsy pokryte są grubą warstwą zmrożonego śniegu zastanawiam się skąd oni wracają(ja po zejściu tak nie miałem). Od schroniska czerwonym szlakiem idziemy na szczyt i po chwili jesteśmy na Śnieżce. Spędzamy tu tylko chwilę ponieważ i tak nic nie widać a wszędzie tłumy ludzi. Kontynuujemy więc marsz czerwonym szlakiem przez Czarną Kopę, aż do Sowiej Przełęczy skąd niebieskim wchodzimy na Skalny Stół i dalej schodzimy żółtym do połączenia z zielonym biegnącym z Budnik do Szerokiego Mostu i nim do centrum. Całość trasy to ponad 27km w nieco ponad 6h i przewyższeniem 1290m.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po powrocie na bazę udajemy się coś zjeść(jeżeli Kogoś interesuje gdzie NIE JEŚĆ w Karpaczu można mnie spytać) i w niedzielę przed południem opuszczamy słoneczny w ten dzień Dolny Śląsk wracając do domu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
zdjęcia tutaj: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fsniezka&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - jaskinia Chuda|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|13 11 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia Chuda znajduje się na wierzchowinie Rysiej Góry na pn. – zach. od Trzebniowa. Posiada 3 otwory. Całkiem fajna jaskinia. Z sali Barokowej pomagając sobie liną osiągamy salę Naciekową. Dość dużo przestrzeni. Jaskinia kończy się korytarzem wchodzącym w zawalisko. Na powierzchnię wychodzimy drugim otworem po przeciwnej stronie skały. Na dworze prószył śnieg więc rozpalamy ognisko i do szybko nadchodzącego zmierzchu przy nim spędzamy reszki krótkiego, jesiennego dnia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu 3 zdjęcia z przed otw.: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FChuda&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - Barania Góra|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|6 11 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Późny wypad na Baranią Górę. Na szlak weszliśmy o godzinie 13. Startujemy z Czarnej. Od samego początku było mgliście, wilgotno i błotniście, później deszczowo. Szlak bardzo ładny, choć miałabym więcej okazji się nim pozachwycać, gdybym nie musiała patrzeć pod nogi i szukać kamieni wystających z błota i kałuż. Sporym urozmaiceniem były napotkane barany z różowymi czuprynami. Do schroniska dochodzimy jeszcze nie przemoczeni. Tam przerwa na jedzenie. Dalej szlak zamienił się w potok. Miejscami wyłożony palami. Miejscami pale pływały w wodzie (UWAGA! ,,pływające&amp;quot; pale nie różnią się od tych ,,stałych&amp;quot;, można je rozpoznać dopiero po nadepnięciu, kiedy woda przeleje się do buta górą). Szczyt nie wywołał u mnie specjalnych emocji, raczej wolałam się nie zatrzymywać i nie wychładzać wody w butach, ale żeby nie było, że tylko malowane barany zostały obfotografowane, sobie też zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie na szczycie. Szlak prowadzący w dół, również był skryty pod potokiem. Zanim zeszliśmy do asfaltu musieliśmy wyciągnąć czołówki. Zaczął padać śnieg, który po czasie przemienił się w deszcz i pod górę do samochodu szliśmy już całkowicie przemoczeni. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Miło było wybrać się w góry po tych wszystkich mokrych jaskiniach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia malowanych baranów i zamglonego szczytu tutaj: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fbaraniagora &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - Skrzyczne|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|5 11 2016}}&lt;br /&gt;
Szybki spacer Lipowa - Skrzyczne - Malinowska Skała - Lipowa.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Maraton Jaskiniowy Speleoklubu Bielsko-Biała|&amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;|29 - 30 10 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Korzystając z okazji, dołączam do Speleoklubu Bielsko-Biała i uczestniczę w trzydziestym Maratonie Jaskiniowym. W ciągu około 17 godzin odwiedzamy 32 obiekty (w tym kilkanaście jaskiń) na Jurze. Szczegółowy opis już wkrótce. &lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fmaratonjaskiniowy&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - spacer|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Marek Wierzbowski (UKA), Monika Strojny (TKN Tatra Team)|1 11 2016}}&lt;br /&gt;
Kuźnice - dol. Kondratowa - przełęcz pod Kopą - Kasprowy Wierch - Murowaniec - Boczań - Kuźnice. Wspaniały dzień na przechadzkę, na szlakach spotykamy pojedyncze osoby. Bez słońca, ale i bez wiatru. Śnieg w ilościach drobnych, akurat korzystnych dla kolan.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Chiny - eksploracja jaskiń w prowincji Hubei|Andrzej Ciszewski (kierownik wyprawy), Michał Ciszewski, Stanisław Wasyluk, Agata Klewar (KKTJ); Sylwia Solarczyk (ST); Krzysztof Recielski (SW); Sławomir Parzonka (WKGiJ); Robert Matuszczak (WKTJ); &amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt; i w roli tłumaczy Kaja Kałużyńska (SŁ) oraz Paweł Maciejewski (niezrz.)|7 - 29 10 2016}}&lt;br /&gt;
Udział w kolejnej wyprawie. Szerszy opis w swoim czasie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Centralne Manewry Autoratownictwa Jaskiniowego|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus|21 - 23 10 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Weekend spędzamy na etapie tatrzańskim centralnych manewrów autoratownictwa jaskiniowego.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do Witowa przyjeżdżamy w piątek wieczorem. Pogoda nie rozpieszcza, ale po obozie centralnym nie robi to na nas wrażenia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotę rano odprawa i ze względu na panującą pogodę wszystkie trzy małe ekipy udają się do jaskini Czarnej. Grupa, w której przypadło mi być miała udać się do Partii Królewskich od kraty, poprzez obejście Komina Węgierskiego. Od tego miejsca realizujemy założenia przekazane przez instruktora.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po kolei wykorzystujemy techniki autoratownicze transportując &amp;quot;rannego&amp;quot; w stronę otworu. Przy kolejnych odcinkach zamieniamy się rolami aby każdy mógł przećwiczyć jak najwięcej technik. Do otworu docieramy przed założonym czasem w związku z czym postanawiamy sprowadzić poszkodowanego od otworu do przebieralni poniżej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wszyscy razem spotykamy się na bazie wieczorem, omawiamy dzisiejszy dzień i planujemy następny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę wszyscy razem udajemy się do jaskiń Kasprowa Średnia i Kasprowa Wyżnia. Tam po zmianie instruktorów w ekipach, ćwiczymy dalej techniki autoratownictwa. Na niebie świeci słońce, ale jego ciepło jest prawie w ogóle nieodczuwalne przez wiejący dość mocno wiatr.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zajęcia kończymy około 1400 i rozjeżdżamy się do domów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Aktywnie na Jurze|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;|16 10 2016}}&lt;br /&gt;
Dzień spędzam na jurze wysilając się umysłowo i fizycznie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Troszkę biegu, marszu, nawigacji i jak by mogło być inaczej z wejściem do jaskini.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda nie rozpieszczała tego dnia ale nie było takiej potrzeby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid - Skrzyczne|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Karolina i Karina (os. tow)|15 10 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Babski wypad w góry. Dla koleżanek ,,niechodzących&amp;quot;. Na dobry początek wybrałam Skrzyczne. Ruszyłyśmy ze Szczyrku zielonym szlakiem. Schodziłyśmy niebieskim, biegnącym wzdłuż kolei liniowej. Pogoda jak na specjalne zamówienie. Podchodziłyśmy w krótkich rękawkach. Turystów sporo, ale na szczęście udało się nam na szczycie znaleźć kawałek ustronnego lasu i zrobić piknik. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żywiecki - wędrówki|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt; + osoby towarzyszące|15 10 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z racji tego, że nie jechaliśmy na rajd w piątkowy wieczór przyjmuję propozycję wyjazdu w sobotę do Węgierskiej Górki ze strażakami mającymi w tym dniu ćwiczenia kondycyjne.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda dopisała, towarzystwo również. Co prawda bez zaliczenia szczytu Baraniej Góry ale jak najbardziej dzień należał do udanych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - wspinanie w Podzamczu|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska|15 10 2016}}&lt;br /&gt;
Plany na sobotę były zupełnie nie wspinaczkowe. Na szczęście już o 10 rano plany trafił szlak i po ekspresowych choć bezskutecznych poszukiwaniach ekipy do wspinu, jedziemy we dwójkę do Podzamcza sprawdzić czy może tam podziali się wspinacze. Cóż, to co zaobserwowaliśmy budzi zdziwienie oraz strach w najczystszej postaci.&lt;br /&gt;
Nawet na podzamczańskich skałach wspinaczy praktycznie brak. Obchodząc większość skałek przy zamku spotykamy łącznie około 10 osób (nie licząc kilku turystów). Nadal tajemnicą pozostaje więc miejsce ukrycia polskich wspinaczy, bo przecież nie przerzucili się chyba na speleologię...&lt;br /&gt;
Postrach natomiast wzbudziła dwójka męska, która ochoczo wspinała się na skały pomijając powszechnie znane zasady kultury wspinaczkowej włączając w to puszczoną przez nich muzykę z głośników bezprzewodowych oraz kamery ustawionej na ciągłe nagrywanie!&lt;br /&gt;
Na szczęście chłodny wiatr oraz brak pary w przedramionach wywiał cudaków spod skały dość szybko.&lt;br /&gt;
A co do samego wspinania, to straciłem niepotrzebnie trochę czasu na próbach na drodze &amp;quot;Ani gniady nie da rady&amp;quot;, gdyż droga okazała się być zupełnie mokra na ostatnich przechwytach. Przenosimy się więc na Adepta i tam pokonuję dość szybko m.in. drogę &amp;quot;997&amp;quot; za VI.2+/3, której cała trudność polega na wpinaniu ekspresów. Potem jeszcze kilka łatwiejszych i przyjemnych dróg. Pogoda piękna choć wiatr skutecznie mroził kości. Dzięki Ala za wytrwałość godną prawdziwego asekuranta:)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Jaskinia Koralowa| &amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki |12 10 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Korzystając z dnia wolnego, udajemy się z Piterem na Jurę. W planie mamy Jaskinię Koralową i Wszystkich Świętych, jednak pogoda weryfikuje nasze plany - realizujemy tylko pierwszą część naszego planu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia piękna, jeszcze nie jest zbyt mocno zdewastowana. Z Sali Wejściowej, przez Gotycką i Pochyły Korytarz docieramy do Sali Zawaliskowej, której odwiedziny to jedna z najkrótszych wizyt w których brałem udział - ilość pęknięć stropu przeraża, to co leży na ziemi także nie poprawia samopoczucia. &lt;br /&gt;
Wracamy na WAR, z asekuracją Pitera zdobywam szczyt, tworząc kilka nowych technik we wspinaczce plugawej, odrażającej wizualnie, technicznie dramatycznej. Ale skutecznej, dzięki czemu docieramy do Sali MGG i po chwili kierujemy się w stronę wyjścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na zewnątrz wita nas ulewa, podejmujemy decyzję o powrocie do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fkoralowa&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry: Centralny Obóz Jaskiniowy KTJ PZA|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, instruktorzy i grotołazi z różnych klubów|05 - 09 10 2016}}&lt;br /&gt;
Wspominając zeszłoroczny obóz byłam nastawiona na ciężkie, długie, ciekawe i niestandardowe akcje. Pogoda zweryfikowała nasze plany. Wiedzieliśmy, że może popadać trochę śniegu, ALE miał stopnieć! Nie spodziewaliśmy się, że w ciągu paru godzin od naszego przyjazdu będziemy mogli ulepić bałwana, a pierwszą akcję rozpoczniemy torowaniem drogi do jaskini w śniegu po kolana... ( a jak się źle trafi to i wyżej). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszego dnia odwiedziłam jaskinię Miętusią. Przez świeży śnieg dojście zajęło nam dużo więcej czasu niż zwykle. Powalone drzewa też zrobiły swoje (trzeba uważać, w okolicy otworu jest jeszcze dużo takich, które w każdej chwili mogą się przewrócić). Jak się spodziewaliśmy, przejście do Sali Bez Stropu było zalane, ale mieliśmy plan awaryjny w postaci zwiedzania Partii Nietoperzowych i kąpieli w Gotyckim Jeziorku, za którym zrobiliśmy bieg w bieliźnie do Zawaliska Wantul i z powrotem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugiego dnia pogoda bez zmian, w związku z czym wszystkie grupy działały razem. Dzień zaczęliśmy od wykładów unifikujących podstawowe techniki jaskiniowe, a następnie przeszliśmy do Doliny Lejowej, aby poćwiczyć wszystkie omówione elementy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Trzeciego dnia byłam w jednej z ekip odwiedzających jaskinię Czarną. W prawie całkowicie żeńskim składzie zrobiliśmy przejście całej jaskini. Mimo, że po raz kolejny znalazłam się w Czarnej (i po raz kolejny na trawersie) to miło wspominam tą akcję - trafiłam na zgrany zespół w którym każdy był chętny wykonywać kolejne poręczowania/ deporęczowania, a ja miałam okazję po raz pierwszy wywspinać Komin Węgierski. Całość przebiegła sprawnie dzięki czemu na bazie znaleźliśmy się o dość wczesnej porze. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ostatniego dnia w celu zagospodarowania nadmiaru energii, która nie mogła zostać spożytkowana na ciężkie akcje jaskiniowe,  wybraliśmy się na wycieczkę topograficzną. Instruktorzy zaoferowali nam dwie opcje. Zarówno Łukasz, jak i ja wybraliśmy tą samą. Zwiedziliśmy kawałek doliny Bystrej oraz poznazliśmy miejsca w których znajdują się otwory jaskiń Goryczkowej i Kalackiej. Wycieczkę zakończyliśmy szarlotką i gorącą czekoladą w schronisku na Kalatówkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|WŁOCHY: Alpy Karnickie - kanioning|Tomasz Jaworski, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Maciej Dziurka (SDG)|05 - 09 10 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawy wypad kanioningowy u schyłku sezonu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszy dzień: kanion Brussine (V4, A3, III)* – szereg wodospadów, krótkie tobogany i skoki, ostatnia kaskada imponująco (60 m) opada wprost do koryta rzeki Fella. Do auta w Chiusaforte wracamy idąc pod prąd rzeki lub jej brzegami. Generalnie wody mało.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugi dzień: w planie był kanion Simon (V4, A4, IV). Dojście dłuższe ale bardzo ciekawe (kilkaset metrów ładną percią zawieszoną nad przepaścią). W miejscu startu jesteśmy jednak dość późno i przez długi czas szukamy punktów zjazdowych. Woda w kanionie dość burzliwa więc po zsumowaniu wszystkich czynników postanawiamy go zrobić w dłuższe i cieplejsze dni. Robimy sobie za to wycieczkę na sucho w górę tego imponującego wielkością kanionu. Wracamy tą samą drogą do wioski gdzie zostało auto.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Trzeci dzień: kanion Patoc (V3, A3, III) – krótki ale dość ciekawy. Zjazdy w wodospadach tudzież krótkie skoki na nie zbyt głęboką wodę. Kanion kończy się tuż przed korytem Felli. Do Chiusaforte wracamy płynąc trochę wartkim nurtem rzeki. Potem robimy wspinaczkę na szlak dawnej linii kolejowej gdzie obecnie jest zbudowana piękna ścieżka rowerowa. Od mostu zapomnianą ścieżkę wiodącą po półkach niemal pionowych brzegów wracamy do auta. Tego samego dnia zagłębiamy się jeszcze w kanion Favarinis bardziej jednak w celach poznawczych (krótki dzień) przed następnym wypadem. Dno kanionu zalegają potężne głazy. Idziemy w górę kilkaset metrów i wraz z zaczynającym się opadem deszczu wracamy do auta.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Biwakowaliśmy w ładnym miejscu przy wylocie kanionu Lavarie. Tomek z Maćkiem eksplorowali jeszcze pobliskie schrony wykute w tunelu. „Szczurowiewiórki” nie zachęcały jednak to pozostania tam na biwak.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie zła pogoda lecz temperatury mocno jesienne, znacznie krótszy dzień i przymrozki w nocy. Po sobotnich opadach szczyty gór przyprószone śniegiem. W takiej scenerii opuszczamy ten piękny zakątek bogatsi o nowe doświadczenia.,&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FItalia-kaniony&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Clip: https://vimeo.com/187466765&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
* - w nawiasach podano trudności kanionu. V – trudności linowe, A – trudności wodne, cyfra rzymska– ogólna wycena. Skala trudności waha się od 1 (łatwo) do 7 (nie do przejścia)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|STANY ZJEDNOCZONE: Góry Skaliste - Mt. Elbert i Mt. Massive|Paweł Szołtysik|24 09 - 03 10 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przygoda zaczęła się na lotnisku w Dusseldorfie. Okazało się ze moje połączenie zostało zmienione i że zamiast jednej przesiadki mam dwie i do tego  do Denver muszę 2 razy nadawać bagaż. Po długiej podroży docieram do Denver. Po pierwszej nocy na terminalu na lotnisku ruszam do miasta gdzie po kilku godzinach wsiadam w autobus Greyhound do miasta Vail.  Małe zakupy, przepak i do Vail. Po dwóch godzinach docieram do tego miasta, które wypadło w moim przypadku jako miejsce przesiadkowe. Leży już w Rocky Mountains i w okresie zimy prężnie działa jako kurort narciarski. Stamtąd już miejscowym autobusem docieram w końcu do miasta docelowego jakim jest Leadville. To stare jak na rachubę w USA miasto i typowy klimat. Leadville leży już u podnóża Mt Elbert i Mt Masive, dwóch najwyższych szczytów Gór Skalistych które były moim  głównym celem. W Leadville, nocleg w hostelu i na następny dzień zaopatruję się w jedzenie na kilka dni. Z Leadville drałuję z buta do campingu około 11 mil. Chciałem łapać stopa ale stwierdziłem ze zrobię to w drodze powrotnej. Po jakichś 5 godzinach marszu, najpierw wydłuż Highway, potem już w lesie lokalną droga dochodzę do Elbert Creek campground. Tu przykra niespodzianka. Jako że już przed wyjazdem w czytałem o tym miejscu i planowałem tu spędzić ze 4 noce, miało to być miejsce z dostępem do wody pitnej, jedyne w tamtej okolicy. Pojawił się problem kiedy okazało się na miejscu ze pompa wodna jest zepsuta. Ponieważ woda ze strumyków była zanieczyszczona w zasadzie zostałem bez wody bo cały zapas zużyłem na drogę z Leadville. Jedynym wyjściem z sytuacji było uzbieranie wody od ludzi, którzy schodzili z gór. Taktyka okazała się 100% skuteczna. Po paru godzinach uzbierałem ok 10 litrów wody pitnej co pozwoliło tam zostać i przetrwać 3 dni. Dowiedziałem się również ze nadchodzi zmiana pogody, wcześniej niż to przed kilkoma dniami zapowiadano. Dotarłem na camping we poniedziałek, pogoda miała być jednak dobra nie do piątku, tyle planowałem wstępnie tam zostać, lecz tylko do środy. Biorąc pod uwagę kłopoty z dostępem do wody, i małe zapasy jedzenia, zdecydowałem się na pójście we wtorek na Mt Elbert, we środę na Mt Massive i potem się ewakuować  z powrotem do Leadville. Pogoda do środy była cudna. Prawie zero wiatru, słonecznie i bez chmur, jedynie w nocy lekko na minusie. Udaje się wyjść na obydwa wierzchołki. Droga technicznie nie posiada trudności. W kość daje słonce, wysokość i odległość. Szczególnie na Mt Masive. Z campingu na szczyt i z powrotem to ok 14 mil. Zgodnie z prognozami już podczas schodzenia powoli zaczęła się psuć pogoda. Jakby uciekając trochę przed burzą po dotarciu do namiotu likwiduję całe obozowisko i próbuję złapać stopa do Leadville. Udaje sie to dość szybko i jeszcze tego samego dnia wieczorem jestem z powrotem w miescie. Tu śpię jeszcze  3 noce bo dopiero w niedzielę mam wylot. Jednego dnia robię jeszcze spacer nad Turquise Lake oddalone kilka mil od miasta. W sobotę rano podobnym połączeniem autobusowym docieram z powrotem do Denver, tam śpię jedną noc by następnego dnia popołudniu dostać się na lotnisko. Podroż powrotna przebiegła sprawnie i bez problemów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - wspinanie w Mirowie|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska i pies|02 10 2016}}&lt;br /&gt;
Wspinamy się na 3 Siostrach, robiąc kilka klasycznych perełek Mirowa, w tym Krainę Wytrwałych Wprost za VI.3, z czego jestem bardzo zadowolony, choć po przejściu jeszcze kilku dróg, stwierdzam, że mirowska cyfra jest raczej słaba:)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Od pewnego czasu na Jurze da się zauważyć pewną anomalię. Otóż, w tak popularnych rejonach jak np. Mirów, czy Góra Birów, nawet w pogodny dzień wspinaczy jest jak na lekarstwo. Nie żebym się skarżył, ale czy wszyscy wspinają się już tylko za granicą? Jeśli tak, to oby tak dalej. Na żadną z dróg nie musiałem czekać w kolejce, no i w końcu można się nacieszyć ciszą i spokojem w skałach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl - okolice Szczyrku|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt; oraz inne osoby|01 - 02 10 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sportowy weekend. W sobotę Esa wychodzi na Skrzyczne a my gramy w tenisa. W niedzielę robię marszobieg na trasie Szczyrk - Bieniatka - Magura - schr. Klimoczok - Szczyrk. Przepiękna pogoda.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|MAJORKA - DWS|Ania i &amp;lt;u&amp;gt;Karol Jagoda&amp;lt;/u&amp;gt; |15 - 29 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odkąd pamiętam zawsze chciałem spróbować wspinaczki DWS - definicja według Wikipedii  ,,Deep Water Soloing (DWS) lub też psicobloc to określenie wspinaczki free solo nad głęboką wodą, która służy w jej trakcie jako olbrzymi crashpad ‘’  Majorka jest uważana za najlepsze miejsce na świecie pod względem DWS, poza tym oferuje mnóstwo rejonów do wspinaczki sportowej. W trakcie dwutygodniowego wyjazdu udaje nam się zwiedzić cztery rejony DWS i  trzy rejony sportowe. Zatrzymujemy się w Calas de Mallorca na wschodnim wybrzeżu, gdzie znajduje się większość rejonów DWS. Zaczynamy od najpopularniejszego rejonu na wyspie Cala Barques, który jest ostatnią oazą dla wspinaczy wybierających krzonowanie.  Niestety biwakowanie na dziko na Majorce jest niezwykle trudne w porównaniu do innych rejonów. Nieomal nie ma miejsc, gdzie nie ma ogrodzeń, problem istnieje nawet z zaparkowaniem auta czy campera. Cala Barques jest popularna co najmniej z kilku względów: piękne położenie w uroczej zatoczce, bliskość do piaszczystej plaży oraz względnie bezpieczne wspinanie. Mała dygresja na temat wyceny DWS, poza wyceną trudności określa się obiektywne zagrożenia w skali S0 do S3, gdzie S0 to  drogi stosunkowo niedługie, na których crux jest nisko, a w przypadku odpadnięcia wpada się do głębokiej wody, natomiast S3 to np. droga 22 metrowa z cruxem pod koniec, a spada się do wody o głębokości 4m. Ze względu na brak właściwie zrytej psychy decyduję się jedynie na drogi S0. Na pierwszą drogę wybieram klasyk rejonu - 9 metrowego Herkulesa (6c). Droga w moim stylu, z jednym zastrzeżeniem, niestety potwierdza się pogląd, że na Majorce łatwej cyfry nie znajdziesz. Kolejna droga to Metrosexual (7a) 12 m, niestety odpadam z samej końcówki, druga wstawka udowadnia, że dzisiaj mogę już iść się tylko poopalać. Kolejnego dnia budzę się i mam mały problem z utrzymaniem głowy w pozycji pionowej, spory ból karku podpowiada mi, że spadanie do wody z 10 m nie zawsze jest bezpieczne. Po tym doświadczeniu znacznie ostrożniej podchodzę do wyboru dróg. Kolejnym poznanym rejonem,  jest Santanyi , gdzie wspinam dwie proste ładne drogi 8 metrowe. Po tej rozgrzewce przemieszczamy się na słynny Es Pontas, gdzie niejaki Krzysiu otworzył najtrudniejszą na świecie drogę DWS (9b), rezygnuje ze wstawek, bo warun niestety nie dopisał (lekka bryza morska i ćwierć chmury na horyzoncie). Nie można być na Majorce i nie wspinać się w najbardziej imponującym rejonie Cova del Diablo. Klif ten ma 18 m wysokości, co już na wstępie wskazuje, że tutaj żartów nie ma. Robię dwie drogi, a w zasadzie kombinację 60 m trawersu White Noise (5c) i wychodzę  18 m Dogging Romp (6a+). Tylko wspomnę, że było to najbardziej stresowe 6a+ jakie w życiu robiłem (strach ma naprawdę duże oczy). W tak zwanym miedzy czasie zwiedzamy wyspę: północną zachodnią górzystą stronę wyspy (góry Sierra de Tramuntana wraz z sympatycznym sportowym rejonem Gorg Blau), stolicę wyspy Palmę (sklep wspinaczkowy całkiem fajny), piękne  romantyczne miasteczko Valldemossa (przy okazji fajny rejon wspinaczkowy o tej samej nazwie). Na koniec wspinam się w mało sprzyjającej pogodzie (stosunkowo zimno i pada lekki deszcz) w Cala Brafia (niedaleko plaży nudystów). Robię tam dwie drogi Given (6a+) 10 m oraz Atom (5c) 12 m. &lt;br /&gt;
Ps. dla niewspinających się: warun do opalania znakomity, w pobliżu każdego rejonu DWS można znaleźć piękną, piaszczystą, niezaludnioną plażę (nie zawsze nudystów), a dla osób lubiących pływać polecam zatoczki z przejrzystą, lazurową wodą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia:  http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FHoneymoon&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - jaskinia Niska i w Rodakach|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|25 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odwiedzamy dwie nie duże jaskinie na Świniuszce. Potem robimy sobie ognisko i trochę się wspinamy. Przepiękna pogoda.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FJaskinia-w-Rodakach&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|W poszukiwaniu jesieni|Iwona Czaicka, &amp;lt;u&amp;gt;Karol Pastuszka&amp;lt;/u&amp;gt;|24 - 25 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Korzystając z pobytu w niedalekiej odległości od Gorców (w moim domu rodzinnym) wybieramy się na niedzielny spacer. Mamy nadzieję poczuć nutkę jesieni na szlaku, na koniec cel poszukiwań nieco się zmienia, ale o tym później. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ruszamy z miejscowości Rzeki i kolejno zdobywamy Kudłoń, Turbacz, Kiczorę, Gorc. Szlaki praktycznie puste, jedynie w okolicach schroniska pod Turbaczem panuje małe oblężenie, dlatego szybko stamtąd uciekamy. Na drodze zdobywamy nawet jaskinię zwaną Zbójecką Jamą. Nie jest to nic imponującego, ale zawsze sukces, że udało się wejść choć te 3 metry pod powierzchnię ;) Na Gorcu czeka nas miła niespodzianka w postaci wieży widokowej, z której bardzo ładnie widać pełną panoramę wokół. Niedługo po tym zaczynają się nasze problemy w znalezieniu szlaku gubiącego się na polanie. Po jakimś czasie nieskutecznego poszukiwania postanawiamy wykorzystać w praktyce korzystanie z kompasa, wyznaczamy azymut i kierujemy się na przełaj w stronę samochodu. Trafiamy na szlak, choć w innym miejscu niż się tego spodziewaliśmy, ale jakoś tako nasze umiejętności się sprawdziły. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po przyjeździe do domu i obejrzeniu mapy na internecie okazuje się, że nasza papierowa mapa nie jest zbyt aktualna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - jaskinia Śnieżna|Paulina Piechowiak, &amp;lt;u&amp;gt;Aleksandra Skowrońska&amp;lt;/u&amp;gt; (WKTJ); Agnieszka Sarnecka-Kurdziel (AKG); Asia Przymus, Michał Wyciślik, Łukasz Piskorek, Mateusz Golicz (RKG)|24 - 25 09 2016}}&lt;br /&gt;
Idea powrotu do spotkań powyprawowych – wbrew temu, co Mateusz rozpowiadał o jakichś naciskach – narodziła się w tym roku dość naturalnie i był wynikiem naprawdę dobrej atmosfery gollowskiej. Termin ustalono na długo przed wyjazdem, bo przy tak licznej grupie (liczna grupa to liczba osób pow. 2) trzeba się nagimnastykować, żeby pospinać wszystkie grafiki. Nie wszystkim się udało – np. w sam dzień wyjazdu okazało się, że nie pojedzie Damian. Jedna osoba mniej w naszym wyprawowo-weekendowym gronie rodzinnym, jedna osoba mniej do targania siedmiu zaplanowanych worów,  choć i jedna osoba mniej w naszym zaplanowanym czterośpiworowym legowisku. Bilans mimo wszystko fatalny. No bo jak mam kontynuować naukę języka śląskiego mając o jednego nauczyciela mniej?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Padło na Śnieżną. Czas był ograniczony, bo dla dziewcząt z Poznania weekend jest dość krótki – ze względu na współczynnik odległości pomiędzy domem a jaskinią. W celu optymalizacji zaplanowaliśmy zatem wycieczkę do Syfonu Dominiki w sobotę i spanie na Suchym Biwaku – tak, aby w niedzielę wyjść na powierzchnię, pognać do Katowic i nadać Poznaniary na PKP. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Poszło niemal zgodnie z planem. Przy pakowaniu przeżyliśmy chwilowy niepokój związany z odkrytym nagle i niespodziewanie brakiem namiotu biwakowego (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…). Problem został zażegnany odnalezieniem w jakimś piwnicznym zakamarku nieużywanej sypialni od bazówy z Hochscharte. A co tam. Się nada. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Akcja do Dominiki była bardzo przyjemna. Nie długa, nie krótka, lecz w sam raz. Jak wygląda droga – czytelnik i tak albo wie, albo może się łatwo dowiedzieć. Po powrocie na Suchy Biwak zorganizowaliśmy sobie dom, ugotowaliśmy strawę – oczywiście według przepisu Małego (tu okazało się, że Sarna jednak umie gotować i nie psuje każdej speleopulpy po wmieszaniu się w jej mieszanie). W międzyczasie, niektórzy się podsuszyli (jak to się dzieje, że choćby nie wiem co – Michał jest zawsze umoczony? No i – ja też? A taka Świstak czy Asia – prawie suchutkie!). I wreszcie: „Chopy, pódźcie na łobiod!”. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak wspomniałam, mieliśmy cztery śpiwory na siedem osób. To nie problem – mówimy tu wszak o siedmiu szczupłych osobach, a nawet sześciu i pół, bo Łukasz położywszy się na boku zajmuje niewiele więcej miejsca niż niezbyt obszerna książka.  Właściwie to najbardziej przestrzeniochłonne były górne części ciała i wspominając niedoskonały system naszego    r o z k ł a d u    namiotowego dochodzę do wniosku, że wobec powyższego najbardziej optymalną przestrzennie metodą byłoby ułożenie się w systemie przeciwbiegunkowym – plusy naprzemiennie z minusami (gdzie plusami byłyby głowy, a minusami nogi). Szybko jednak porzucam tę niemądrą myśl - trudno by było nakłonić  troje z nas, aby wetknęli swoje plusy w dół śpiwora – gdzie możliwości oddychania pozbawiałyby ich zamknięte zamki  szczelnie strzegące woni skarpet jaskiniowych współbraci i współsióstr.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak więc – plus przy plusie. Stanęłam przed możliwością wyboru: w środku czy z brzegu? Pytanie nawet jeszcze nie zdążyło wybrzmieć, jak bez zastanowienia rzuciłam się na opcję środka. Wiadomo, w środku cieplej. Nie było wśród uczestników naszej wycieczki osoby bardziej zmarzliwej niż ja (złośliwi by pewnie dodali, że nie ma jej na całym świecie), a cienki śpiworek Świstaka, mimo zapewnień, że jest super i że spała w nim w minusowych temperaturach – budził bardziej moje przerażenie niż zaufanie. Ułożyłam się więc w środeczku myśląc, że złapałam Pana Boga za nogi. Za nogi to złapałam, ale wyłącznie siebie – więc bolały. Było ciasno, a dwa poskładane w różnych kierunkach geograficznych ciała moich współspaczy jakoś nie do końca chciały się skompatybilizować  z moimi odnóżami. Skojarzenie z ciasnym zaciskiem narzuciło się samo przez się w momencie, kiedy musiałam zastosować umiejętność dość sporego składania nóg w kolanach w drugą niż fizjologicznie poprawna stronę, czyli krótko mówiąc – tak jak w niejednym  zacisku cieszyłam się z tego, że mam przeogromne przeprosty kolanowe. Spać tak się jednak nie dało, więc skruszona przeprosiłam się z brzegiem legowiska, życząc tym w środku lepszych układów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W odczuciach dość… umiarkowanego komfortu nie byłam odosobniona. Dzwoniący budzik nikogo nie był w stanie przekonać, że już jest wyspany i pora wstać. Nikogo nie przekonywały też nawoływania Mateusza – nawet jego samego. Komfortowe trzy minuty przeradzały się więc w niezliczoną ilość minut potrzebnych do zebrania się w sobie na tyle, żeby usiąść i rozejrzeć się za kawą. Zbyt dobrze nie pamiętam, ale zdaje się, że aby poranek mógł ruszyć z miejsca, musieliśmy wręcz wezwać grupę sprawnych masażystów – i potem już jakoś to poszło. Śniadanie, higiena poranna, pakowanie domu – i w drogę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Co potem to już wszyscy znają, wyjazdowy standard  – wyjście, zejście, ciepła strawa, jazda do domu. I nawet ci, którzy tę noc spędzili w PKP, spali jak dziecko…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|NEPAL: Jaskinia Bat Cave, Pokhara|&amp;lt;u&amp;gt;Piotr Strzelecki&amp;lt;/u&amp;gt;|22 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udając się na koniec świata, serce grotołaza podpowiadało mi aby sprawdzić czy w rejonie Himalajów nie występuje jakaś ciekawa dziura warta odwiedzenia. I doczytałem, że w Pokharze (miasto przez które przejeżdża się w celu udania się na szlak Annapurna Base Camp) znajduje się jaskinia Bat Cave. Jest to dosyć ciekawy obiekt wielkością przypominający trochę nasze Jurajskie Jaskinie. Do jaskini wchodzi się po schodkach dochodząc do komory na oko wielkości 15x10x10 m. Płynie w niej podziemna rzeka, która pośrodku sali tworzy niewielki wodospad. Woda w porównaniu z naszymi rodzimymi temperaturami jest wręcz letnia. Dalej udajemy się wąskim przejściem do kolejnej sali, w której bardzo licznie występują nietoperze. Dalej z sali po wspięciu się po ok 5 metrowym progu, dochodzimy do szczeliny wysokości ok 6 metrów prowadzącej na powierzchnię.  Szczelinę pokonujemy techniką kombinowaną, trochę wspinaczki trochę zapieraczki.&lt;br /&gt;
Przebywając w jaskini od razu stwierdzamy bardzo wysoką temperaturę, na moje oko ok 12-15 stopni. Stałem w koszulce i się pociłem. Oprócz tego jaskinia bardzo wilgotna, ze stropu cały czas pada deszcz jaskiniowy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Reasumując dziura ta jest bardzo miłym obiektem szczególnie jeśli chodzi o jej temperaturę, ponieważ polski grotołaz jest przyzwyczajony do tego, że jest poubierany bardzo grubo a i tak jest mu zimno, a tutaj można latać w samej bieliźnie praktycznie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Foto: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fbatcave&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd| Beskid Żyw. - rowerami mtb przez Oźną|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|18 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Oźna to góra o wys. 952 m rozdzielająca doliny Słanicy i Radecki. Startując z tartaku w Rycerce Dolnej nie spodziewaliśmy się tylu wyzwań natury orientacyjnej, kondycyjnej i technicznej. Do przemieszczenia się z jednej do drugiej doliny chcieliśmy skorzystać z turystycznego szlaku niebieskiego i czarnego rowerowego. Asfaltową drogą wiodącą przez Sól zapędziliśmy się aż na przeł. Graniczne (granica z Słowacją) co tylko uświadczyło nas w popełnionym błędzie (pojechaliśmy za daleko). Wracamy w dół szukając w/w szlaków. Za trzecią próba udaje nam się znaleźć gdzieś na drzewie zamalowany znak szlaku, później następne też zamazane. Widocznie szlak został zlikwidowany. Posiłkując się mapą podjeżdżamy a później prowadzimy rowery w trudnym terenie. Podejście na Oźną na wprost  po stromym a zarazem grząskim terenie i obfitującym w powalone w poprzek traktu drzewa wystawiło nasze siły i psychę na nie złą próbę. Z Oźnej zjazd na czuja po zmiennym terenie aż do utwardzonej a późnej asfaltowej dróżki w dolinie. Zjazd okazał się jednak przepiękny. Dotarliśmy szczęśliwie do auta. Pogoda w sam raz na taką wycieczkę, trochę słońca, trochę chmur i lekki wiaterk. Nic dodać, nic ująć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FOzna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd| Tatry Zach. - jaskiniowy obóz kursowy|Mateusz Golicz, Łukasz Piskorek, Bogdan Posłuszny, Emil Stępniak, Iwona Czaicka, Karol Pastuszka, Sylwester Siwiec|14 - 18 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień I''' ''(Karol Pastuszka)''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Środa, godzina  15.30 – fajrant! W końcu troszkę wolnego. Po pracy pobiegłem szybko do domu, żeby spakować resztę przygotowanych rzeczy na długo zapowiadaną przygodę – obóz jaskiniowy. W planach były 4 jaskinie, bo już od początku wiedzieliśmy, że szkolenie z parkowcem odpada. Trochę ta wizja przerażała, bo po Marmurce byliśmy wszyscy wykończeni, a tu taki maraton.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Środa, godzina 18.30 – wszystkie rzeczy w aucie, wszystkie osoby w aucie, wyruszamy. Podróż bez kłopotów. Po przyjeździe, szybkie rozpakowanie rzeczy i rzucamy się do szkiców. Mateusz daje nam znać, na pierwszy ogień- jaskinia Pod Wantą. Szybkie worowanie, prysznic i spać. Ja leżę na łóżku, czekam na swoją kolej, żeby iść pod prysznic. Przysypiam, ze snu wyrywa mnie tylko regularne tłuczenie – kotlety rozbijają – myślę, dziwne, że tak późno, bo po 23. Jednakże po chwili namysłu skojarzyliśmy z Iwoną brak Sylwestra z regularnym tłuczeniem… Zdarza się, że zamki się zacinają ;)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czwartek, 6 rano – pobudka, śniadanie, pakowanie i wyruszamy doliną – oczywiście doliną walną, doliną Małej Łąki i odbijamy do doliny Miętusiej – recytujemy i czujemy się jak za szkolnych czasów będąc odpytywani przez Mateusza. Dobry humor psuje nam troszkę Emil, wspominając o pewnym miejscu na szlaku zwanym Kobylarzem, przygotowując się na najgorsze pokonujemy ten fragment trasy… i nie było tak źle. Gorsze było przed nami, czyli szukanie wejścia do jaskini za pomocą bardzo malowniczego opisu dojścia… autor mógłby sobie spokojnie podać rękę z Elizą Orzeszkową, bo ostatnio tak literackie opisy czytałem tylko w powieści „Nad Niemnem”…  Jednakże, wspólnymi siłami znajdujemy siodełko w grzędzie i docieramy do jaskini. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pod jaskinią lekki tłok, spotykamy inny kurs. Bałem się o moje poręczowanie, ale nie było tak źle, żadna lina się nie pomieszała i przepinki wykonywaliśmy bezbłędnie. W czasie poręczowania nauczyłem się, że jest ważny węzeł na końcu liny, dał się wyczuć, jak przy drugiej studni, nagle zabrakło liny. Po rozwiązaniu problemu z krótką liną, bez problemu zjechaliśmy na dno, ale wychodzenie też nie sprawiło wielu problemów. Większe obawy były o kolana, ale ku naszej radości, większość szpeju została u góry, aby w przyszłości nie dźwigać lin do Litworki. Z lekkimi plecakami zeszliśmy do auta i na bazie dogorywaliśmy- pierwszy dzień dał w kość, ale byliśmy zadowoleni. Po uporządkowaniu szpeju, kolejne worowanie, kolejnym celem miały być lekkie kasprowe jaskinie: Wyżnia i Pośrednia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień II''' ''(Sylwester Siwiec)''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugi dzień kursowego obozu. Po pierwszym dniu, w którym czułem się zmaltretowany przez góry i jaskinię, w drugim miało być lepiej. Czy było? Oczywiście, czułem się zmaltretowany tylko troszkę. Ale od początku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przewodnikiem naszego kursowego stada zostałem ja i byłem nim przynajmniej do połowy drogi, dopóki reszta zdecydowanie nie zaczęła nade mną górować kondycyjnie. Cóż, przyjąłem wówczas siłą rzeczy ważną funkcję polegającą na pilnowaniu tyłów i temperowaniu wyścigowych zapędów moich kolegów i koleżanek poprzez spowalnianie całej grupy. ? Pałeczkę dowodzenia przejęła zawsze dobrze przygotowana organizacyjnie Iwona.  Niemało zachodu sprawiło nam szukanie wejścia do Jaskini Kasprowej Średniej, przy której mieliśmy zostawić nasze toboły. Każdy powędrował w inna stronę szukając oznak jaskini, ale ostatecznie znalazł ją Mateusz. O ironio! Była cały czas tuż nad naszymi głowami. Jak to los potrafi być dowcipny… Ok., przebraliśmy się w miarę szybko, zostawiliśmy niepotrzebne rzeczy ukryte w krzakach, a potrzebne na grzbiet, obolały grzbiet.  Team przewodników złożony głównie z Iwony i Mateusza po pewnych nieistotnych problemach doprowadził nas do Jaskini Wyżnej. Tam chcąc zmazać plamę za moje niby-przywództwo wziąłem poręczowanie na siebie. Tego dnia Mateusz miał nam objaśnić tajniki zjazdu na „złodzieja”, więc wszyscy wyczekiwaliśmy z ciekawością, co takiego się za tym kryje. Iwona została wtajemniczona przy wjeździe do jaskini. Sama jaskinia była dość niewielkich rozmiarów z kilkoma zaledwie bocznymi odgałęzieniami. Jedno z nich wychodziło na powierzchnię i chętnie bym podszedł pod samą krawędź  rzucić okiem na zewnątrz, ale niestety z racji bezpieczeństwa musiałem wraz z resztą porzucić ten pomysł. Ok., po obczajeniu wewnątrz co było do obczajenia, szybka wspinaczka po pionowej ścianie i byliśmy na powierzchni. Słońce dawało popalić i szybko doprowadziło mnie do stanu gwałtownej utraty wody (taki kolokwializm, sami wiecie co mam na myśli). Tam oto czekała na nas 60 metrowa ściana lecąca pionowo w dóóóóóóół. Oczywiście w tym miejscu przyszedł czas na wtajemniczanie mnie w technikę zjazdu na złodzieja… taki fart, cóż począć? Parę minut później w panice po raz 10 zadając pytanie” czy na pewno wszystko jest jak trzeba?”, czule przytulając się do ściany pomału zsunąłem się i zawisłem nad przepaścią. JA ŻYJĘ! – pomyślałem sobie wówczas uradowany. Zacząłem zjazd. Pogoda była wciąż piękna, widoki wspaniałe. Aż miałem ochotę sobie zawisnąć w miejscu i popodziwiać, porobić zdjęcia, ale niestety reszta czekała na górze i nie chciałem nadwyrężać ich cierpliwości. W końcu zjechałem w wyznaczone miejsce i się wpiąłem w batinox’a. Reszta po kilkudziesięciu minutach dołączyła do mnie. Cztery osoby wpięte w 2 batinoxy- trochę ciasno, mnie osobiście trochę się to z pisklakami w gnieździe skojarzyło, z takimi tuż przed wylotem. :D Na krótkim odcinku do ziemi Karol jako ostatni przećwiczył złodziejski zjazd i wreszcie wróciliśmy na ziemię. Czekał nas jeszcze wejście do Jaskini Kasprowej Średniej. Jaskinia była dość krótka, ale zajmując się poręczowaniem i deporęczowaniem wydawało mi się, że spędziłem tam tydzień. Cholerna lina nie chciała mi się przez całe wyjście sama wyciągać, więc tak ją w myślach zbluzgałem, że przekleństwo będzie na niej ciążyło zapewne jeszcze sto lat. Ale jest! W końcu wypełzłem jak ten robak z jabłka, jak Gollum spod Gór Szarych, jak ślimak spod miażdżącego go buta.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Było świetnie! To był naprawdę wspaniały dzień! Następne też były świetne! Nawet ten pierwszy, gdzie miałem ochotę umrzeć też był wspaniały. Tak, tak, moje kości, stawy i ścięgna były troszkę innego zdania, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami?! Ważne, że była to wspaniała przygoda, która zapadła mi w pamięć zapewne do końca mych dni. ;)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień III''' ''(Iwona Czaicka)''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z powodu niekorzystnej prognozy pogody w trzeci dzień obozu zdecydowaliśmy się na Jaskinię Czarną. Jeszcze nie byliśmy gotowi na trawers, więc przygotowaliśmy się na dojście do Jeziorka Szmaragdowego. Jedynym problemem była druga grupa również planująca wejście do Czarnej na godz. 10. W związku z tym komisyjnie postanowiliśmy wyjść wcześniej niż później. I w ten sposób wychodząc o 6.45 ok. 8.30 byliśmy pod otworem.  Korzystając z rad uzyskanych  poprzedniego dnia, szybko zebraliśmy się do wejścia, zwłaszcza, że powoli już zaczynało padać. Szło nam w miarę sprawnie, poręczowaniem wlotówki zajęłam się ja, Sylwek zaporęczował trawers Herkulesa, a Karol wywspinał Komin Węgierski. Nie sposób nie wspomnieć o wręcz heroicznej wspinaczce Sylwka na Prożku Rabka, gdzie mimo podwójnego odpadnięcia wstawał i próbował, aż mu się udało! A my tylko patrzyliśmy z podziwem i ćwiczyliśmy spotowanie. Jaskinie przeszliśmy trochę w pośpiechu, bo czuliśmy jak druga grupa depcze nam po piętach. Przed trawersem Jeziorka Szmaragdowego zostawiliśmy wstążeczkę dla Asi, Łukasza i Bogdana, znak że już tu dotarliśmy. Cale przejście zajęło nam niecałe 10h (od wejścia pierwszej osoby do wyjścia ostatniej). Po raz pierwszy jak wychodziliśmy z jaskini padał deszcz - z jednej strony nawet się cieszyliśmy. Znaczyło to, że na ostatni dzień obozu też może będzie brzydko i jednak nie będziemy musieli iść do zaporęczowanej już Litworki czy Śnieżnej ;). Każdy z nas był już wymęczony, choć myślę, że robiliśmy dobra minę do złej gry. A jeszcze znowu moglibyśmy wpaść na pomysł wstawania przed 6.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień IV''' ''(Karol Pastuszka)''&lt;br /&gt;
Po powrocie z Jaskini Czarnej przejrzeliśmy prognozę na niedzielę. Niestety zapowiadała się jeszcze gorzej. Po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, stwierdziliśmy, że zrobimy sobie „lajtową” niedzielę (co w zasadzie uszczęśliwiło każdego, bo po 3 dniach byliśmy zmęczeni). Na pierwszy ogień Jaskinia Zimna, dojście ok. 1h, aż się nie chce wierzyć, że się tak krótko trwa.  &lt;br /&gt;
Wiedząc, że nic nas nie goni wyspaliśmy się i wolnym krokiem doszliśmy do jaskini.  Przez to, że było blisko, poszliśmy w kombinezonach, co powodowało, że zwracaliśmy trochę na siebie uwagę. Jaskinia Zimna była ciekawa, pierwszy raz mieliśmy do czynienia z taką ilością wody. Na szczęście mój kombinezon sobie radził z takim mokrym środowiskiem i wody z butów wylewać nie musiałem. Po dojściu do syfonu, Mateusz obiecał, że do jaskini tej jeszcze wrócimy, jak poziom wód opadnie, co nas ucieszyło.&lt;br /&gt;
Po wyjściu na zewnątrz, podsumowaliśmy szybko te kilka dni obozu i pożegnaliśmy się z Mateuszem. Mając sporo czasu przeszliśmy jeszcze do wspominanej przez Emila wiele razy jaskini Mylnej. Fajna, ale krótka, choć faktycznie może dać każdemu skosztować troszkę speleologicznej przygody. Po akcji powrót i pakowanie. Powrót jak zawsze z przygodami. Jak nie policja to regeneracja alternatora…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd| Tatry Zach. - trawers Jaskini Czarnej od inNego końca|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Bogdan Posłuszny|17 - 18 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po raz kolejny mam okazję tylko ,,odwiedzić&amp;quot; świetnie bawiącą się ekipę jaskiniującą. Tym razem z odwiedzinami wpadłam na obóz kursowy. Trawers jaskini Czarnej planowaliśmy zrobić w sobotę, tak żeby spotkać się z kursantami przy Szmaragdowym Jeziorku. Obudziliśmy się kiedy kursanci wychodzili, tylko po to, żeby pomyśleć jak to dobrze, że my możemy jeszcze pospać. Obudziliśmy się kiedy my mieliśmy wstać, tylko po to, żeby pomyśleć jak bardzo nam się nie chce wychodzić do jaskini w ulewie i jak to dobrze, że byliśmy umówieni z kursantami, że po dojściu do Szmaragda zaczną się wycofywać nie czekając na nas. &lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
W zamian jaskinie zorganizowaliśmy zajęcia w podgrupach :&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- Emil z Bogdanem - kriowodoterapia w Wodnej Pod Pisaną&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- Łukasz z Asią - śpiworowanie &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przez cały dzień nasze sumienia nie dawały nam spokoju i postanowiliśmy z Łukaszem, że nie ma takiej siły, która by nas odwiodła od zrobienia trawersu dnia następnego. Żeby przez przypadek śpiwory nas znowu nie skusiły, spakowaliśmy się do jaskini już wieczorem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rano trochę się tylko pociągaliśmy, aura była lepsza - nie padało. Wstaliśmy, doszliśmy, przebraliśmy się pod linami. Pokonywanie kolejnych studni szło nam sprawnie. Zrobiłam trawers Szmaragda. Łukasz wywspinał Studnię Smoluchowskiego, kolejne zjazdy i kolejna (ostatnia) przerwa na wspinanie studni wlotowej, którą zaczęłam ja, a skończył Łukasz. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po powrocie na bazę kursantów nie zastaliśmy, a chcieliśmy im zwrócić czerwoną wstążkę, tę którą dla nas zostawili w jaskini przy Szmaragdowym Jeziorku, żebyśmy wiedzieli, że już sobie poszli....&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd| Tatry Zach. - jaskinia Wodna pod Pisaną|&amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;, Bogdan Posłuszny|17 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zrywamy się z Bogdanem o świcie (tzn. w samo południe) i korzystając z faktu, że chwilowo nie leje - ruszamy w stronę Kościeliskiej. Idziemy w skromnym składzie - Asia i Łukasz tak skutecznie zaklinowali się w śpiworach, że nijak nie dało się ich ruszyć.&lt;br /&gt;
Dziś w planie jest trawers Wodnej Pod Pisaną.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie mija 10 minut, gdy znów zaczyna kropić, następnie lać, a później jest już tylko ściana wody.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przebieramy się pod otworem bombardowani gradem pytań gapiów i zalewani deszczem. Po kilku minutach ociekający wodą i podziwem zebranych, dowartościowani nurkujemy w otworze II.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przechodzimy z otworu II w stronę zawalonego III, wykonujemy nawrót i ruszamy w stronę otworu I, który ma być naszym wyjściem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Całość wizyty w jaskini trwa trochę ponad półtorej godziny. Po przebrnięciu przez rzekę, wypadamy na powierzchnię przy mostu w dolinie Kościeliskiej. Gapiów brak, za to jest diabelnie zimno. I nadal leje.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęćia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fwodna_pod_pisana&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Wielka Litworowa|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Bogdan Posłuszny|16 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W piątek jako cel obieramy jaskinię Wielką Litworową mając w założeniu jej zaporęczowanie na ewentualną akcję w tej jaskini kursantów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pod otworem jesteśmy w troszkę ponad 3h od momentu wyjazdu (pod wlot doliny zawiózł nas Emil) z bazy zabierając po drodze depozyt pozostawiony w terenie poprzedniego dnia przez kursantów. Pogoda dopisała, ludzi na szlaku jak na lekarstwo choć na Przysłopie Miętusim było ich dość sporo.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwsze odcinki linowe poręczuje Bogdan i jak to zwykle bywa idzie mu bardzo sprawnie. I i II Pięćdziesiątkę, trawers nas Studnią Flacha i I Płytowiec poręczuję ja.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na zaporęczowanie I Pięćdziesiątki mamy dwa odcinki liny i nie wiedzieć czemu jako pierwszy wybieram ten krótszy co skutkuje tym, że brakuje mi do ostatniej przepinki i połączenia w niej lin ok 2m liny. Wracam więc na górę i zamieniam liny miejscami. W Sali pod Płytowcem chwilę odpoczywamy i zbieramy się do wyjścia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na powierzchni jesteśmy po 4 godzinach. W drodze powrotnej szlakiem nie spotykamy nikogo aż do Skoruśniaka. Do bazy wracamy przez Kościeliską jeszcze przed kursantami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Trawers Czarnej|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Bogdan Posłuszny|15 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podczas wyjścia kursantów do jaskini Pod Wantą postanawiamy z Bogdanem zrobić trawers czarnej od głównego otworu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z bazy wychodzimy dość późno i pod otworem jesteśmy kilka minut przed 1000. Szybkie ogarnięcie sprzętu i kilka minut później jesteśmy już w jaskini.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Idzie nam dość sprawnie dlatego też nie spieszymy się specjalnie. Rezygnujemy ze skorzystania z liny na obejściu Komina Węgierskiego i wspinamy go od podstawy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalsza droga do Komina Furkotnego przebiega bez problemu, dopiero za nim udaje nam się na moment &amp;quot;zgubić&amp;quot; wybierając nie ten korytarz, ale po chwili jesteśmy już nad Studnią Imieninową, po zjechaniu której muszę wchodzić z powrotem do góry aby odblokować zaklinowany karabinek.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dochodząc do Progu Latających Want mam nadzieję, że nie będzie tam założonej liny jak podczas trawersu na naszym kursie i rzeczywiście liny nie ma, a ja mam okazję się powspinać po raz kolejny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z jaskini wychodzimy chwilę po godzinie 1600 i spokojnie udajemy się na bazę, na której to kursantów jeszcze nie ma.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd| Tatry Zach. - jaskinia Raptawicka|&amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;|14 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wykorzystując możliwość wcześniejszego przyjazdu w Tatry, wybieram się na krótki spacer w kierunku Jaskini Raptawickiej. W związku z późną porą, dolina jest praktycznie pusta. Szybko wspinam się szlakiem pod otwór i nurkuję w dziurze, na którą przez prawie cały czas mam wyłączność.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pomimo braku planu, po kilkunastu minutach udaje mi się zlokalizować miejsce, gdzie był nieodżałowany przekop do Mylnej. Zadowolony ze swoich detektywistycznych zdolności, powoli wyczłapuję z dziury, po drodze olśniewając swoimi speleozdolnościami sympatyczną parkę, która też zdecydowała się na wieczorną wizytę w Raptawickiej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Może nie była to imponująca akcja jaskiniowa, ale za to wieczorem Legii udało się osiągnąć NAPRAWDĘ imponujący wynik, przegrywając 0:6. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fraptawicka&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|KIRGISTAN trekkingowo|Damian Żmuda, &amp;lt;u&amp;gt;Kasia Rupiewicz&amp;lt;/u&amp;gt; |24.07 - 15.08 2016}}&lt;br /&gt;
Wspomniena z tegorocznego wyjazdu w góry Kirgistanu czyli propozycja na deszczowy jesienny wieczór.&lt;br /&gt;
Zapraszamy do [[Relacje:Kirgistan_2016|działu Wyprawy]].&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FKirgistan&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Tatry Wys. - Rakuska Czuba|Joanna Jaworska, Aleksandra Rymarczyk, Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|11 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjazd zaczynamy dość niecodziennie uczestnicząc w ślubie naszego klubowego kolegi Karola Jagody (współczułem mu trochę, że musi się męczyć w garniturze a nie łoić kolejne piony). Po ceremoni jedziemy prosto do Tatrzańskiej Łomnicy gdzie biwakujemy na tamtejszym kampie. Pobudka po czwartej i jeszcze w ciemnościach ruszamy w drogę. Szlak do Skalnatego Plesa jest z uwagi na otoczenie (wyciągi) niezbyt ciekawy. Mimo, że za cel stawialiśmy sobie Łomnicę to okoliczności (tym razem nie pogodowe) odwiodły nas od tego zamiaru. Nagle z wyciągów wyłoniło się mnóstwo ludzi. Zrobił się zgiełk i hałas. Pragniemy od tego uciec ku ogromnemu niezadowoleniu Esy. Koniec końców umykamy na Rakuską Czubę (2038), z której rozlega się jeden z piękniejszych widoków w Tatrach. Do punktu wyjścia wracamy przez wspaniałą Dolinę Kieżmarską. Uczucie pewnego niedosytu pogłębił dłuuugi powrót autem do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FRakuskaCzuba&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żywiecki - Babia Góra|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Sylwester Siwiec|11 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejny weekend z letnią pogodą. Z każdym kolejnym obawiam się, że to ostatni, a jednak cały czas udaje mi się zmagazynować trochę więcej ciepła na zimę. Wybrałam Babią Górę bo pamiętałam, że zimą było tam całkiem przyjemnie. Nie spodziewałam się (nie pomyślałam!), że mogę spotkać na miejscu dzikie tłumy ludzi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tym sposobem trafiliśmy na przełęcz Krowiarki zbyt późno, żeby móc znaleźć miejsce parkingowe w okolicy przełęczy. &lt;br /&gt;
Żeby nie wchodzić na Babią Górę najpopularniejszym podejściem, zaplanowaliśmy zejść wzdłuż drogi do Zawoi i tam dopiero wejść na niebieski szlak. Wybór był trafny ponieważ nie spotkaliśmy po drodze prawie żadnego turysty, jednak tak jak się spodziewaliśmy oznaczało to, że właściciele i pasażerowie wszystkich aut, które nie pozwoliły nam zaparkować tam gdzie chcieliśmy, musieli być skondensowani powyżej schroniska, aż na Diablak. Wyprzedzając wszystkich po drodze i robiąc jedynie krótkie postoje czekając na zwolnienie łańcuchów, dość szybko dotarliśmy na szczyt. Tam poddaliśmy się ogólnemu nastrojowi i znaleźliśmy kawałek odludnego miejsca dla siebie na zjedzenie drugiego śniadania (dla niektórych kolejnego) i wyschnięcie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podczas zejścia również skorzystaliśmy z opcji przejścia mało popularnym szlakiem (żadnego turysty!) i zeszliśmy z czerwonego szlaku, zielonym, wprost na niebieski, po to, żeby na koniec zajrzeć nad Mokry Stawek. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|JURA - wspina na Górze Birów|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska, Karol Jagoda, Kasia Rupiewicz, Damian Żmuda, Wojtek Sitko, Ania Bil, Sławek Musiał, os. tow., pies|04 09 2016}}&lt;br /&gt;
Wyjazdem tym żegnamy pewien etap życia Naszego kolegi Karola, a oprócz tego wspinamy się w pięknej scenerii Góry Birów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Tatry Zach. - Bystra|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|03 09 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znów piękny wypad w góry. Tym razem celem była Bystra (2248, najwyższy szczyt Tatr Zach.) położona całkowicie na terenie Słowacji. Na szczyt podchodzimy od południa Doliną Bystrą. Mało ludzi, teren przepiękny. Idziemy tu pierwszy raz w życiu więc ekscytujemy się jeszcze bardziej pięknymi pejzażami. W górnych partiach doliny znajduje się rozległe plato z większymi lub mniejszymi stawkami. Nigdzie w Tatrach czegoś takiego nie widziałem. Z wypłaszczenia szlak dość stromo wyprowadza na grań Kobylej i dalej bez trudności na szczyt. O ile na szlaku ludzi bardzo mało to zaskoczenie stanowi dość liczna grupa folklorystyczna słowackich górali (i góralek) na wierzchołku. Bardzo fajnie ubrani. Oprócz tego śpiewali góralskie piosenki, grali na instrumentach a juhasi strzelali z bata. Cały czas myśleliśmy, że występują tylko w domach kultury a tu proszę. Zresztą fajnie komponowali się z krajobrazem. Po godzinnym pobycie w tak malowniczej asyście na szczycie schodzimy w dół tą samą drogą snując skiturowe plany. Czasy podjeścia/zejścia zbijamy niemal o połowę. Zrobiliśmy 1400 m przewyższenia. W drodze do domu zatrzymujemy się jeszcze w Liptowskim Hradokku przy zamku.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FBystra&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Starorobociański Wierch, Czerwone Wierchy|Daniel ,,Buli&amp;quot; Bula, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|27 - 28 08 2016}}&lt;br /&gt;
Spędziliśmy z Bulim dwa dni zdobywając tatrzańskie szczyty i nabierając modnego ostatnio, czerwonego koloru. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszego dnia zdecydowaliśmy się na Dolinę Chochołowską, a w niej wariant wejścia na grań przez Trzydniowiański Wierch, dalej przez Czubik na Kończysty Wierch, a z niego na Starorobociański. Trasę pokonaliśmy szybciej niż zakładaliśmy w związku z czym zdecydowaliśmy się wydłużyć drogę zejścia i przejść jeszcze przez Ornak na Iwanicką Przełęcz. Po drodze potęgowaliśmy efekt nabierania koloru poprzez wypacanie każdej kropli wody jaką wypiliśmy, efektem czego Iwaniacki Potok jest dla mnie najpiękniejszym, najsmaczniejszym i najmokrzejszym potokiem na świecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugiego dnia po długich rozmowach i wielu zmianach planów zdecydowaliśmy się wejść przez Adamicę na Ciemniak, przejść przez Krzesanicę, Małołączniak i stamtąd zejść do doliny Kościeliskiej. &lt;br /&gt;
Dzień był jeszcze bardziej gorętszy niż poprzedni więc zaopatrzyliśmy się w znacznie większą ilość napoi, nasze organizmy chyba zdążyły się przystosować do tych warunków, tak, że woda służyła nam za dodatkowe obciążenie plecaka.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda dopisała, ani jednej chmurki na niebie, znowu miałam okazję porównać mapę z widokami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/tatry2&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Orla Perć|&amp;lt;u&amp;gt; Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;|28 08 2016}}&lt;br /&gt;
Weekend z dość napiętym planem ale ostatecznie realizuję wyjazd w Tatry z zamiarem przejścia Orlej Perci.&lt;br /&gt;
Wyjeżdżam w niedzielę chwilę po północy. Na parkingu jestem po 0300 co nie zmienia faktu, że parkingowi też już tam są. Szybka zmiana obuwia, włączenie GPSa i w drogę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do Kuźnic niebieskim, następnie żółtym i dalej do Murowańca znowu niebieskim szlakiem. Tu nie zatrzymując się ani na chwilę gnany myślą, żeby na grani być przed pierwszym rzutem turystów z Kasprowego w drodze zastanawiam się czy przejść przez Świnicę czy od razu udać się na Zawrat niebieskim szlakiem. Perspektywa dłuższego marszu jednak wygrywa i schodzę na czarny szlak prowadzący z Murowańca na Świnicką Przełęcz. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dojściu na Zawrat turyści już tam są(nie nie Ci z kolejki) jednak wcale nie spowalnia to marszu granią i bez problemu idę przed siebie. Na Kozim Wierchu sporo ludzi ale to tu planowałem pierwszą przerwę. Siedząc na uboczu kask przytroczony do mojego plecaka i tak kilka razy wzbudził zainteresowanie tych bardziej „profesjonalnych turystów”. Pewnie dostali by zawału jak by zobaczyli co jest we wnętrzu owego plecaka. Pomimo, że to dopiero mój czwarty raz na tym szlaku od Koziego Wierchu zaczyna się mój ulubiony odcinek przez Granaty. Idzie się dość szybko pomimo sporej liczby turystów. Za Skrajnym robi się luźniej i nawet przez pewien czas w zasięgu wzroku nie mam nikogo. Na Krzyżne docieram jeszcze przed południem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugi raz robię krótką przerwę i ruszam dalej. Żółty szlak biegnący doliną Pańszczyca nigdy nie robił na mnie wrażenia ale może to przez to, że pokonywaliśmy go już w półmroku i mało było widać w świetle czołówek… za dnia jest tak samo nudny i nie zmieni tego nawet ładny odcinek przez las gąsienicowy. W Murowańcu tłumy ale i tak nie planowałem tu postoju więc powrót niebieskim szlakiem do Kuźnic tak, żeby nie wracać znów przez Dolinę Jaworzynka. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samochodzie jestem po niecałych 11h od startu. Już zapomniałem jakie to uczucie nie robić za piosenkowego króliczka, którego ktoś musi gonić więc nawet sobie pozwalałem na szlaku troszkę przyspieszyć. Z czasu spokojnie jeszcze można urwać i to nawet sporo ale czy jest sens? &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda dopisała i to nawet bardzo do tego nawet nie czuję zmęczenia pisząc opis więc chyba było ok.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Pieniny - spływ kajakowy przełomem Dunajca|Tomasz Jaworski, Henryk i Sonia Tomanek|28 08 2016}}&lt;br /&gt;
Opis może będzie...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Tatry Zach. - Baraniec|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|28 08 2016}}&lt;br /&gt;
Piękna wycieczka w odludny zakątek Tatr i to w wymarzonej pogodzie. Z Raczkowej wyjście na Baraniec (2186, trzeci szczyt Tatr Zach.), następnie przejście przez Smrak na Żarską Przełęcz i powrót doliną Jamnicką i Wąską do punktu wyjścia. Na opisanej trasie spotkaliśmy bardzo nie wiele osób (może z wyjątkiem Barańca). Ścieżka w Jamnickiej słabo przedeptana co świadczy o jej małym uczęszczaniu. Cała wędrówka zajęła nam 7 h (wg. mapy 10 h)z odpoczynkami. Jeżeli więc ktoś pragnie w środku sezonu i przy pięknej pogodzie zaznać w Tatrach samotności i spokoju to miejsce to jest w sam raz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/Baraniec&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Góra Birów|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska|28 08 2016}}&lt;br /&gt;
Po męczącej sobocie wyjeżdżamy dość późno (około 11). Rzekomy właściciel parkingu kasuje nas piątaka i idzie spać w pobliskie krzaki mówiąc, że popilnuje aut aż nie wyjedziemy. &lt;br /&gt;
W samych skałach ludzi mało i to bardzo mało, jak na taką pogodę. Nawet turystów niewiele.&lt;br /&gt;
W sumie wspinamy kilka dróg do VI.2 lecz z niektórych musimy rezygnować z powodu zbyt krótkiej liny i tylko 10 ekspresów. Położenie skał pozwala nam cały czas wspinać się w cieniu, więc upał nie był odczuwalny.&lt;br /&gt;
Wracając planujemy wypluskać się jeszcze w Przeczycach lecz trafiamy na bardzo mulastą plażę i wodę strasznie syfiastą więc kończymy na 5 min. moczeniu stóp. Wracając do auta okazuje się, że nie chce odpalić, więc w drodze do domu odstawiamy samochód do mechanika, jadąc już lawetą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|ANGLIA  i jaskinie Yorkshire|Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska (SŁ)|11 - 22 08 2016}}&lt;br /&gt;
Pod pretekstem udziału w kongresie Europejskiej Federacji Speleologicznej odwiedziliśmy kilka jaskiń w Yorkshire i pozwiedzaliśmy Anglię. Więcej w [[Relacje:Yorkshire_EuroSpeleoForum_2016|dziale Wyprawy]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Tatry Wys. – Grań Żabiego Konia i Grań Wideł|&amp;lt;u&amp;gt;Darek Rank&amp;lt;/u&amp;gt;, + os. Towarzyszące (Jakub, Krzysztof, Karol, Mateusz)|13 - 15 08 2016}}&lt;br /&gt;
Godz. 3:00 w nocy. Ruszamy z Katowic by skoro świt zameldować się u stóp gór po stronie naszych sąsiadów – Słowaków. Po drodze w Bieruniu zgarniamy jeszcze Krzysia. Kuba czeka na nas już na parkingu w Popradzkim Plesie. Wymieniamy się szpejem i koło 7mej wyruszamy na szlak. Z początku asfaltową ścieżką do Popradzkiego Plesa. Mimo, że asfalt, to jednak idzie się jakoś tak przyjemniej, niż do MOka. Może to ten brak tłumów, może krótsza droga, a może po prostu cel, który mamy dziś przed sobą sprawia, że człowiek jest jakoś bardziej zmotywowany.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jak tylko pierwszy raz usłyszałem o Żabim Koniu i zobaczyłem zdjęcia z jego ostrej jak brzytwa grani wiedziałem, że musze kiedyś się tam wybrać. Droga wschodnią granią Żabiego Konia nie należy co prawda do trudnych – (II-IV w zależności od topo z którego korzystamy), jednak zaliczana jest do najpiękniejszych i najbardziej powietrznych grani w całych Tatrach. Żabi Koń jest też jednym z nielicznych szczytów w Tatrach, których zdobycie determinuje posiadanie choćby podstawowych umiejętności taternickich, bowiem najłatwiejsza opcja dotarcia na szczyt to właśnie wspomniana dwójkowa grań.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najłatwiejszą opcją dostania się na grań jest przejście dwóch mrożących krew w żyłach kominków (tu również wyceny wahają się od I+ do III w zależności od relacji, na której się opierać). Owe kominki są bardzo kruche, wszystko się sypie, chwyty zostają w rękach a możliwości założenia asekuracji są tylko iluzoryczne (ze względu na kruszynę). Od polskiej strony jest jeszcze gorzej, to już prawie samobójstwo. Takie przynajmniej wyobrażenie miałem po przeczytaniu dostępnych w Internecie relacji i opisów podejść….&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
…Stoję ponad Żabią Przełęczą i spoglądam na grań Żabiego. Za mną dwa proste, jedynkowe, max II-kowe kominki, które do specjalnie kruchych wcale nie należały. Oba przeszliśmy bez asekuracji, jednak było to podyktowane nie tyle brakiem jej możliwości co łatwością podejścia. W drugim kominku były nawet haki, do których można byłoby się spokojnie wpiąć. Ja z Kubą na początku tego drugiego kominka zmieniliśmy, co prawda buty na wspinaczkowe pantofle, jednak nieco trudniejsze okazało się jedynie pierwsze parę metrów, po pokonaniu których teren się wypłaszczał.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak więc stoimy teraz na tarasie w zachodniej grani Rysów szykując się do zjazdu na siodło Żabiej Przełęczy, z której zaczyna się właściwa wspinaczka. Cztery wyciągi ostrą jak brzytwa granią. Spoglądamy na Konia i…..grań wygląda przepięknie, widzimy posuwające się ku szczytowi wcześniejsze zespoły. Lufa z prawej, lufa z lewej. Na razie jednak nie ma panicznego strachu, jest raczej dreszczyk adrenaliny przed czekającą nas przygodą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na szczyt zwyczajowo wchodzi się dzieląc drogę na cztery wyciągi. Pierwszy to tzw. Dolny Koń, pochylona pod kątem płyta skalna, którą trawersuje się na tarcie. Pokonany bez większych problemów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugi to pokonanie pierwszego spiętrzenia skalnego w grani. Tego miejsca obawiałem się najbardziej. Niektóre schematy wyceniają je na IV, a relacje dostępne w Internecie wspominają o mrożącej krew w żyłach lufie pod nogami. Spiętrzenie ostrej jak brzytwa grani, trudności techniczne, potężna ekspozycja pod nami, nogi jak z waty, przyśpieszone tętno, walące ze strachu serce. Wierząc relacjom, to wszystko miało nas czekać właśnie w tym miejscu. Z pewną dozą respektu próbuję wymacać pierwsze chwyty i ułożyć optymalną sekwencję przejścia najbliższego odcinka. Chwytam dobrych klam, gdzie wchodzą niemal całe ręce, spoglądam gdzie postawić stopy. Podnoszę się na nogach, przechodzę na północną stronę grani. Tu, od polskiej strony lufa faktycznie jest dużo bardziej zauważalna, ściany Żabiego Konia są dużo bardziej spionizowane. Jest ciekawie. Podnoszę się na nogach, chwytam kolejnych klam, przewinięcie na Słowacką stronę. Spoglądam przed siebie i widzę już kolejny bardziej poziomy fragment grani, tzw. „Górnego Konia”. Rozglądam się dookoła, szukając tego mrożącego krew w żyłach miejsca, które miało tu na mnie czekać. Wygląda jednak na to, że pierwsze spiętrzenie zostało pode mną. Trudności IV-kowe? Gdzie? Nie zauważyłem. Potężna ekspozycja? Owszem, trochę powietrza pod nogami było, ale ów fragment pokonałem jak każdy inny, żadnego zawahania, szybkiego uderzenia adrenaliny, strachu, miękkich nóg czy zawrotów w głowie. Osobiście nie dałbym temu miejscu więcej niż II, może II+. Chwyty i stopnie ewidentne. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Górnego konia też pokonujemy bez problemu. Zastanawiając się, gdzie mogą kryć się trudności obstawiamy jeszcze kolejne, nieco mniejsze spiętrzenie grani już przed samą kopuła szczytową. Ten fragment na wielu schematach również jest wyceniany na IV. Podobnie jednak jak poprzednia „IVka” nie sprawia większych trudności. Moim zdaniem max III, i to takie naciągane. Przez moment faktycznie wychodzi się na północną stronę grani a patrząc pionowo w dół widać dopiero piargi u podstawy ściany, jednak ten moment to dosłownie kilka ruchów i wychodzimy na szeroką jak autostrada grań wprowadzającą na kopułę szczytową. Chwila relaksu, wpis do książki szczytowej. Przed nami jeszcze dwa zjazdy i jesteśmy na ścieżce zejściowej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ani przez moment nie poczułem obecności jakiejś ponadprzeciętnej ekspozycji pod nogami. Ani przez moment nie doświadczyłem szybszego bicia serca, nagłego zastrzyku adrenaliny, przerażenia, paniki czy innych opisywanych w relacjach emocji. Faktem jest, że podczas naszego przejścia niemal cały czas przez grań przechodziły chmury, więc nie zawsze było widać pełną ekspozycję z obu stron naraz, jednak nie były to gęste chmury, a raczej takie dodające tajemniczości, odsłaniające co jakiś czas to, co wcześniej skrywały, ukazując ile powietrza mamy pod nogami, więc myślę, że nasze odczucie ekspozycji w przypadku bezchmurnej pogody niewiele by się zmieniło.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czy to oznacza, że drogi nie polecam? Absolutnie nie!!! Droga jest przepiękna, prowadzi piękną, litą formacją o dostępnych dla praktycznie każdego trudnościach i w pełni zgadzam się, że to jedna z piękniejszych tatrzańskich grani (przynajmniej tych, które do tej pory dane mi było przejść). Moim zdaniem jest to jedna z tych dróg, które obowiązkowo powinny znaleźć się w każdym taternickim portfolio, zarówno ze względów historycznych jak i estetycznych, jednak, jeżeli chodzi o emocje i adrenalinę, wiele innych dróg dostarczyło mi ich w dużo większym stopniu (jak choćby wyciąg trawersem Zamarłej na Festiwalu Granitu).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco problematyczne okazuje się zejście, ścieżka zejściowa jest, co prawda widoczna, jednak w pewnym momencie przecina żleb z widoczną pętlą zjazdową. My zasugerowaliśmy się ową pętlą i wykonaliśmy kolejny zjazd. Faktyczna ścieżka zanika w tym miejscu, jednak podobno wystarczy przejść przez żleb na drugą stronę (nie idąc w dół do pętli zjazdowej) i znajdujemy się ponownie na ścieżce. Po wykonaniu zjazdu trawersujemy kawałek szeroką, trawiastą półką do właściwej ścieżki i dalej nią bez problemów dochodzimy do koleby pod Żabim Koniem, gdzie spędzamy kolejną noc. Nieco niżej, w bezpośrednim sąsiedztwie szlaku znajduje się słynna „Żabia Koleba”, ze śladem tablicy upamiętniającej pierwszy w historii stricte taternicki wypadek śmiertelny. Miał on miejsce w 1907 roku właśnie na Żabim Koniu (jednemu ze zjeżdżających ze szczytu Węgrów urwała się lina. Jak na złość wszyscy jego poprzednicy podczas zjazdu byli asekurowani dodatkową liną od góry, Jenő Wachter jednak uniósł się honorem i odmówił dodatkowej asekuracji). Do Żabiej Koleby zaglądamy z ciekawości już kolejnego dnia, przy zejściu. Jest nieco lepiej „zaopatrzona”: porcelanowe talerze, wyrównana podłoga…. Nasza jednak  była zdecydowanie bardziej „klimatyczna”, z widokiem na kłębiące się nisko w dolinie morze mgieł.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niedzielę traktujemy jako dzień restowy. Wczoraj pożegnaliśmy Karola, który musiał już wracać, natomiast po południu ma dojechać Mateusz. Na spokojnie schodzimy do cywilizacji, pijemy słowackie piwko a późnym popołudniem podchodzimy na Skalnate Pleso. Tu spotykamy grupę Polaków, od których dowiadujemy się, że nieco wyżej jest luksusowa koleba z drewnianą podłogą i świeczkami wewnątrz. My jednak, wraz z inną dużą grupą naszych rodaków, zadowalamy się równie luksusowym miejscem noclegowym w okolicy stacji kolejki na Łomnicę. Dach nad głową bardzo się przydaje, ponieważ w nocy przez okolicę przewala się potężna ulewa. Nota bene, ciekawie wyglądają pioruny, gdy nie biją nad naszymi głowami a na horyzoncie, mniej więcej na naszej wysokości lub nawet nieco pod nami. Ze współczuciem obserwujemy światełka czołówek, które gdzieś daleko w oddali, w tej zlewie, podążają pomału w naszym kierunku. Sami zastanawiamy się, czy po takiej zlewie jutro będzie warun, by cokolwiek załoić. Granie co prawda powinny szybko przeschnąć, jednak nocna ulewa niczego nie oszczędziła.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z rana wita nas przepiękny wschód słońca nad kłębiącym się poniżej morzem mgieł. O wieczornej ulewie przypominają tylko kałuże i mokre skały. Prognozy są raczej optymistyczne, jednak niektóre z nich zapowiadają jakieś przelotne opady po południu. Celem na dziś miała być grań Wideł. Grań pomiędzy Łomnicą a Kieżmarskim Szczytem. Droga dość długa, ze skomplikowanymi wycofami, więc fajnie byłoby mieć pewną pogodę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Decydujemy się podejść na Łomnice i tam podjąć decyzję, co dalej. Przechodzimy pod szlabanem który strzeże wejścia na stary szlak prowadzący na Łomnicką Przełęcz. W pierwszych kosówkach chowamy plecaki ze śpiworami i innymi zbędnymi gratami. Dalej idziemy już na lekko (choć dymanie z całym szpejem ciężko nazwać spacerkiem na lekko). Starym szlakiem docieramy na Łomnicką Przełęcz. Następnie trawersujemy południowe stoki Łomnicy i słabo widoczną ścieżką docieramy pod ostatnie spiętrzenia ściany, uzbrojone w klamry i łańcuchy. Z ich pomocą docieramy na szczyt Łomnicy, witani zaskoczonymi spojrzeniami turystów, którzy wjechali tu kolejką płacąc minimum 24 Euro (za ostatnio odcinek ze Skalnatego Plesa). Przeskakujemy przez barierkę i stajemy na tarasie widokowym. Na szczycie znajduje się niewielka, luksusowa knajpka.  Warunki? Grań w miarę sucha, z naciskiem na „w miarę”, jednak cały czas wokół kłębią się podejrzane chmury. Póki co nie wyglądają groźnie, jednak nie wiadomo co się z nich rozwinie. Ze względu na to, że mój partner jest nieco kontuzjowany (wcześniej nabawił się sporych obtarć i oparzeń) oraz niepewną pogodę (wolałbym nie trafić na załamanie pogody na tej grani) decydujemy się odpuścić i zejść tą samą drogą. Krzysiek z Mateuszem postanawiają spróbować. Umawiamy się więc wieczorem na parkingu przy aucie. Przez jakiś czas obserwujemy ich poczynania z tarasu widokowego na szczycie. Pierwsze wyciągi idą im dość wolno. Potem zasłaniają ich gęste chmury i tracimy ich z pola widzenia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po krótkim odpoczynku na szczycie schodzimy z Łomnicy drogą wejścia. Przed nami i za nami schodzą związane liną grupy klientów z przewodnikami. Dla odmiany, po przejściu łańcuchów schodzimy wzdłuż grani, czyli kierujemy się bardziej na prawo od naszej drogi podejścia. Tak też schodzą klienci z przewodnikiem. Ścieżka jest zresztą oznaczona kopczykami. Ten wariant wydaje mi się nieco bardziej interesujący, ponieważ pozwala spojrzeć na strome, zachodnie zerwy Łomnicy oraz rzucić okiem w głąb Doliny Pięciu Stawów Spiskich.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy aucie jesteśmy koło 18stej. Szacujemy, że jakoś między 20stą a 22gą powinni do nas dotrzeć Krzysiu wraz z Mateuszem. W oczekiwaniu na nich robimy sobie krótką drzemkę. Robi się jednak coraz później, a chłopaków cały czas nie ma. Dopiero o godzinie 4tej w nocy dostajemy smsa, że bezpiecznie zeszli i będą biwakować przy stacji kolejki. Piszą, żebyśmy na nich nie czekali, bo są tak padnięci, że dzisiaj nie dadzą rady już zejść. Później okazało się, że pogubili się w zejściu po zrobieniu grani i zamiast terenem 0+ zejść do Skalnatego Plesa, wpakowali się duże trudności.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Ptasia Studnia|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Agnieszka Sarnecka (AKG), Michał Wyciślik|19 - 21 08 2016}}&lt;br /&gt;
Ktoś zrezygnował, coś się przesunęło, ktoś wstał za późno, coś poszło inaczej niż planowano - czyli tak jak zwykle. &lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Rano pobudka była długa i nawet gorąco nie było w stanie wygnać nas z namiotów, liny nie były zworowane i dlatego wyszliśmy dopiero w południe. Na szlaku pełno turystów więc trzeba było iść slalomem, co wydłużyło nam drogę, a słońce świeciło tak, że zapomnieliśmy, że trzeba się spieszyć. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do jaskini weszliśmy o 19. Bardzo szybko pokonywaliśmy kolejne studnie prowadzeni przez Agnieszkę, która znała drogę. W studni z Mostkiem Piratów uciekliśmy w okno za którym czekała nas droga w górę (tak dla odmiany), najpierw Pustynna Burza (całe szczęście zaporęczowana nową liną) następnie, za Posterunkiem Wysuniętym, pieszo Meandrem Majowym. Nie wiem, kto robił tą jaskinię, ale nie pomyślał o tych z krótkimi rączkami i nóżkami - połowa progów była dla mnie niemożliwa do pokonania bez jakiegoś dodatkowego ramienia, czy kolana, których (na szczęście!) miałam pod dostatkiem do dyspozycji... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwsze emocje pojawiły się pod 12 m progiem, który miał być zaporęczowany, a nie był i został wywspinany przez Łukasz (chyba, bo w sumie to wolałam nie patrzeć). Kolejne emocje pojawiły się w Oku Demona, gdzie kilka niecenzuralnych słów zabłądziło na ustach większych (dłuższych) uczestników akcji (bo nie istnieje taki rozmiar grotołaza, żeby wszędzie był dobry). Studnia PTTK'u wywarła jeszcze większe wrażenie, po części ze względu na wygląd, a po części ze względu na obicie, którego bardziej nie było, niż było, a jak było to tarło....&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne dwie studnie i w końcu zobaczyłam to o czym tyle słyszałam - Wielki Kłamca. Mimo kilku par oczu, które zjechały do sali, żeby wypatrzeć obicie trawersu do Grobli, nikomu nie udało się zobaczyć ani kawałka spita. Nie pozostało mi nic innego jak powisieć parę minut nad wodą i popodziwiać.....&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na powierzchni znaleźliśmy się około godziny 7. I nie był to koniec... Zjazd Progiem prowadziła Aga, zamykał Łukasz, na wszystkich półkach, do przekładania liny były zaangażowane wszystkie ręce, żeby jak najsprawniej i jak najszybciej znaleźć się w Dolinie Miętusiej. &lt;br /&gt;
Jeszcze biegnąc w stronę szlaku złapał nas deszcz, a ci co sprytniejsi, którzy założyli krótkie spodenki, musieli (chcieli?) biec sprintem przez pokrzywowe pola. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ostatnim punktem wycieczki było zaszycie się w śpiworach i uśnięcie przy akompaniamencie kropel deszczu uderzających w namiot tak, by móc wstać o 19 i wrócić do domu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - szybki szpil na MTB|Paweł i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|21 08 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W padającym deszczu startujemy z przełączy Salmopolskiej szutrową, stokową drogą w stronę Baraniej Góry. Stokówka trawersuje w dość finezyjny sposób zbocza gór począwszy od Malinowa, przez Zielony Kopiec, Magurę Wiślańską po Baranią Górę. Mimo nie zbyt dobrej pogody ładne, rozległe widoki. W żwawym tempie pokonujemy zmienny teren. W okolicach Wierchu Równiańskiego zjeżdżamy doliną Bobrowskiego Potoku do Białej Wisełki w totalnej zlewie. Pędząc w dół przy walących w oczy strugach wody mamy problemy z patrzeniem przed siebie. W kilka chwil osiągamy Wisłę Malinkę by już w znacznie wolniejszym tempie asfaltową drogą windować się na Salmopol do auta. Apogeum zlewy przypada na ostatnie kilkaset metrów podjazdu.  Potem tylko szybki przepak i nie bez problemów (korki) do domu. W sumie fajna kondycyjna  przebieżka.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fmtb&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Kursanci w Jaskini Marmurowej|Ryszard Widuch, Łukasz Piskorek, Asia Przymus, Piotr Strzelecki, &amp;lt;u&amp;gt;Iwona Czaicka&amp;lt;/u&amp;gt;, Karol Pastuszka, Sylwester Siwiec|14 08 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugą w kolejności jaskinią tatrzańską, z którą mogliśmy się zmierzyć była Jaskinia Marmurowa. Kursanci dotarli w sobotę wieczorem dołączając do reszty grupy. W niedzielę z rana wyszliśmy na szlak. Niestety początkowo morale były niskie z powodu nieobecności Emila, który nie dał się namówić na wspólne wyjście. Od samego początku przyświecało nam słońce i tak zasapani dotarliśmy pod otwór obserwując po drodze dwie pasące się kozice. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Co było nowego, to odgłos dochodzący z otworu. Osobiście przysłuchiwałam się z trwogą i złym przeczuciem, że na pierwszym zjeździe na moim już starym kombinezonie nie pozostanie sucha nitka, a jednak było zgoła inaczej. Poręczowaniem zajął się Sylwek, a w tym samym czasie Łukasz dodawał szyku kombinezonowi Asi, oklejając co po większe dziury taśmą izolacyjną. Sala Deszczu w rzeczywistości nie była taka mokra, jak mogłoby się wydawać. Za to robiła duże wrażenie będąc chyba największą, w jakiej do tej pory zjeżdżaliśmy, jednak to miano szybko uległo zmianie, bo czekało na nas coś większego. Dla mnie najbardziej imponującym fragmentem jaskini była Studnia Kandydata. W trakcie tego 50 metrowego zjazdu widząc odległe światła czołówek na dnie, pomyślałam sobie, że to chyba odpowiedni moment, żeby zacząć się bać. Nie skupiając się zbytnio na tej myśli osiągnęłam dno (studni) i razem podążyliśmy do ostatniego fragmentu jaskini, czyli do Piaskownicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieprzekonani, co do naszego zejścia w to miejsce Łukasz z Asią zadali pytanie godne Shakespeare'a: schodzić czy nie schodzić? Nasz nieposkromiony zapał dał wynik 3:0 na korzyść: schodzimy. Wspólnymi siłami nasze nogi postanęły na piasku. Podejrzewam, że nie jednej osobie w czasie schodzenia czy wychodzenia przyszła do głowy myśl, że to jednak nie był dobry pomysł i przecież mogliśmy asekurować się liną z ciała, ale daliśmy radę ;) Tylko Piter w stroju skrzata, pomocnika św.Mikołaja, wymawiając się tym nie musi i że chce zrobić nam zdjęcie grupowe nie potowarzyszył nam w zabawach w piasku. W trakcie powrotu Studnia Kandydata jeszcze raz mnie zachwyciła i to nawet bardziej, bo podczas odpoczynków miałam czas na rozejrzenie się dokoła. Zwłaszcza, gdy Rysiu przyświecał mi z góry mocniejszym światłem niż dysponuje moja czołówka, wrażenie bycia małą mrówką w środku szklanej kuli się powiększało. Poczułam się trochę jak na filmie (w sumie, to nie wiem czemu). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Już na zewnątrz czekało na nas słońce, więc droga w dół była również przyjemna. I znów udało nam się poobserwować kozice, tym razem pięć. W drodze powrotnej Rysiu pochwalił nas mówiąc, że jesteśmy fajnym kursem i mimo obaw idzie nam całkiem sprawnie. A dla nas kursantów szczegół ten jest warty zapamiętania! Ma on być pocieszeniem w trudnych chwilach, które pewnie nie raz nastąpią (zwłaszcza podczas nadciągającego obozu), kiedy nie będziemy mogli pozwolić sobie na powiedzenie: nie idę, bo nie muszę. Pogoda udała się idealnie. Na dowód tego tylko przez ostatnie 5 minut marszu nieznacznie nas pokropiło.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pomimo przekonywań, że w jaskiniach jest zimno, brudno, ciemno i mokro, bardzo nam się podobało (tak łatwo się nie damy). Tak naprawdę było całkiem przytulnie i ciepło – szczególnie podczas wychodzenia z jaskini.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Grześ, Rakoń, Wołowiec i Dolina Lejowa|Łukasz Piskorek, Asia Przymus, &amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki|12 - 15 08 2016}}&lt;br /&gt;
Ujmę to w ten sposób: przechadzka była mi proponowana jako doskonały sposób rozgrzania nóg. Tymczasem prawda jest taka, że sadyści próbowali mnie zabić najnudniejszą doliną, z jaką w życiu miałem do czynienia. &lt;br /&gt;
Nie dałem się, przeżyłem. Spacer Grześ - Rakoń - Wołowiec - Lejowa, z pewnością byłby czymś przyjemnym dla miłośników gór. Pogoda dopisała - prawie nie padało. Przemarsz poszedł równo i gładko, zaowocował kilkoma zdjęciami, pożarciem kilku oscypków z grilla, oraz jednym wielkim odciskiem.&lt;br /&gt;
Jeśli ktoś kiedyś zaproponuje mi ponowne przejście Doliny Chochołowskiej – zostanie powieszony za kciuki na najbliższym drzewie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W poniedziałek niedobitki poszły na spacer do Doliny Lejowej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - przebieżka z Wisły do Szczyrku|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;|14 08 2016}}&lt;br /&gt;
Czy zastanawialiście się kiedyś nad rosnącą popularnością biegów górskich i na czym może polegać fenomen tej dyscypliny? A może pamiętacie jeszcze uwagi typu: „po górach się chodzi a nie biega”?&lt;br /&gt;
Ja też nie znajdywałem żadnych logicznych odpowiedzi, więc postanowiłem spróbować tego na własnej skórze. Korzystając z okazji pobytu w Beskidach „przebiegłem” trasę z Wisły Tokarni, przez Trzy Kopce, Salmopol dalej granią w stronę Klimczoka do Szczyrku-Migdały. Wyszło około 15 km.&lt;br /&gt;
Podczas wycieczki miałem 1:45 min na przemyślenia, i tak:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
1. Jest to sport kondycyjny – Ameryki nie odkrywam,&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
2. Trochę to podobne do skiturów, ale na końcu nie czeka na Ciebie błogi zjazd,&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
3. Przed pierwszą próbą, myślę że warto coś przynajmniej przeczytać na ten temat, bo łatwo dorobić się kontuzji albo jakoś lepiej rozplanować siły,&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
4. Sądzę, że istnieje przynajmniej kilka sposobów biegu: od truptania, przez długie susy, szybki marsz, nie wykluczam też użycia napędu 4x4 czy ruchu pełzającego. Dwóch ostatnich nie przetestowałem, a każdy rodzaj ma swoje wady i zalety,&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
5. Sport mimo, że górski to nie można liczyć na jakieś widoki. Raczej poznaje się strukturę żwiru i rodzaje kamieni czy korzeni,&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
6. O dziwo picia nie zeszło mi dużo,&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
7. Mięśnie nawet nie bolą, za to stawy bardzo – i z czasem ból się nasila. Serio, nie przestaje,&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
8. Świadomość zimnego piwa na mecie bardzo motywuje,&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Generalnie to nie wiem czy jeszcze kiedyś spróbuję, choć z braku laku. W końcu zawsze to lepiej „przejść się” górami niż jechać samochodem. Mimo wszystko zachęcam do spróbowania. Jeśli okoliczności nie pozwalają na wspinanie, jaskinie lub cokolwiek innego to można spróbować:)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
P.S. Cholera. O jaskiniach też tak kiedyś myślałem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - rowerami wokół Muńcuła|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|14 08 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Fajna i zróżnicowana przejażdżka rowerami górskimi wokół masywu Muńcuła (1165) na trasie Ujsoły - dol. Danielki - przeł. Kotarz - zjazd do Soblówki - szlakiem do Glinki - powrót do Ujsoł. Dość trudny odcinek na przełęcz i przepiękny zjazd do Soblówki. W Glince w starym kamieniołomie jest piękny kompleks sportowo-rekreacyjny z fajną ścianką wspinaczkową i parkiem linowym. Pogoda mimo pojawiających się czarnych chmur utrzymała się w formie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FMuncul&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Straszykowe Skały|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki, os.tow. (Ola)|07 08 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ponownie wybraliśmy się na Straszykowe Skały i ponownie pokonywaliśmy drogi na Weselnej Skale. Ponownie pogoda dopisała, towarzystwo też. Na ponowność zdecydowaliśmy się za sprawą Prezesa, który spędzał w tamtej okolicy weekend z rodziną. Później dołączyli do nas Ania i Sławek. Jak to mówią towarzystwo stawowi 80% udanego wyjazdu. Mimo dość dużego rozluźnienia wśród ekipy padło kilka parę życiowych rekordów!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fweselna &lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
{{wyjazd|Kaszuby – żagle, kajaki, rowery i grota|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|30 07 - 07 08 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie poznawania kolejnego pięknego zakątka naszego kraju jakim są Kaszuby zdołaliśmy pożeglować przez jezioro Gołuń, objechać rowerami jezioro Wdzydze i okolice, zrobić spływ kajakowy przez jezioro Ostrzyckie i rzeką Radunią do Kielpina, wjechać rowerami na najwyższe wzniesienie niżu europejskiego – Wieżycę. Zwiedziliśmy też Grotę Mechowską. W końcu dotarliśmy nad Bałtyk w okolicach Karwii (najbardziej na północ wysunięte rubieże Rzeczpospolitej). Mimo nie zbyt dobrej pogody (a właściwie złej) zrobiliśmy dość ciekawą pętlę rowerową  w okolicach Krokowej a także wyskoczyliśmy do Kuźnicy na Płw. Hel. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FKaszuby&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Kursanci w Jaskini Czarnej|Ryszard Widuch, Łukasz Piskorek, Asia Przymus, Emil Stępniak, Iwona Czaicka, &amp;lt;u&amp;gt;Karol Pastuszka&amp;lt;/u&amp;gt;, Sylwester Siwiec|30 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zaczęło się. W końcu po wielu tygodniach zajęć na ściance, odwiedzeniu kilku jurajskich jaskiń nasi instruktorzy zadecydowali – jedziemy w Tatry. Przygotowania rozpoczęły się od analizy schematów, które w porównaniu z jurajskimi są skomplikowane. Na szczęście uspokojono nas, że z całej jaskini Czarnej odwiedzimy tylko część zwaną Partiami Techuby. Oszpejeni wyjechaliśmy z Katowic, by w niespełna 2,5 h być przed wylotem doliny Kościeliskiej. Rysiek żyjący w zgodzie z lokalnymi gazdami zapewnił dla nas darmowy parking.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podejście pod jaskinie przebiegło szybko i sprawnie, pogoda dopisywała. Przy jednym z dłuższych przystanków dołączyli do nas Aśka z Łukaszem. Stromizna nie okazała się aż tak straszna jak się spodziewaliśmy, jednakże było czymś nowym w stosunku do jaskiń jurajskich, które raczej były w miejscach bardziej dostępnych. Na pewno zaskoczył nas otwór, którego się nie dało nie zauważyć, jak to się zdarzało na Jurze. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po przebraniu się i zabezpieczeniu plecaków przystąpiliśmy do poręczowania. Bardzo pomocni okazali się zeszłoroczni kursanci, którzy poczuli się za nas odpowiedzialni, jak za młodsze rodzeństwo i dobrymi radami podpowiadali nam jak wdrażać się w sztukę speleo ;) Po zjechaniu na dno komina znów uderzyły nas kolejne różnice między jaskiniami tatrzańskimi a jurajskimi –tutaj jest dużo miejsca. Przestrzenie, majestatyczne komnaty, czasem tylko jakiś wąski korytarzyk. Spacer po Techubach trwał godzinami, a to jak nam powiedział Rysiek, tylko malutki fragment tej jaskini. Ze względu na to, że Emil już jako pełnoprawny taternik jaskiniowy nie musiał się użerać ze szpejem, mógł poświęcić się fotografowaniu naszych pierwszych tatrzańskich poczynań. Przy okazji Rysio nie omieszkał stworzyć dowodu na to, że w speleo płeć piękna ma silną reprezentację.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po wyjściu z jaskini zastało nas wciąż piękne słońce, przez to klarowanie sprzętu poszło gładko, a po chwili byliśmy już pod autem. Wracając powtarzałem sobie co chwilę słowa Asi „zapamiętajcie, to będzie ostatnia jaskinia z jakiej wyjdziecie za dnia”. Chyba za bardzo mnie wzięło na rozpamiętywanie tych słów, bo z zadumy wyrwali mnie dopiero kochani panowie policjanci, którzy pilnowali porządku w terenie zabudowanym :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Dol. Tomanowa|Ala Kucharska, &amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;|30 07 2016}}&lt;br /&gt;
Zabierając się z kursantami, wybieramy się na wycieczkę do dol. Tomanowej. Na hali Pisanej zostawiamy zoltodziobów i przemykamy przez Wąwóz Kraków,  następnie odsypiamy noc 1,5 godzinną drzemką pod schroniskiem na Ornaku. Potem już wbijamy się w Tomanową. Przyznaję, że widoki na całej trasie cudowne. Zahaczając o Czerwone Wierchy wracamy do Kościeliskiej i po niedługim chwili spotykamy Emila. Szczegółów dotyczących akcji kursowej nie znam.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|AUSTRIA: wyprawa eksploracyjna Hoher Göll'2016|Mateusz Golicz (kierownik), Miłosz Dryjański (KKS), Aleksandra Skowrońska (WKTJ), Agnieszka Sarnecka-Kurdziel (AKG), Łukasz Piskorek, Michał Wyciślik, Paulina Piechowiak (WKTJ), &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, przez 4 dni wspomogli wyprawę: Joanna Przymus, Łukasz Pawlas, Bogdan Posłuszny, Piotr Strzelecki|08 - 29 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dobiegła końca kolejna wyprawa eksploracyjna w alpejski masyw  Hoher Göll. W jej trakcie eksplorowano otwarte w roku ubiegłym przodki w jaskini Gamsstieghohle. O co najmniej 100 m wyżej posunęła się wspinaczka w Kominach na Pałę, rozpoznane zostały ciągi za Salą Niedoszłych Samobójców oraz dalej badano meander Syf On. Eksploracja tak jak w roku ubiegłym odbywała się w oparciu o biwak na -284 m. W sumie biwak pod ziemią trwał przez 14 dni. Sprawdzono również okna w jaskini Gamssteigschacht i mimo bardzo bliskiej odległości (ok. 6 m) nie udało się połączyć obu jaskiń. Ponadto została zaporęczowana jaskinia Błądzących we Mgle, sprawdzony korek śnieżny w jaskini Jubileuszowej a także rozeznano obiekty w pobliżu Dependace. Szersza relacja ukaże się w WYPRAWACH.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry: wspinanie na Zawratowej Turni|&amp;lt;u&amp;gt;Darek Rank&amp;lt;/u&amp;gt;, + os. towarzosząca|22 - 24 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
- czekam przy stanowisku nr 8&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
-gdzie czekasz?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
-przy stanowisku nr 8&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
-przy jakim stanowisku, ja jestem na dworcu, tak jak się umawialiśmy&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
-no ja też, na PKS&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
-a ja na PKP&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak mniej więcej zaczął się nasz wyjazd inaugurujący sezon tatrzański. Piątek, zaraz po pracy. Pierwszy, niewinny poślizg czasowy, a będzie ich w czasie tego wyjazdu jeszcze sporo. Na zjeździe do Krakowa korki. Chwilę przed nami miał miejsce jakiś wypadek. Na szczęście dosłownie chwilę przed nami, wydostajemy się z autostrady słuchając w radio informację o tym, aby lepiej unikać tego odcinka. Kolejny poślizg. Autobus relacji Kraków – Zakopane też nie chciał być gorszy, więc z kolejnym opóźnieniem docieramy do celu. A właściwe prawie do celu, bo teraz trzeba dostać się jeszcze do Kuźnic. A, że jest już dość późno, pozostaje nam już tylko opcja „z buta”. Nie śpiesząc się więc szczególnie uzupełniamy jeszcze zapasy w pobliskim sklepie spożywczym oraz delektujemy dzisiejszą kolacją – kebabem z frytkami. I co z tego, że nie zdrowe. Kalorie nam się jeszcze przydadzą.&lt;br /&gt;
Do Betlejemki docieramy już grubo po północy, co niweczy nasze ambitne plany wczesnego wyjścia na w ścianę. Pod drogę docieramy ostatecznie następnego dnia koło południa. Nota bene nie wiem, dlaczego tak mało popularna w rejonie Hali. Moim zdaniem trochę niedoceniana. Co prawda to tylko II-ka, ale na mnie zrobiła pozytywne wrażenie. Zwłaszcza drugi wyciąg, trawers prowadzący wąską, eksponowaną półeczką. Asekuracja wystarczająca, ale lufa pod nogami robi swoje. Trzeba czujnie wybierać chwyty i stopnie. Mowa oczywiście o Rysie Kordysa na Zawratowej Turni, bo tą drogę wybraliśmy. Obserwowani przez turystów podążających szlakiem na Zawrat oraz wspinaczy mierzących się ze skałą na kursowych drogach wschodniej ściany Kościelca, docieramy w końcu do miejsca, w którym nasza ściana się kładzie i odpuszcza. Stąd możliwe są dwa warianty, albo WHP 90 w prawo trawiastymi półeczkami, albo dalej w górę na szczyt Zawratowej Turni. Jako, że strome, trawiaste półeczki nie należą do naszych ulubionych letnich formacji, wybraliśmy drugi wariant, z tym, że w miarę możliwości będziemy próbowali przebić się prędzej na grań, nie dochodząc do właściwego szczytu. Kolejny wyciąg prowadzę praktycznie nie zakładając żadnego przelotu, bo po a) było tak łatwo, że nie było potrzeby, po b) nie było nawet sensownego miejsca, gdzie można by coś konkretnego zamotać. Prędzej więc usłyszałem: „kooonieeec liny”, niż zdążyłem coś założyć. Ciekawie zaczyna robić się przed samą granią. Teren dalej plus minus II-kowy, jednak trzeba się trochę powspinać, by ujrzeć świat ukryty po drugiej stronie granitowych turni. A świat po drugiej stronie turni zaczyna zabarwiać się już kolorami zachodzącego słońca. Ściągam Artura na stanowisko, zakładamy czołówki, by nie szukać ich później po ciemku, i zaczynamy schodzić granią w kierunku Mylnej Przełęczy. Na początku idzie nam w miarę sprawnie. Potem, w świetle czołówek, choć już nieco wolniej, nadal posuwamy się do przodu. Na dobre zatrzymuje nas dopiero niewysoka, lecz stroma ścianka skalna, którą urywa się grań. Żaden z nas nie robił wcześniej tej grani. Żaden z nas nie zna jej przebiegu za dnia. Nie jesteśmy pewni, czy dobrze zrobimy, próbując schodzić. Czy powinniśmy iść bardziej na prawo? A może na lewo, jakimś obejściem? Nie chcemy wpakować się w jakiś zapych, więc ostatecznie zapada decyzja o biwaku. Tym bardziej, że miejsce w którym jesteśmy wygląda, jak by zostało właśnie do tego stworzone. Szerokie wywłaszczenie, niemal pozioma, równa platforma skalna, otoczona z każdej strony większymi głazami chroniącymi od wiatru. Przykrywamy się NRC-tką i układamy w naszej sypialni. &lt;br /&gt;
Nazajutrz, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, okazuje się, że spaliśmy jakieś 3m od pętli zjazdowej. Bez pośpiechu kończymy grań obserwując kolejne grupy wspinaczy startujących na z Mylnej na Grań Kościelców. Po południu zapowiadane są opady deszczu i burze, więc już nic konkretnego nie planujemy. Szybki przepak w Betlejem i ciśniemy na busa do cywilizacji.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|AUSTRIA: odwiedziny na Göllu|Łukasz Pawlas, Bogdan Posłuszny, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki|22 - 26 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odwiedziny, które  były wynikiem kiepskiego żartu Bogdana - kiepskiego, bo ja w ogóle nie załapałam, że to żart i nim Bogdan zaczął się śmiać ze swojego dowcipu, ja miałam już zaplanowane całe cztery dni. Choć nie mogłam jechać na wyprawę w tym roku, to dzięki temu wypadowi miałam jej małą namiastkę (dosłownie) - nie ominął mnie szał zakupów przedwyprawowych (w tym wypadku śródwyprawowych), planowanie podejścia, pakowanie, oczekiwanie na wyjazd, ani nawet eksplorowanie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po pełnym emocji podejściu  - szczególnie dla Prezesa, Pitera i Bogdana, którzy do końca nie wiedzieli z czym tak naprawdę przyjdzie im się zmierzyć, dotarliśmy do Zakrystii w sobotę wieczorem. Nie tak bardzo zmęczeni, jak moglibyśmy być, gdyby nie Łukasz, który zszedł dzień wcześniej z Damianem i Pauliną z bazy, po to by pomóc nam w transporcie zamówionych przez wyprawę sprawunków. Od razu zaczęliśmy planowanie następnych dni. Chłopaki dostali propozycję odwiedzin w jaskini Gruberhornhöhle, aż do Oazy i zdeporęczowania paru lin przy wychodzeniu. Ja natomiast mogłam wziąć udział w wyprawowym biwaku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Moja akcja zaczęła się w niedzielę po południu. Wyruszyłam razem z Łukaszem, najpierw w stronę Biwaku w jaskini Gamssteighöhle, a następnie, po szybkim obiedzie przed drzwiami namiotu, dalej w dół jaskini, aż do miejsca w którym zakończyłam wyprawę w zeszłym roku. Pełna radości i zapału, że mogę kontynuować eksplorację wzięłam się za instruowanie Łukasza jak powinien wykonywać pomiary i oznaczać punkty, żebym mogła narysować dalszą (odkrywaną) przez nas część jaskini. Niestety zawiodła moja znajomość palmtopa i po kilku frustrujących próbach nawiązania z nim porozumienia zarzuciliśmy pomysł kartowania, na rzecz eksploracji, na którą miałam tylko jedną jedyną szychtę w tym roku. Mimo, że poruszaliśmy się cały czas jednym meandrem, to dzięki jego zmienności ta cześć jaskini zafascynowała mnie jeszcze bardziej. Wyznaczony przez nas czas na działanie dobiegł szybko końca i musieliśmy się zbierać nie dowiadując się co znajduje się za następną kaskadą i zakrętem... Z niejasnych dla mnie powodów droga w górę zajęła nam mniej czasu niż zejście w dół, stąd pojawiliśmy się na biwaku o godzinę za wcześnie. Być może był to dla nas szczęśliwy zbieg okoliczności ponieważ uniknęliśmy przekonania się jak wygląda mokra część jaskini w trakcie nagłego przyboru wody. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na powierzchnię wyszłam w poniedziałek w nocy po nocy na biwaku.  Jeszcze chwilę pomarudziłam przy stole na bazie w Zakrystii, aby jak najbardziej wydłużyć sobie pobyt na wyprawie. Po przebudzeniu się we wtorek rano nie pozostało mi nic innego jak spakować się i zejść razem z chłopakami do samochodu i wrócić do domu.... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fodwiedziny_goll&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Jaskinia Wielka Śnieżna|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Karolina, Marta, Rafał|15 - 17 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Plany na ten weekend zmieniały nam się bardzo dynamiczne. Ja byłam uparta tylko w jednym względzie - chcę konkretnej, męczącej akcji. Postawiam na swoim! Wybór padł na Galerię Krokodyla w  Śnieżnej. Co prawda plan dojścia do Laguny się nie powiódł, natomiast punkty ,,zmęczenie&amp;quot; i ,,ciężko&amp;quot; zostały zrealizowane na 300%. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zmokliśmy i zmarzliśmy jeszcze przed wejściem do jaskini, a dzięki przyborowi wody nie udało nam się rozgrzać aż do powrotu na Polanę Rogoźniczańską. Ja dzieliłam moje wychłodzenie na: bardzo zimno i chlupotanie w butach oraz, po wylaniu tejże wody z kaloszy i wykręceniu skarpetek, na: po prostu zimno. Jedyny moment wytchnienia od wody (zarówno jej mokrości jak i huku) mieliśmy w Galerii Krokodyla. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podświadomie czując co nas może czekać na wyjściu zdecydowaliśmy zawrócić nie dochodząc do końca Galerii. I rzeczywiście połączenie trzech kobiecych intuicji nie zawiodło, wszędzie tam gdzie woda zazwyczaj ciurka, płynęły potoki, a na każdym załamaniu tworzyły się wodospady (czyt. na Płytowcach),  natomiast deszcz jaskiniowy w Wielkiej Studni przemienił się w ulewę od samego dołu do góry. I nawet podjęcie wyzwania SBB, nie pomogło nam się rozgrzać... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z jaskini wyszliśmy nad ranem mile przywitani przez mżawkę (tak, mżawka to było miłe - bo nie lało i nie wiało). Podczas zejścia odbył się festiwal poślizgnięć i upadków, ukoronowany rozdarciem moich ulubionych geterków na kolanie... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I cokolwiek, ktokolwiek pomyślał czytając ten opis - mi się podobało!!!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - urlop w Tatrach - Jaskinia ku Dziurze|&amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt; + Koteł Ajaxeł|12 - 17 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W ramach miniurlopu spędzamy tydzień pod Tatrami. Korzystając z okazji, zaliczamy kilka spacerków po okolicznych dolinach, oraz po ekstremalnie ciężkim, wyczerpującym podejściu docieramy pod Morskie Oko od strony Asfaltowego Pro-Podejścia Wydolnościowej Zagłady. Oczywiście odwiedzamy też Dziurę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia Dziura (w Dolinie ku Dziurze, Jaskinia Strążyska, Zbójnicka Jama, Jaskinia Dziura)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia, której nazwy dłużej się wymawia, niż się ją zwiedza.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sympatyczny obiekt, idealny na zaczerpnięcie chłodniejszego wdechu podczas spacerów pod Tatrami. Typowo turystyczna dziura, która nie wymaga praktycznie żadnego sprzętu poza źródłem światła.&lt;br /&gt;
Dojście do niej to spacerek doliną Ku Dziurze, zwiedzanie jej to dziesięć minut spędzonych w skupieniu nad tym, by nie wyłożyć się na śliskim spągu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Można powiedzieć, że Jaskinia Dziura to idealny obiekt do zapoznania dzieciaków z podziemiami: poza tym, że jest w środku ciut ślisko, nie ma z czego spaść, nie ma do czego wpaść, na dobrą sprawę można tam wepchnąć berbecia i tylko co jakiś czas dorzucać mu jakąś paszę, ewentualnie coś do picia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeden otwór wejściowy gwarantuje, że dzieciak nie pryśnie gdzieś bokiem. No chyba, że wywspina się i ucieknie górą, ale to już bardziej będzie powód do dumy, niż zmartwienia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
zdjęcia:http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fdziura&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid - spacery w Międzybrodziu|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|09 - 10 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Korzystając z odwiedzin u znajomych w Międzybrodziu odbywam dwie wycieczki. Pierwsza to wieczorny spacer na Żar. Druga trochę dłuższa (aczkolwiek nie za bardzo, bo udaje mi się zebrać dopiero po 12, a mój powrót ograniczał zaplanowany grill). Przez Żar, Kiczerę pętlą do Międzybrodzia i z powrotem kawałek podejścia na Żar, bo tam znajdował się grill.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Jaskinia na Świniuszce|Ola Rymarczyk, &amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki|06 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O 15:30 ruszamy z Piotrem do Rudy po Olę. Ta ma mały poślizg, więc jesteśmy zmuszeni poczekać kilka chwil. Kilka... Kilkanaście. Daję pół lewej nerki, że nasze oczekiwanie było wystarczająco długie, by w jego czasie na Świniuszce wyrosło kilka nowych stalaktytów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tradycyjnym &amp;quot;muszę kupić jeszcze baterie&amp;quot;, oraz zaskakującym &amp;quot;zapomniałam zabrać gumowców&amp;quot;, ruszamy w drogę. Odstajemy swoje w korkach, robimy kilka kółek, w końcu docieramy pod Ogrodzieniec. Szybko znajdujemy miejsce gdzie zostawiamy samochód, przebieramy się i ruszamy dziarskim krokiem na poszukiwanie dziury. Kroki Oli są bardziej dziarskie niż moje, czy Piotra, a to ze względu na nieco za duże glany, którymi została poratowana.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Opis położenia otworu jak zwykle jest niezmiernie pomocny - od etapu &amp;quot;po zostawieniu samochodu należy wejść w las&amp;quot; ciężko się połapać w wytycznych. Nawet mech na drzewach rośnie jakby dookoła, więc ciężko stwierdzić, gdzie jest zachód. Finalnie udaje nam się znaleźć otwór po zaledwie kilkunastu minutach szukania.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zanurzamy się w ciemność...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia równie sympatyczna, co krótka. Trzy przepinki i około 37 metrów głębokości to jedyne, co jest w stanie zaproponować. Sprawnie schodzimy na głębsze dno, gdzie zawiązuje się ciekawa dysputa ideologiczno-egzystencjalna. Płytsze dno odpuszczamy sobie ze względu na niestabilność... wszystkiego. Ciasno, mokro, sypie się z każdej strony. Uwzględniając sugestie osób, które ostatnio były w tamtej części jaskini - udajemy, że płytsze dno nie istnieje.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podsumowując: akcja krótka (2h), jaskinia przyjemna, w bliskiej okolicy są jeszcze dwa pomniejsze, poziome obiekty, które następnym razem warto będzie odwiedzić.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
foto tu: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fswiniuszka&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - szkolenie kanioningowe na Pzurku|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Paulina Piechowiak (WKTJ), Marta Walczewska (SKTJ), Izabela Pałygiewicz (SW), Dorota Zakrzewska (SW), Renata Kisielewska (AKG), Joanna Wolańska (SW), Kajetan Ginter (SW), Agnieszka Byrtek (SBB), Krzysztof Górski (SBB), Olek Dobrzański (SDG), Zbyszek Tabaczyński (Zakopane), Michał Humienik (SW), Wielbłąd (AKG) i chyba tyle|01-03 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W piątek wieczorem odbywa się wstęp teoretyczny i przedstawienie planu na kolejne dwa dni oraz unifikacja sprzętu i integracja. W sobotę, w piekącym słońcu i okrutnej duchocie zapoznajemy się z metodami zjazdu, przygotowania i obsługi stanowiska oraz komunikacją w kanionach. Po zajęciach na skałach część ekipy rusza na basen w Bukownie aby ćwiczyć skoki do wody. Zajęcia okazały się bardzo istotne, gdyż uświadomiły niektórym, że przed zdecydowaniem się na wykonanie skoku, należy jednak upewnić się, że umie się pływać. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę nie przestaje padać do około godziny 13:00 – marznę okrutnie. Ale nie było przebacz zajęcia się odbyły. Tego dnia powtarzamy to czego nauczyliśmy się w sobotę oraz poznajemy podstawy poręczowania, w tym trawersów oraz innych mniej typowych formacji.&lt;br /&gt;
Szkolenie przydatne. Ale jak sobie tego nie powtórzę w najbliższych tygodniach to zdobyta wiedza przepadnie, także jak ktoś ma ochotę powisieć trochę na sznurkach do proszę o kontakt.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dziękuję organizatorom za zaangażowanie i cenne rady.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szkolenie zorganizowane w ramach działań Komisji Kanioningowej PZA&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - trasa Czantoria-Nydek-Stożek-Czantoria|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|03 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdesperowana żeby spędzić miło [i męcząco!] weekend, namówiłam Łukasza na wyjazd w Beskidy. Wybraliśmy trasę Czantoria Wielka - Nydek - Stożek Wielki - Czantoria.&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Po przyjechaniu na miejsce, siedząc na parkingu w samochodzie, patrząc na mgłę i słuchając kropel deszczu uderzających o dach samochodu czułam się bardzo zniechęcona. Na szczęście została podjęta męska decyzja, która wygoniła mnie po buty podejściowe do bagażnika. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podejście na Czantorię w deszczu i mgle. Po zejściu ze szczytu na stronę czeską mgła ustąpiła i deszcz też jakby przeszedł. Gdzieś po drodze udaje nam się zgubić szlak, nawet się nie zorientowałam póki nie natrafiliśmy na właściwą drogę zejścia. Nydek okazał się bardzo uroczą miejscowością, toteż nawet dreptanie po asfalcie nie było tam męczące. Dodatkowymi atrakcjami jakie nam zaoferował poza mini skocznią narciarską, były ciekawskie strusie. Podczas dalszej drogi udało nam się już nie gubić szlaku. Gdzieś na podejściu prowadzącym na Filipkę przebija się słońce i już zostaje do końca dnia. Wielki Stożek i dalej granią, znowu na Czantorię. Z Czantorii marszobiegiem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Złota Rybka nie poradziła by sobie lepiej ze spełnieniem mojego życzenia - spędziłam bardzo miło dzień i jestem zmęczona, tak jak chciałam.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - kurs w jaskiniach Józefa i Spełnionych Marzeń|Mateusz Golicz, Łukasz Piskorek, Asia Przymus, 2 os.tow., Iwona Czaicka, Karol Pastuszka, &amp;lt;u&amp;gt;Sylwester Siwiec&amp;lt;/u&amp;gt;|02 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotę we wczesnych godzinach porannych wyruszyliśmy naszą wówczas jeszcze niekompletną drużyną do Jaskini Józefa. Po dotarciu do punktu zbiórki we wsi Rodaki dołączył do nas nasz instruktor Mateusz wraz z dwiema zaprzyjaźnionymi dziewczynami. Tym razem na szefa wyprawy został wyznaczony Karol, który całkiem sprawnie i bez większej pomocy doprowadził nas do wejścia do jaskini ukrytego pod stertą kamieni w pobliskim lesie. Przyjemność poręczowania przypadła Iwonie, która promieniując z tego powodu ze szczęścia w radosnych podskokach zniknęła na dłuższy czas w ciemnej pustce za wlotem do jaskini. My oczekując na znak do zjazdu cieszyliśmy się piękną pogodą, świeżym powietrzem i miłym towarzystwem komarów i much oraz wielu innych wielonożnych stworzeń witających nas uporczywie. Lecz sielanka ta nie trwała długo, bo z dołu w końcu dobiegł sygnał, że czas się zbierać i po kolei zaczęliśmy schodzenie. Zejście było miejscami dość ciasne, przynajmniej dla mnie (czas schudnąć?), mimo to dostarczało przyjemnych wrażeń odkrywania nowej miejscówki. Na dole ciągnące się korytarze również zapewniały nam rozrywkę pod postacią zapieraczek, przeczołgiwania się w wąskich przejściach lub karkołomnych próbach znajdowania zaczepienia dla kończyn na stromych podejściach. Po zajrzeniu w każdy zakamarek, szczelinę i odnogę oraz obejrzeniu ciekawszych form skalnych nadszedł czas na to co niestety dotychczas dostarcza mi najmniej przyjemności – wyjście. Zziajany, zgrzany i obolały w końcu wypełzłem na powierzchnię, reszcie poszło chyba lepiej, przynajmniej nie okazywali takiego wymemłania co ja. Cała eksploracja poszła nam niespodziewanie gładko i sprawnie dzięki czemu zapadła decyzja o zejściu do znajdującej się niedaleko Jaskini Spełnionych Marzeń. Po niewielkim błądzeniu w celu znalezienia wlotu do jaskini, w trakcie którego zgubił się na dłuższą chwilę Mateusz, stanęliśmy w końcu przy właściwej „dziurze”. Poręczowaniem zajął się osobiście Mateusz. Nie wiedząc czego się spodziewać na dole (nie, nie spodziewałem się Mac’a), okazało się, że zjazd jest dość długi, a sama jaskinia znacznie większa niż to co o niej słyszałem przed zjazdem. W paru miejscach również znacząco się zwężała utrudniając zejście, cóż, wciągnęło się brzuch to jakoś poszło… :) Na dole w nagrodę otrzymaliśmy parę kolejnych ciekawych korytarzy, w których można było sobie przećwiczyć techniki eksploracyjne. Na końcu jednego z takich korytarzy znaleźliśmy coś co zdziwiło nawet Asię. Nietypowa biała struktura o wygładzie pianki do golenia (przynajmniej mnie to przypomniała) pokrywała salę na końcu jednego z najtrudniej dostępnych korytarzy. Asia wysunęła hipotezę, że to nietypowa odmiana mleka wapiennego, ale uczestniczący w tej debacie naukowej Mateusz nie był do końca przekonany. Po strzeleniu temu czemuś paru fotek, które możecie obejrzeć w galerii, przyszedł czas na wyjście. Wyjście dało mi solidnie w kość dosłownie i w przenośni, ale w końcu się udało i z resztą kursantów mogłem być dumny z zaliczenia dwóch nowych, ciekawych, dostarczających wrażeń jaskiń, do których z przyjemnością jeszcze kiedyś wrócę, gdy ponownie postradam zmysły. :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Ostrysznia bis we wspinie|Teresa, Paweł, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Klimczok (os. tow.)|02 07 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na skwarne dni dobry jest wspin w zacienionym wąwozie Ostryszni. Robimy kolejne 10 dróg o trudnościach adekwatnych do rozleniwiającej pogody. Jest tu jeszcze wiele do roboty.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Szkolenie KTJ PZA - Autoratownictwo w Podzamczu|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus|24 - 26 06 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na miejsce biwaku dojeżdżamy jako jedni z pierwszych pomimo małych perypetii z samochodem ale i tak mamy czas na rozbicie namiotu.&lt;br /&gt;
Po przyjeździe na miejsce pierwszego instruktora pędzimy na skały zaporęczować stanowiska do ćwiczeń na dzień następny.&lt;br /&gt;
Idzie dość sprawnie dzięki czemu wieczór spędzamy przy ognisku na rozmowach i jedzeniu.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
W sobotę wstajemy z samego rana, żeby na 08.00 być już na skałach. Zostajemy podzieleni na grupy i razem z Asią dołączamy do Dominika i Rafała co sprawia, że dopisują nam humory przez cały dzień.&lt;br /&gt;
Jako, że „dziwnym” trafem pod skałami jesteśmy z Asią gotowi jako pierwsi idziemy zjechać z góry na dół aby pospuszczać liny, które poprzedniego dnia podwiesiliśmy. Oczywiście to, że zjechaliśmy najdłuższymi jakie były nie miało nic wspólnego z tym, że Asia odczuwała potrzebę zjechania „jakimś długim zjazdem”. Po prostu przypadek.&lt;br /&gt;
Po kolei na każdym stanowisku ćwiczymy pod okiem instruktorów wyciąganie poszkodowanego z ucha przepinki oraz zjazd z poszkodowanym przez przepinkę i węzeł, wciąganie poszkodowanego do góry metodą hiszpańskiej przeciwwagi oraz metodą U, techniki podstawowe autoratownictwa oraz ściąganie poszkodowanego z trawersu i tyrolki. Całość bez przerw trwa około ośmiu godzin co dla mnie było rewelacyjne. Po ćwiczeniach deporęczujemy to co zostało i następnie każdy zajmuje się swoimi sprawami a wieczorem i tak większość spotyka się na ognisku, do którego dołączamy i my. Tu też przekazują nam informację, że Asia nazajutrz udaje się ze swoją grupą do jaskini Rysiej a ja wraz z Darkiem, Kamilą, Przemkiem i Jarkiem do jaskini Józefa.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
W niedzielę wyjeżdżamy z samego rana i mamy okazję przećwiczyć rzeczy z dnia wczorajszego ale już w warunkach jaskiniowych. Idzie dość sprawnie. Na dnie organizujemy punkt cieplny i zaczynamy transport poszkodowanego na górę studnią ASa.&lt;br /&gt;
Po pokonaniu pierwszej przepinki następuje zmiana poszkodowanego i do samej góry(przez właz również) jestem wyciągany z zawiązanymi oczami. Uczucie co najmniej dziwne niby wszystko mogę ale tak naprawdę nie mogę robić nic. Po wyjściu na powierzchnię bez odpoczynku zjeżdżamy na dno jeszcze raz i całość powtarzamy zmieniając poszkodowanego. Na bieżąco przekazujemy sobie uwagi i cenne rady a opowieści Darka umilają i dają do myślenia podczas wyciągania poszkodowanego do góry Z jaskimi wychodzimy ok godzimy 15 i jedziemy na miejsce biwaku, gdzie czekają już na nas dwie inne ekipy. Tam wspólnie oczekujemy na grupę Asi będącą jeszcze w Rysiej.&lt;br /&gt;
Po powrocie odprawa z podsumowaniem, pamiątkowe zdjęcie i jedziemy do domów.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Już nie mogę doczekać się etapu Tatrzańskiego.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Klubowy spływ kajakowy Sołą|Teresa Szołtysik, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tadeusz Szmatłoch, Grzegorz Burek, Henryk Tomanek, Justyna, Adam Szmatłoch, Ania Szmatłoch z dziećmi, Tomek Szmatłoch, Asia, Artur Szmatłch z dziewczyną, Łukasz Pawlas, Ala Kucharska, Marzenna Widuch, Ryszard Widuch, Tomasz Jaworski z partnerem (kajakowym), Adam Jaworski z córką, Katarzyna Jasińska, Maciej Dziurka, Rafał Florczyk, Iza Florczyk, Jan Kempny, Barbara Borowiec |25 - 26 06 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jejku, jejku, rany...co za spływ za sobą mamy. To był chyba jeden z najbardziej emocjonujących spływów pod wieloma względami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszy dzień to odcinek jeziorny. Wyruszyliśmy z Moszczanicy. Słoneczna i gorąca pogoda zachęciła nas do zrobienia łuku po jeziorze Żywieckim na południe w stronę beskidzkich szczytów. W okolicy Zarzecza robimy sobie wspaniałą kąpiel w jeziorze i dalej leniwie suniemy do zapory Tresna gdzie goście z firmy, która nam wypożyczyła kajaki (Przystań przy Zaporze) sprawnie przerzucają kajaki poniżej tamy. Dalszy spływ w sielankowej atmosferze przerywamy na postój przy nadbrzeżnej knajpce z telewizorem aby choć trochę popatrzeć na mecz naszych z Szwajcarią. Nagle na południu pojawiła się ogromna chmura, która okazała się forpocztą nadchodzącej burzy. Mimo znaczących niebo błyskawic ruszamy dalej lecz przy moście w Międzybrodziu dognała nas nawałnica. Jednak i tu jest knajpka i TV gdzie oglądając dalej mecz przeczekujemy rzęsisty deszcz i wiatr. Po kolejnej godzinie ruszamy na jezioro. Gdzieś w środku akwenu nowa porcja wody z nieba wymusza na nas postój w jednej z dość licznych tu przystani. Najgorsze nastąpiło w chwilę później gdy płynąc dalej zerwał się potężny szkwał  unoszący wodę z jeziora a ulewa w postaci drgającej kurtyny ograniczyła widoczność. Tak właśnie wygląda namiastka białego szkwału i to na jeziorze Międzybrodzkim. Odwracając się plecami do wiatru od razu pędzimy do brzegu gdzie na szczęście natrafiamy na kolejną przystań w której i tak telepiemy się na falach. Jakiś duży ponton, pewno gdzieś zerwany z cumy koziołkował po jeziorze niesiony wiatrem. W końcu jednak pogoda się normuje i po skompletowaniu ekipy docieramy do zapory w Porąbce. Tu mieliśmy auta a firma przewozi nam kajaki poniżej zapory w Czańcu (jezioro to z uwagi na ujęcie wody pitnej jest nieudostępnione) gdzie wcześniej upatrzyliśmy sobie miejsce na biwak. Tu ognisko, śpiewy i generalnie wesoła atmosfera, którą w dodatku Grzegorz umilał grą na gitarze. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugi dzień anonsuje syrena oznaczająca upust wody z pobliskiej zapory (akurat odbywał się też doroczny Spływ Trzech Zapór na którego właśnie potrzeby woda jest zrzucana). My jednak najpierw dostarczamy auta do Oświęcimia a potem ruszamy wezbraną rzeką. Soła jest rzeką górską ze wszystkimi tego atutami. W zasadzie nie ma czasu na większą nudę. Nagłe skręty, cofki, wiry a w wodzie powalone drzewa, bloki skalne. Na domiar złego od gór znowu sunęły czarne chmury. Wkrótce też wszystko poczerniało tak jak by miała nastąpić noc.  Przed Bielanami rzeka robi skręty w kształcie litery Z. W tym newralgicznym miejscu działy się bardzo ciekawe rzeczy i to nawet niebezpieczne. Co rusz jakaś załoga wlatywała do wody wyrzucona na skałach czy wadząc o zwalone konary. Nie ominęło to również naszej ekipy. Kajak odpłynął dnem do góry lecz załoga się uratowała. Inny kajak (nie z grupy nockowej) tak zakleszczył się w konarach, że nie sposób było go wyszarpać. Do tego wszystkiego wmieszała się jeszcze pogoda. Rozrywane co chwilę błyskawicami niebo, huk grzmotów i konkretna zlewa.  Na szczęście utracony kajak się znalazł trochę niżej a pogoda się wkrótce poprawia. Potem było jeszcze kilka ciekawych miejsc na rzece i trzy wywrotki. Na szczęście wszyscy szczęśliwie docieramy do Oświęcimia gdzie kończymy spływ (Soła poniżej tego miasta wpada do Wisły). Ze strat materialnych należy odnotować cenne okulary, jakieś buty oraz kilka innych drobiazgów. Ze strat nie materialnych ale cielesnych uczestników to odnowienie kontuzji mięśnia, odczyn alergiczny (po ukąszeniu mrówki), rany i ranki lżejsze.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FSola2&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FSola1&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Film:  https://vimeo.com/173044465&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - rowerami w okolicach Wisły|Łukasz Pawlas, Ala Kucharska|18-19 06 2016}}&lt;br /&gt;
Odwiedzamy większość bocznych dolinek Wisły. Niechcący bierzemy udział we fragmencie Bike Maratonu, również niechcący goni nas stado dzików (ostatnio mamy do nich pecha). Generalnie pogoda cudna, a Beskidy z roku na rok jakby jakoś bardziej dzikie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - kurs w jaskini Racławickiej|Mateusz Golicz, Łukasz Piskorek, Bogdan Posłuszny, Asia Przymus, &amp;lt;u&amp;gt;Iwona Czaicka&amp;lt;/u&amp;gt;, Karol Pastuszka, Sylwester Siwiec|19 06 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę wybraliśmy się do Jaskini Racławickiej na nasz drugi wyjazd kursowy, a pierwszy z wykorzystaniem technik linowych. Spotykamy się w Racławicach. Z pomocą mapy i lokalnego mieszkańca kierujemy się w okolice jaskini. Później, opierając się bardziej na GPSie, z wiernym dopingiem starych kursantów znajdujemy otwór. Poręczuje Karol, po kolei pokonujemy studnie podziwiając obecne tam nacieki. Będąc w głównej komorze znajdujemy ciasną studnię, będącą najniższym dostępnym punktem jaskini. Z radością i optymizmem każdy do niej schodzi, a z bólem (mniejszym lub większym) próbuje wyjść. Po wyjściu do Czeskiego Korytarza Asia pokazuje nam jak wyglądają m.in. makarony, mleko wapienne, pola ryżowe. Na tym kończymy nasze zwiedzanie jaskini. Na koniec, nie sposób nie dodać, że tym razem wszystkim udało się wyjść na powierzchnię w stroju kompletnym :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura pd. - wspin w wąwozie Ostryszni|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|19 06 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo fajne wspinanie w skałach wąwozu Ostryszni. Duży wybór dróg i w sam raz na upalne dni. Było tu zaledwie kilku wspinaczy. Robimy 10 dróg może o niezbyt wygórowanych trudnościach lecz bardzo ciekawych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FOstrysznia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Czerwone Wierchy|os. tow., Przymus Joanna, &amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;|11 - 12 06 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pisząc ten opis zastanawiam się od czego zacząć? Wiem, że najprościej od początku ale czy się da? Spróbuję.&lt;br /&gt;
Od razu uprzedzę, że niektóre treści tu zawarte mogą być niezrozumiałe dla osób, których z nami nie było więc o ich genezę należy pytać nas bezpośrednio.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Założenie miało być proste w niedzielę przy dobrej pogodzie jedziemy w Tatry i idziemy na Rysy. Plany swoje a życie swoje, nie wdając się w szczegóły a żeby &amp;quot;i wilk był syty i owca cała&amp;quot; (cytat przyp. aut.) padło na Czerwone Wierchy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jedziemy już w sobotę wieczorem po wyjeździe od Asi i Tomka, gdzie odbywała się mała klubowa imprezka, na którą za zaproszenie serdecznie dziękujemy. Bez przeszkód dojeżdżamy na miejsce noclegu i po szybkim ogarnięciu biwaku idziemy spać. Jako, że jest niedziela pozwalamy sobie pospać do godziny 0700 (ja byłem za opcją pobudki o 0800) i godzinę później jesteśmy już w Kirach na szlaku. Dzięki podpowiedziom Tadka wybieramy trasę przez Dolinę Tomanową.&lt;br /&gt;
Zielony szlak, który tamtędy biegnie jest bardzo uro.... tfu przyjemny i nawet nie czuć specjalnie zmęczenia przy nabieraniu na nim wysokości w drodze na Chudą Turnię. Po drodze odpoczywamy kilka razy zajadając się ciastkami przygotowanymi przez Asię i mufinkami(słownik cały czas chce mi to słowo poprawiać na muminkami o czym też chyba była rozmowa?) Michała dzięki czemu w moim plecaku oprócz energetyka są tylko trzy batony i paczka cukierków z zielonej herbaty :D Na Chudej turni robimy odpoczynek na... kotlety sojowe Asi. Nie wiem co w nich było ponieważ nie skorzystałem mając jeszcze zapas energii z mufinków z poprzedniego postoju ale coś musiało być ponieważ chwilę po otwarciu pojemnika w pobliżu pojawiły się kozice. Przypadek? Nie wiem czy efektem ubocznym otwarcia tego pojemnika nie było też to, że od tego momentu szliśmy cały czas we mgle ale lepiej może zostawić temat(co też jest modne ostatnimi czasy). Gdzieś za Krzesanicą padło pytanie z &amp;quot;tłumu&amp;quot; kiedy wreszcie przejdziemy przez jakiś szczyt ale będąc już na Malołączniaku sprawa wyjaśniła się sama a my ruszamy dalej w stronę Kopy Kondrackiej. Na szczycie pamiątkowe zdjęcie(tak naprawdę były dwa) i schodzimy do Przełęczy Kondrackiej.&lt;br /&gt;
Tam pomimo nadal unoszącej się mgły spotykamy chyba najwięcej ludzi z całego dzisiejszego dnia więc postanawiamy zejść nieco niżej, żeby po raz kolejny coś zjeść. Po posiłku schodzimy szlakiem do Doliny Małej Łąki gdzie po drodze mamy możliwość uczestniczyć w festiwalu upadków i kontrolowanych poślizgnięć po małym opadzie deszczu jaki nas uraczył na szlaku. Przed wejściem na Wielką Polanę na wysokości Wyżnich Kolebisk Asia ma okazję w praktyce wykorzystać umiejętności jakich nabyła na kursach pierwszej pomocy u Piotra opatrując dłoń Michała, który po raz kolejny próbował wylądować telemarkiem. Ale jako, że podparł się dłonią stracił kilka punktów i zyskał opatrunek z naprawdę bardzo gustowną kokardą na miarę tej jaką na głowie nosi Myszka Minnie. Na Wielkiej Polanie robimy odpoczynek po którym ruszamy na Przysłop Miętusi. Tu kolejny telefon od Ryśka, który cały czas &amp;quot;trzyma rękę na pulsie&amp;quot;. Wcześniej dzwonił gdzieś w okolicy Wyżniej Tomanowej Polany ale tylko mój telefon ma tu zasięg i możemy chwilę porozmawiać. Swoją drogą nie dziwię się, że hasło reklamowe dawnej Noki brzmiało &amp;quot;Łączy Ludzi&amp;quot;. Z Przysłopu schodzimy czerwonym szlakiem na ścieżkę pod reglami i wracamy do samochodu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W tym miejscu warto by wspomnieć o czym były tematy rozmów, które nam towarzyszyły.&lt;br /&gt;
Może nie będzie zachowana chronologia ale w dużym, skrócie było o procesorach i przewadze tych &amp;quot;nowszych&amp;quot; nad tymi &amp;quot;starszymi&amp;quot; było nawet sporo o edukacji seksualnej było o ssakach wodnych(sprawdziłem na wikipedii nie 3m tylko 2,4m). Ciekawym tematem był temat spódnic, sukienek i ich długości(temat wciąż otwarty) oraz powiązane z tematem słowo tren. Panowie to nie jest tylko utwór liryczny. Było o depilacji nóg no i dwie(na razie nieskuteczne) próby &amp;quot;zabawienia się&amp;quot; w swatkę ale jako, że te starsze procesory wolno myślą obie okazje przepadły a właściwie to poszły dalej. Teresa próbowałem, naprawdę próbowałem. Było coś o brwiach a właściwie o ich pozbywaniu się i o geologii. Trzeba również pamiętać, że wyrazy uroczo i romantycznie nie brzmią dobrze w ustach niektórych ludzi, radzę więc poćwiczyć przed lustrem zanim się ich użyje. Mieliśmy też okazję z bliska zobaczyć jak wygląda salamandra wg. Michała.&lt;br /&gt;
Były też inne tematy ale tylko ja wiem czy pominąłem je celowo czy zapomniałem o nich tak samo jak o tabletkach na pamięć W każdym razie tak mniej więcej wyglądał nasz dzień.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Miałem ze sobą GPS-a ale dla mnie cyfry wcale nie są ważne i nie podam danych:P&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejność uczestników, która jest podana na początku ma znaczenie i zauważyłem, że nie dotyczy tylko kolejności w jakiej szliśmy na szlaku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pozostało mi tylko zaprosić Wszystkich na kolejne wyjazdy i podziękować za ten.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia w galerii.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Pieniny - kajakiem przez przełom Dunajca|Ala Kucharska i &amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;&lt;br /&gt;
|12 06 2016}}&lt;br /&gt;
Korzystając z zaproszenia na sobotnie wesele w Szczawnicy, postanawiamy wykorzystać niedzielę na otrzeźwienie umysłu i ciała chłodną górską wodą. Na weselu jakoś udaje nam się nie przesadzić, stąd mamy jeszcze siły na niedzielę. Spływ zaczynamy w Sromowcach Wyżnich. Na szczęście pogoda była niepewna więc na naszym szlaku mijamy tylko ok. 20 łodzi flisackich. Sama rzeka nie sprawiła nam większych trudności, choć płynęliśmy dmuchanym kajakiem i mimo starań nie udało nam się go przewrócić. Trzeba jednak przyznać, że przełom Dunajca to jeden z bardziej urokliwych szlaków kajakowych który zaliczyliśmy do tej pory. Spływ kończymy w Krościenku, za mostem - idealna długość trasy jak na 1 (poimprezowy) dzień. Może za rok nockowy spływ Dunajcem - naszą trasę można przedłużyć?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - na rowerach dookoła Czantorii |Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;&lt;br /&gt;
|12 06 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niemal 30 km górskiej trasy wokół Czantorii: Ustroń - przeł. pod Tułem - Strelma (CZECHY) - przeł. Beskidek - Jawornik - Ustroń. Szlak piękny i zróżnicowany w dodatku po czeskiej stronie prawie bezludny. Najtrudniejszy odcinek to szlak na Beskidek od strony zachodniej. Później upojny zjazd do Jawornika i ładną ścieżką rowerową wzdłuż Wisły do Ustronia. Pogoda wspaniała.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FDookola-Czantoria&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Łutowiec - Szkolenie kartograficzne|W roli kadry: &amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt; (RKG), Jacek Szczygieł (KKS), Darek Lubomski (SKTJ), Paulina Piechowiak (WKTJ), Michał Ciszewski (KKTJ), Izabela Luty (SW) plus 27 kursantów|11 - 12 06 2016}}&lt;br /&gt;
Podczas pierwszego dnia szkolenia, uczestnicy wysłuchali wykładu wstępnego i przystąpili do praktycznej nauki mierzenia i sporządzania notatek terenowych w prawdziwych jurajskich jaskiniach. Podzieliliśmy się na trzy grupy, po trzy zespoły każda, które udały się do jaskiń: Trzebniowskiej, Ludwinowskiej i w Sokolnikach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po wspólnym obiedzie, zebrane dane zostały krok po kroku przeliczone do postaci umożliwiającej ich wykreślenie na czysto. Mimo tego, że komputerowe przetwarzanie danych jest obecnie standardem, na początek kursanci używali do obliczeń wyłącznie arkusza kalkulacyjnego, w charakterze „trochę mądrzejszego kalkulatora”. Swój pierwszy plan sporządzili zaś na papierze milimetrowym, aby zyskać świadomość, jak też w istocie przebiegają wykonywane przez specjalistyczne programy obliczenia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Drugi dzień rozpoczął się od wykonania w dziesięć minut dokładnie tych samych obliczeń i dokładnie tych samych wykreśleń, ale tym razem przy pomocy programu Survex. Następnie, przy pomocy pakietu graficznego Inkscape z rozszerzeniami jaskiniowymi, wspólnymi siłami staraliśmy się opracować sporządzone poprzedniego dnia plany – wczytane jako skany – do postaci nadającej się do publikacji. Jak zwykle, ograniczony czas pozwolił w istocie tylko na zasygnalizowanie pewnych tematów i pewnych technik; kursanci otrzymali jednak instrukcję krok-po-kroku, pozwalającą im dokończyć ćwiczenia z oprogramowaniem kartograficznym w domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szkolenie zakończyliśmy wprowadzeniem do pomiarów terenowych w systemie całkowicie elektronicznym, czyli z szkicowaniem w jaskini na urządzeniu PDA (tzw. palmtop). Po krótkim wykładzie, ponownie udaliśmy się do jaskiń, gdzie każdy z kursantów miał możliwość narysowania ostrym(!) rysikiem szkicu dla jednego czy dwóch odcinków pomiarowych. Z uwagi na późną porę, opracowanie tych rysunków musiało już zostać pozostawione jako zadanie domowe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Rajd pieszy po środkowej Jurze |kadra - Bożena Obrzut-Makowicz, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Rafał Florczyk, uczniowie Gimnazjum nr 7 - Mateusz  Opaszowski, Krystian Abramczuk,  Zuzanna Banach, Damian Dymek, Monika Matura, Tomasz Karkoszka, Michał Belica, Bartłomiej Kowalczyk, Daniel Musioł &lt;br /&gt;
|07 - 09 06 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kontynuując tradycję zrealizowaliśmy kolejny rajd pieszy tym razem po środkowej Jurze. Celem było pokonanie 66 km z Kluczy przez Bydlin, Smoleń, Ryczów, Podzamcze, Piaseczno, górę Zborów, Zdów do Mirowa. Młodzież miała okazję zapoznać się z walorami przyrodniczymi naszej Jury, możliwościami biwaku pod gołym niebem jak też w pieczarach skalnych, sposobami nawigacji a także charakterystyką poruszania się w terenie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
1 dzień: Klucze - Smoleń, biwak w jaskini Jasnej, wejście do jaskiń: Na Biśniku, Psia, Zegarowa. Dyst. 25 km.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
2 dzień: Smoleń - Mirów. Dyst. 40 km. Biwak pod gołym niebem przy skałkach mirowskich w pobliżu jaskini Stajnia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
3 dzień: przejście do Mirowa, zakończenie raju. Dyst. 1 km.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przez cały okres przepiękna pogoda. Młodzież pomimo obtarć i słabości spisała się dzielnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FRajd-Jura&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - obchody 40-lecia klubu w Łutowcu - Piętrowa Szczelina|Łukasz Pawlas, (PREZES), Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Wojtek Sitko, os.tow.|05 06 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie było by lecia klubu grotołazów, gdyby nie jaskinie.... dlatego w przerwie między dobrą zabawą i jeszcze lepszą zabawą wybraliśmy się odwiedzić pobliską jaskinię Piętrową Szczelinę. Z naszej skromnej ekipy ja i Łukasz ostatnio bywamy dość często w tej jaskini, dlatego staliśmy się przewodnikami dla pozostałej trójki. Pokazaliśmy im obejście, dzięki któremu nie potrzeba użyć w jaskini ani kawałka liny oraz kilka ciekawostek zapieraczkowych i zaciskowych. Mimo, że kolejny raz będąc w tej jaskini wciskałam się w różne przejścia i układałam w głowie wirtualny plan, to nadal nie udało mi się spenetrować jej tak jak należy. Myślę, że na to będę potrzebowała jeszcze dużo czasu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Flecie_jaskinia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - obchody 40-lecia klubu w Łutowcu|Iwona Piotrowska, Wiesław Piotrowski, Bogdan Posłuszny, Łukasz Piskorek, Joanna Przymus, Maryla Przymus, Jerzy Przymus, Grażyna Ciołek, Andrzej Ciołek, Rafał Ciołek, Damian Żmuda, Katarzyna Rupiewicz, Łukasz Pawlas, Alicja Kucharska, Wojciech Sitko, Adam Witkowski z Martyną, Dariusz Rank, Michał Chowaniec z dziewczyną, Mirsław Siwiec, Ilona Siwiec z dziećmi, Tadeusz Gniełka (Kosa), Krystyna Gniełka z dziećmi, Jacek Kaźmierczak, Izabela Kaźmierczak, Janusz Proksza, Grzegorz Pęczek z żoną, Adam Wilkoszyński, Brygida Wilkoszyńska, Grzogorz Wilkoszyński, Janusz Dolibog z Jolą, Grzegorz Szczurek, Agnieszka Szczurek z dziećmi, Jan Kieczka, Marzena Kieczka z dziećmi, Krzysztof Kubocz z dzieckiem, Tomasz Jaworski, Joanna Jaworska z dziećmi, Wojciech Orszulik, Ewa Orszulik z dzieckiem, Katarzyna Garbas, Dariusz Garbas, Grzegorz Klima, Aleksandra Rymarczyk, Wojciech Rymarczyk z dziećmi, Sebastian Śmiarowski z koleżanką, Ewa Bodzenta, Jerzy Bodzenta, Grzegorz Przybyła z żoną i dziećmi, Renata Szmatłoch, Wojciech Rusek z żoną i dwoma psami, Adam Rajda (Dugi), Urszula Rajda, Grzegorz Burek, Kinga Burek, Jerzy Nowok, Artur Wiśniewicz, Beata Wiśniewicz, Henryk Tomanek, Monika Tomanek, Justyna Francik, Mateusz Golicz, Wojciech Wyciślik, Lucek, Katarzyna Jasińska, Maciej Dziurka, Wanda Jewdoszuk, Bożena Kołodziej z córką, Jarosław Kania, Iwona Kania, Michał Kania, Teresa Szołtysik, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, (skład zostanie uzupełniony...)|03 - 05 06 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W Łutowcu (bazę stanowiła szkoła „Elementarz” i jej okolice) odbyły się obchody 40-lecia klubu. Zjechało się mnóstwo ludzi. Basia łącznie z dziećmi naliczyła 108 osób. Od piątku do niedzieli można było pobyć w gronie ludzi mających bliższy lub dalszy kontakt z klubem na przestrzeni jego istnienia. Apogeum przypadło na sobotę. Dzieci mieli zorganizowane zabawy sprawnościowe i tyrolkę. Starsi się wspinali na różnej trudności drogach, odwiedzono jaskinię Szczelina Piętrowa, inni się opalali, jeszcze inni jeździli na rowerach lub zwiedzali pieszo okolice. W świetlicy szkolnej zgromadzili się wszyscy i obejrzeli film Agnieszki i Tadka Szmatłochów obrazujący przekrój przez całą historię „Nocka”. Zostały również wręczone biuletyny klubowe, smycze, naklejki klubowe. Potem rozegrano „międzypokoleniowy” mecz piłkarski, który obfitował w ogromne emocje. Wieczory były przy ognisku urozmaicone gitarowymi hitami, do tego stopnia, że trzy razy odwiedziła nas policja („pozdrowienia” do anonimowego zrzędy, który po nią dzwonił). Został też rozstrzygnięty klubowy konkurs „SPITY’2015” . Trzy dni pięknej pogody, miłych spotkań po latach, rozmów, śpiewów, wspomnień. Oby tak przez następne 40 lat a najlepiej co najmniej 100.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szczegóły podane będą w AKTUALNOŚCIACH. Zdjęcia w GALERII:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FLecie-Lutowiec&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FLecie-cd&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FLecie-uczestnicy&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zachęcamy gorąco do opisania tu swoich wrażeń i dosyłania zdjęć do GALERII.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Litworowa - Błękitna Laguna|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Piskorek, os.tow.|28 - 29 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Mimo długiego weekendu, mogliśmy przeznaczyć tylko jeden dzień na wypad w Tatry. Długo wyczekiwana i odkładana akcja do J.Litworowej w końcu doszła do skutku. Wyjechaliśmy w sobotę wieczorem, nocleg na leśnej polance i w niedzielny poranek (świt?) akcja.  Zapowiedź upału trochę opóźniła nasze wejście do jaskini. Jednak, kiedy już tam weszliśmy, nic nie było w stanie nas zatrzymać. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szybko przebrnęliśmy przez odcinki linowe i zaczęliśmy wędrówkę z Sali Pod Płytowcem w kierunku J. Śnieżnej. Mimo posiadania w grupie przewodnika i całej masy strzałek na ścianach, mieliśmy okazję zaczytać się w opisie i zapatrzeć na plan jaskini. Całkiem niechcący udało nam się też zajść nad Bobusiową Studnię. Największym uznaniem z naszej strony cieszył się Elektromagiel oraz Szczelina Agonii. Po dojściu do Błękitnej Laguny, po długich debatach i pozowanych zdjęciach z grabiami, doszliśmy do wniosku, że dalsze partie zostawimy sobie na inny raz (inny tzn.: wtedy gdy nie będzie trzeba zaraz po wyjść z jaskini iść do pracy...) &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjście z jaskini również było pełne wrażeń, wyciągnęliśmy wnioski z Bajki o Jasiu i Małgosi, trzeba było znaczyć drogę repem, a nie szarymi kamieniami....  Jednak mimo to wychodziliśmy szybko i sprawnie. Po wyjściu mieliśmy sporo czasu na przebranie się i zejście do samochodu nim  całkowicie się ściemniło.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Zajęcia kursowe w G7|Iwona Czaicka, Karol Pastuszka, Sylwester Siwiec, &amp;lt;u&amp;gt;Ryszard Widuch&amp;lt;/u&amp;gt;|29 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W dniu dzisiejszym miał miejsce wyjazd szkoleniowy na salę gimnazjum nr 7, pogoda zadecydowała o miejscu szkolenie, które było bardzo  intensywne prawie 8 godz. wiszenia na linach, przećwiczyliśmy różne przepinanki, tyrolkę oraz firanki, kursanci z radością witali się z parkietem mogąc rozmasować nogi, w ramach instruktor pokazał i objaśnił różne metody autoratownictwa.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FKursG7&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - jaskinia Ciesenć|&amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki, Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, pod otworem dogonili nas Kamil Sz. z Kasią|28 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Birowie Emil wykonał ostatni wspinaczkowy krok w uzyskaniu KT (gratulacje). Emil załatwił także klucze do dziury i jedziemy do Hucisk szukać jaskini Ciesenć. Awaria GPSa i brak zasięgu powoduje, że 2 godziny krążymy po terenie badając w lesie ciekawe skądinąd  skały lecz bez efektu. Po powtórnym powrocie do wsi nagle GPS zadziałał i w kilka minut docieramy pod otwór gdzie dogonił nas Kamil z Kasią. W jaskini potrzebna jest lina. Jaskinia bardzo ciekawa z piękną szatą naciekową. Dużo błota. Warto było się męczyć by tu wejść. W drodze do domu moczymy jeszcze nogi w Przemszy przy okazji czyszcząc zabrudzony sprzęt. Może jeszcze opisze to szerzej Emil.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciesenć zdaniem Emila:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wizyta w dziurze, na którą namierzałem się od dobrych dwóch lat. Szczęśliwie, w tym roku udaje mi się zorganizować klucze, zbiera się towarzystwo do zejścia i trochę wolnego czasu. Ruszamy w stronę jaskini.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zostawieniu samochodów na pętli autobusowej, zagłębiamy się w las. Kierowani otrzymanymi wskazówkami brniemy przed siebie. Niestety, nie możemy kierować się żadnym z posiadanych GPSów – jednemu się zmarło, a drugi lokalizuje nas z dokładnością do 3 mil.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po ponad półtoragodzinnym spacerze przez las, dochodzimy wspólnie do wniosku, że chyba coś się pokręciło z tą lokalizacją otworu i nawet posiadany przez nas opis nie jest w stanie pomóc. Tym oto sposobem zabieramy się za analizowanie każdego większego skupiska kamieni w okolicy. Nie wiem jak daleko zaszliśmy w las, ale mógłbym przysiąc, że znajdujemy się już w okolicach Częstochowy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Koniec końców poddajemy się  - zapada decyzja o powrocie do samochodów, skąd jeszcze raz ruszymy w stronę otworu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przy samochodach spotyka nas niespodzianka – zaczyna się burza. Na szczęście ulewa kończy się na kilku grzmotach i kilkunastu kroplach. Tak czy inaczej – najwyraźniej wyładowania atmosferyczne mają zbawienny wpływ na jeden z GPSów, bowiem nagle nasz elektrotrup wraca do życia radośnie informując, że siedzimy na przystanku będąc niecałe 500 metrów od jaskini. Ruszamy w stronę otworu kierowani nieumarłym sprzętem i kilkoma sugestiami sympatycznego Jegomościa, który jako mieszkaniec okolicy zasugerował nam pójście tu, o tam tam, a później o, tam!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzięki działającemu GPSowi trafiamy pod otwór w ciągu 15 minut. Niewielka dziurka nie sprawia wrażenia, jakby za nią miało być coś ciekawego. Wpełzam do dziury sprawdzić, czy to na pewno nasza jaskinia: po kilki metrach ukazuje się krata, po demontażu której powoli można się zsuwać w dół jaskini Ciesenć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia powala na kolana. Na każdym centymetrze kwadratowym tworzy się szata naciekowa w formach, których lwią część widzę po raz pierwszy na oczy. Pomimo niewielkich rozmiarów jaskini, na podziwianiu nacieków można w niej spokojnie spędzić 3-4 godziny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Czas na dole mija nam szybko i przyjemnie – po zlustrowaniu głównej Sali kierujemy się do Korytarza Krystyny, który szokuje  kolejnymi, zaszytymi w meandrach formami naciekowymi. Strach się ruszyć, by czegoś nie uszkodzić.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dziś rozumiem, dlaczego jaskinia Ciesenć jest za kratą. To co zobaczyliśmy na dole, naprawdę wymaga specjalnej opieki. Nie przypominam sobie jaskini, która by była tak dobrze zachowana; która by robiła takie wrażenie, jak Ciesenć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
…i skąd, u Licha, wzięła się jej nazwa? Muszę to sprawdzić!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Późnym popołudniem wychodzimy z otworu równie uśmiechnięci, co uświnieni w błocie. Odnoszę wrażenie, że dla każdego z nas była to na swój sposób ciekawa wyprawa: Damian z Teresą wynieśli z niej radość ze zwiedzania nowych terenów leśnych, ja wyniosłem kupę szczęścia z powrotu na Jurę, a Piter wyniósł kleszcza. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/Ciesenc&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Zimnik - Manewry nurkowo-linowe|&amp;lt;u&amp;gt;Daniel &amp;quot;Buli&amp;quot; Bula&amp;lt;/u&amp;gt;, członkowie sekcji wsparcia GRJ oraz sami członkowie GRJ|22 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wstaję o 5 rano by zdążyć z Huciska, gdzie brałem udział w VII Ogólnopolskich Zawodach Uczelni Wyższych w Ratownictwie Medycznym do Zimnika, gdzie najpóźniej na godzinę 9 mam się wstawić na manewry jako członek Sekcji Wsparcia Grupy Ratownictwa Jaskiniowego. Udaje się. Po odprawie, omówieniu akcji, przygotowaniach zaczynamy. Zostaję kierownikiem 3 punktu. Ogólnie akcja wygląda tak: pani nurek płynie z innymi nurkami w noszach, dopływają do półki, rozpoczynamy transport ręczny. Przechodzimy sobie półeczkami na pochylnię, gdzie znów dochodzi do zanurzenia ratowanej. Następnie nosze z Anią zostają wyciągnięte z wody za pomocą balansu na tyrolce, przejechanie na drugą stronę kamieniołomu, tam przepięcie na drugą tyrolkę (moje stanowisko 3) i ponowny przejazd na drugą stronę zalewiska na linii poziomu wody, gdzie nurkowie zabierają nosze z pakunkiem na początkową pochylnię. Akcja zakończona, odprawa, rozmowy i trudny powrót do domu. Tego samego dnia walczyłem sobie z gorączką, a następnego okazało się,że to jest angina...i teraz się leczę:)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Koniec&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
PS Zimnik to zbiornik wodny który powstał w wyniku zalania opuszczonego kamieniołomu granitu. Maksymalna głębokość zbiornika wynosi ok 28 m. Wykorzystywany od wielu lat przez nurków do szkoleń i nurkowania rekreacyjnego.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|KURS- szkolenie z pierwszej pomocy| Piotr Strzelecki, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Piskorek, Iwona Czaicka, Karol Pastuszka, Sylwester Siwiec, 2 os. z OSP|22 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szkolenie z pierwszej pomocy obejmujące wszystkie elementy, które mogą się przydać zarówno podczas udzielania pomocy w warunkach miejskich, jak i w górach oraz jaskiniach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zajęcia prowadzili Piotr i Iwona. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podczas szkolenia przećwiczyliśmy oraz omówiliśmy takie zagadnienia jak: podstawy prawne udzielania pomocy, bezpieczeństwo ratownika, telefony alarmowe, układanie poszkodowanego, RKO dorosłych oraz dzieci i niemowląt plus AED , narażenie na zakażenia, ukąszenia przez różne zwierzęta, opatrywanie ran (tamowanie krwotoków i ciała obce) złamania, oparzenia, udary cieplne, rażenie piorunem, odmrożenia, hipotermia, hipoglikemia, PP w stanach nagłych (zawał, udar, zakrztuszenie, drgawki, zatrucia) oraz pierwszą pomoc w wypadkach drogowych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - wspinanie na Straszykowej Górze|Łukasz Piskorek, Bogdan Posłuszny, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|21 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dołączyłam do Bogdana i Łukasza, którzy wybrali się na skałki poćwiczyć techniki wspinaczkowe. Mimo zaopatrzenia się w koc i książkę, zmobilizowałam się by parę razy wejść na skałę. Po południu odbyła się wspinaczkowa część egzaminu na KT, wszyscy zdali śpiewająco!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - rowerowa przebieżka|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, na skałach w Przwodziszowicach Damian Żmuda z Kasią|21 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Trasa wiodła z Żarek do Mirowa i Bobolic, następnie Łutowiec - Ludwinów - Trzebniów - Czatachowa - Żarki. Na pierwszym i ostatnim odcinku prawdziwe drogi rowerowe (w stylu holenderskim) z całą infrastrukturą. Mirów oblężony przez wspinaczy. W Łutowcu zjadamy obfity obiad w szkole gdzie planujemy lecie. Bardzo fajny szlak wiedzie z Moczydła do Ludwinowa. Przy ruinach warowni w Przwodziszowiach spotykamy niespodziewania Damiana Żmudy z Kasią, którzy się tam wspinali i ćwiczyli slack. Pogoda przepiękna a trasa jeszcze bardziej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FJura-rower&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SZKOCJA| &amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt; i Tomek Jaworscy|12- 19 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Państwo na Majorkę?”-tendencyjnym tonem głosu zapytał miły Pan parkingowy z parkingu Arma w Balicach- „dzisiaj wszyscy na Majorkę”. Nim zdążyłam otworzyć usta, miłemu Panu zadzwonił telefon. Nie bacząc na postawione wcześniej pytanie, zawołał do kolegi: „Zdzisiuuu, do odebrania z Majorki”. Pan Zdzisiu (imię przypadkowo wybrane) zapakował co trzeba i razem z Nami zasuwał na lotnisko. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Byliśmy dużo przed czasem, więc co było robić-siedzieliśmy bezczynnie. Tak, bezczynnie, my, ja- Matka Polka Umęczona. Trochę dziwne, aczkolwiek miłe zwłaszcza, że proces przygotowania trwający od tygodnia skutecznie zniechęcał mnie do wyjazdu. Tak! tydzień czasu zajęło mi przygotowanie domu, dzieci, teściów i wszelkich innych rzeczy (niezbędnych),(oczywiście!) do mojej nieobecności a raczej przygotowanie innych do egzystowania beze mnie. Tak więc, siedziałam sobie bezczynnie nie myśląc: kiedy oni w końcu zasną?, w co mam ich jutro ubrać?, czy Karol czasem nie miał zadania do szkoły? co jeszcze ogarnąć? no  i najbardziej  wku*wiające pytanie ze wszystkich pytań stawianych po 22:00 (TAK!): co jutro na obiad?…Po dłuższej chwili nie wytrzymałam i jednak wyciągnęłam wcześniej przygotowane materiały z pracy. Wtedy, gdy je zabierałam myślałam, że dobrze było by wykorzystać 2,5 godziny lotu na coś sensownego a nie siedzieć bezczynnie. W ówczesnej czasoprzestrzeni artykuły naukowe okazały się jednak być skutecznym środkiem usypiającym, więc lot przebiegł szybko i niezauważalnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szkocja przywitała nas o dziwo nie deszczem a wiatrem. Te przenikające mój szpik kostny i każdą jego komórkę wiatrzysko odbierało mi umiejętność logicznego myślenia. Na szczęście po niedługiej chwili,  no może dłuższej ale jeszcze znośnej, naszym oczom ukazał się piękny niebieski VW Caravell-nasz nowy dom na następny tydzień. Po szybkim powitaniu polsko-brytyjskiego teamu ruszyliśmy dalej.&lt;br /&gt;
W dobie google earth zaplanowanie takiego wyjazdu nie jest trudnym zadaniem. Tak więc, pierwszy nocleg, jak i kolejne były dokładnie przemyślane: gdzie postawimy auto, w jakiej konfiguracji, koło której toalety itp. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Postanowiliśmy objechać Szkocję wzdłuż i wszerz (prawie). Dolecieliśmy tam grubo po północy, więc na pierwszy nocleg wybraliśmy mały Park miejski Kirkgate, gdzieś na trasie w kierunku Parku Narodowego Cairngorms. Po ogarnięciu się rano pomknęliśmy dalej do Cairngorms, po drodze odwiedzając typowe szkockie miasteczko. Drugi nocleg przypadł w Spittal of Glenmuick, w pobliżu jeziora  Loch Muick, skąd zaplanowaliśmy wejście na Lochnagar. Rano zebraliśmy się dość wcześnie z zamiarem wejścia na szczyt i następnie przejazdu w kolejny rejon. Na podejściu towarzyszyły nam przepiękne widoki, surowa, dzika natura, samotność no i oczywiście! nieprzerwanie wiatr. Po południu wróciliśmy „na bazę” i ruszyliśmy dalej, zaliczając po drodze szybką przerwę na szybkiego grilla, szybkiego z oczywistego powodu: upierdliwego wiatru. Po dotarciu do rejonu Torridon, odnaleźliśmy darmowy kemping (dobrowolny „datek”) i poszliśmy spać. Kolejnego dnia wybraliśmy się na Beinn Alligin (z celtyckiego: Mountain of Beauty) tym razem w deszczu i mgle. Krajobraz zdawał się być piękny, lecz dość złowrogi, strome zbocza i surowa natura tworzyły niezwykły klimat. Trasa przebiegała szczytami, a w oddali można było podziwiać fiordy i jeziora w tym Loch Torridon. Po powrocie na kemp ruszyliśmy dalej: w kierunku wyspy Skye. Po drodze mijaliśmy ciche miasteczka, sprawiające wrażenie wyludnionych. Poza miasteczkami domy wyglądały jak porozrzucane, w nieładzie, no i znów sprawiały wrażenie niezamieszkałych. Wyspa Skye a dokładniej rejon Trotternish (bo taki wybraliśmy) to imponujące urodą klify, wspaniałe przestrzenie, szeroki horyzont, ujmujące piękno. Nocowaliśmy na parkingu w okolicach skały zwanej Starcem ze Storr. Jest to popularna atrakcja i stanowi ją prawie 50-metrowa kamienna maczuga, która według jednej z legend jest wystającym kciukiem pochowanego w ziemi Giganta. Inna wersja mówi o Gigancie, który został zamieniony w kamień, gdy obejrzał się za siebie podczas ucieczki przed napastnikami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeżeli czujesz się zmęczony cywilizacją to z całą pewnością Wyspa Skye jest odpowiednim miejscem do złapania dystansu. My załapaliśmy dystans i to dość odczuwalnie, gdy spowity gęstą mgłą skalisty szczyt Storr nie pozawalał nam na spokojne, bezstresowe wędrowanie. Dotarliśmy mimo wszystko bezpiecznie na parking. Na skutek dużych opadów modyfikujemy nasze plany i w efekcie zmierzamy w inny rejon: Fort William. Tu zaplanowaliśmy wejście na najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii tj.: Ben Nevis. Niestety, tutaj pogoda też nie pozostawiła nam wyboru: ogromne opady, góry zaciągnięte masywnymi chmurami deszczowymi spowodowały, że znów zmieniliśmy nasze plany. W efekcie zwiedzamy szkockie miasta: StAndrews i Edynburg. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tygodniu w dzikiej Szkocji wróciliśmy do domu w równie atrakcyjnych warunkach tj. w gronie Szkotów udających się na wieczór kawalerski do Krakowa.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Szkolenie z Podstaw Ratownictwa Jaskiniowego|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|13 - 15 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Szkolenie miało miejsce na skałach przy grodzie Birów. Uczestnicy zjechali się już w piątek, aby w sobotę rozpocząć zajęcia o wczesnych godzinach porannych. Uczyliśmy się m.in. budowy balansu, flaszencugu czy tyrolki, wraz z różnymi układami pomocniczymi. Pierwszego dnia ćwiczyliśmy również transportować poszkodowanego w noszach. &lt;br /&gt;
W niedzielę  zbudowaliśmy tor zawierający wszystkie elementy poznane poprzedniego dnia oraz przeprowadziliśmy opartą o niego akcję ratunkową. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura pn. - spotkanie weteranów taternictwa jaskiniowego|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt; - weteran, Jerzy Pukowski - Speleoklub Bielsko-Biała - Weteran &amp;quot;Kapituła&amp;quot;, Maryla Nawrocka - Osoba Towarzysząca, Wanda Ganszer - Fanklub Speleoklubu Bielsko-Biała, Zofia Skrudlik - Speleoklub Bielsko-Biała, Andrzej Skrudlik - Osoba Towarzyszaca, Jerzy Urbański - Weteran &amp;quot;Kapituła&amp;quot;, Jerzy Ganszer - Speleoklub Bielsko-Biała - Weteran &amp;quot;Kapituła&amp;quot;, Halina Szczerbińska - Koneser, Józef Gurgul - Koneser, Włodzimierz Porębski - Speleoklub Dąbrowa Górnicza - Weteran &amp;quot;Kapituła&amp;quot;, Jan Dunat - Weteran &amp;quot;Kapituła&amp;quot;, Michał Dunat - Osoba Towarzysząca, Marcin Dunat - Osoba Towarzysząca, Beata Michalska-Kasperkiewicz - Speleokub Bielsko-Biała - Weteran, Paweł Kasperkiewicz - Speleokub Bielsko-Biała, Jarosław Gutek - Klub Alpinistyczny przy Grupie Beskidzkiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego - Weteran &amp;quot;Kapituła&amp;quot;, Grzegorz Michałek - Klub Alpinistyczny przy Grupie Beskidzkiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, Monika Miłaszewicz - Klub Alpinistyczny przy Grupie Beskidzkiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, Adam Kucharczyk - Były Członek Speleoklubu Bielsko-Biała, Jolanta Jętkowska - Osoba Towarzysząca, Teresa Szołtysik - Rudzki Klub Grotołazów &amp;quot;Nocek&amp;quot; - Weteran, Adam Marcinków - Speleoklub Bielsko-Biała|14 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Już bodaj dwudziesty siódmy raz (ach ten upływający czas) spotkaliśmy się jako weterani tego sportu. Tym razem na północnych rubieżach Jury w zakolu Warty. Niemal cała sympatyczna grupa odwiedziła jaskinie góry Zelce: jaskinia Stalaktytowa (wyposażona w metalową drabinę), jaskinia Zanokcicka (tu do zjazdu użyliśmy liny, do wyjścia drabinki speleo), jaskinia Za Kratą (wyposażona w drabiny metalowe, jaskinia dość duża i ładna). Koledzy zostają jeszcze do dnia następnego my musimy wracać. Pogoda dopisała znakomicie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FWeterani&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Siedziba klubu - spotkanie z okazji 40-lecia|zaproszeni goście - Renata Szmatłoch, Marek Topol, Bernard Pala, Jerzy Nowok (założyciele klubu), Marzenna Widuch i Jolanta Klepek (dyrekcja Gim 7),  Krzysztof Żok (Urząd Miasta), Piotr Buchcik (KS „Wawel” Wirek), August Jakubik („Jastrząb” Ruda Śl),  Zygmunt Grzybek (MOSiR Ruda Śl.),  Stanisław Witała (PTTK), Tomasz Bartniczak (Stowarzyszenie In-nI), Barbara Pilocik (Portal Miejski), Ewa Chmielewska (Klub Seniora), klubowicze – Łukasz Pawlas, Grzegorz Szczurek, Tadeusz Szmatłoch, Barbara Szmatłoch, Artur Szmatłoch, Agnieszka Szmatłoch-Witkowska, Teresa Szołtysik, Zygmunt Zbirenda, Adam Wilkoszyński, Henryk Tomanek, Aleksandra Rymarczyk, Katarzyna Jasińska, Ryszard Widuch, Karol Jagoda, Michał Wyciślik, Łukasz Piskorek, Michał Chowaniec z dziewczyną, Aleksander Kufel, Janusz Dolibog z Jolą, Ewa Bodzenta, Jerzy Bodzenta, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|13 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W świetlicy Gimnazjum nr 7 (siedziba klubu) odbyło się „oficjalne” spotkanie z przedstawicielami rudzkich organizacji z okazji 40-lecia klubu. W jego trakcie prezes Łukasz Pawlas scharakteryzował naszą działalność a Tadek Szmatłoch i Bernard Pala mówili o jego historii. Zaprezentowano film o klubie autorstwa Tadka i Agnieszki Szmatłoch. Goście również mogli zobaczyć pamiątki klubowe i obecny sprzęt. Spotkanie odbyło się w sympatycznej atmosferze. Zostały wręczone pamiątki na ręce prezesa klubu a wszyscy goście otrzymali okazjonalne biuletyny oraz smycze. Byli także przedstawiciele TV Sfera oraz Portalu Miejskiego. Zarząd Klubu bardzo dziękuje gościom za przybycie na nasze spotkanie oraz klubowiczom za jego organizację.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2F40-lecie&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Artykuł na Portalu Miejskim - &amp;quot;Poznali się w szkole - dziś świętują 40-lecie działalności&amp;quot; oraz wiele zdjęć z imprezy: &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
http://rudaslaska.com.pl/i,poznali-sie-w-szkole---dzis-swietuja-40-lecie-dzialalnosci,100,1198226.html&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
TV Sfera - http://www.sferatv.pl/aktualnosci/ruda-slaska/14386-jubileusz-rudzkiego-klubu-grotolazow-nocek&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
TV Sfera - materiał filmowy w programie &amp;quot;Wydarzenia&amp;quot; (od. 11.32 min.): http://www.sferatv.pl/vod/informacyjne/wydarzenia/14392-wydarzenia-16-maja-2016&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Barania Góra|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki|08 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na niedzielne popołudnie za cel obieramy Baranią Górę.&lt;br /&gt;
Wejście jednak nie od Węgierskiej Górki a od strony Wisły,&lt;br /&gt;
Startujemy z Przełęczy Szarcula i czerwonym szlakiem idziemy prosto na szczyt.&lt;br /&gt;
Po drodze do schroniska na Stecówce mijamy tłumy ludzi dalej już tylko kilku.&lt;br /&gt;
Pod wieżą robimy przerwę. Decydujemy się na zejście niebieskim szlakiem(bardzo fajnym) do Wisły Czarne. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda wręcz idealna, dystans 22.4km pokonujemy w czasie 5h40min.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach - Przez Siwą Przełęcz na Ornak|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki|07 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W Tatrach już wiosna, dlatego w czasie wędrówki przez Dolinę Chochołowską i Starorobociańską mogliśmy sobie pozwolić na chodzenie w krótkim rękawie, o ile nie wiało i nie staliśmy za długo :) Śnieg pojawił się gdzieś w Żlebie pod Pyszną, jednak nie było go dużo, w wielu miejscach na powierzchnię przebijają się skały. Na Siwej Przełęczy zawróciliśmy na Ornak, po zejściu na Iwaniacką Przełęcz zdecydowaliśmy, że wydłużymy wycieczkę schodząc do Doliny Kościeliskiej. Do samochodu zostawionego w Dolinie Chochołowskiej doszliśmy Drogą pod Reglami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Nocny rajd rowerowy|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Teresa Szołtysik + ok. 150 rowerzystów|07/08 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rześka majowa noc przepłoszyła zmęczenie tatrzańskiej eskapady. Drugi raz odbył się rajd nocny (organizowany przez MOSiR) tym razem z Nowego Bytomia do ośr. Rybaczówka w Kochłowicach. Eskortowani przez służby porządkowe długim, świetlistym wężem przejechaliśmy do celu gdzie czekało ognisko i kiełbaski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Wys - zjazd z Świnickiej Przeł.|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Pawlas|07 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na drogę podejścia wybraliśmy szlak z Brzezin. Bardzo żwawo też dotarliśmy na Halę Gąsienicową gdzie o dziwo były pustki. Narty zakładamy powyżej rozdroża. Ńa dole śniegi przepadające, wyżej dość twardo. Pół żlebu na przełęcz (2051) wyszliśmy w rakach. Słynny nawis był &amp;quot;zjeżdżalny&amp;quot; choć bardzo stromy i twardy. Ponieważ jednak posiadamy dwadzieścia parę metrów liny to głównie w celach szkoleniowych zakładamy sobie zjazd z grzyba śnieżnego. Pierwsze metry więc ześlizgujemy się z pomocą liny. Dalej zjazd różny. Raz bardzo twardo a za chwilę rozmięk. W pierwszej części robię kilka obskoków. Łukasz poczynał sobie znacznie śmielej. Potem już obaj pędzimy w dół do kotła i dalej do stawów. Przy końcu śniegu znalazłem kluczyki z auta (jak co to do odebrania w recepcji schroniska Murowaniec). Przy rozbudzonym już na dobre schronisku robimy przerwę na posiłek. Dalej szybkie zejście do auta i do domu. Pogoda cały dzień dobra. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia tu: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FSwinskaPrzelecz &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - wspin w Ostryszni|&amp;lt;u&amp;gt;Paweł Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Klimczok (os. tow.)|07 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pokonano 10 dróg o trud. V - VI.1. Pogoda cały dzień znakomita, ludzi mało.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - wspin i egzamin kursowy w Piasecznie|Joanna Przymus, Michał Wyciślik, Łukasz Piskorek, Bogdan Posłuszny, Emil Stępniak, Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Ryszard Widuch (instr.), Grzegorz Szczurek z rodziną (na egzaminie instr. Jacek Szczygieł + kursanci z KKS)|03 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw wspinamy się na Cydzownikiu a potem przenosimy się na skałki Sowa gdzie odbywa się egzamin kursowy RKG i KKS.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FPiaseczno&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Jaskinie Józefa i Spełnionych Marzeń|Joanna Przymus, Łukasz Piskorek, Bogdan Posłuszny|02 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Poniedziałkowy wieczór przed egzaminem postanawiamy spędzić w jaskini. Wybór pada na jaskinię Józefa i Spełnionych Marzeń. Na miejscu spotykamy się ok 17:30, a kwadrans później jesteśmy już pod otworem jaskini Józefa zaopatrzeni w ilość lin, która wystarczyłaby do zapręczowania kilku jaskiń. Po kolei zwiedzamy wszystkie ciągi i zaglądamy w każdy zakamarek, żeby niczego nie przegapić, co skutkuje tym, że dwa razy po przeciśnięciu się do jakiegoś ślepego tunelu czekamy na ostatniego, żeby oznajmić mu &amp;quot;no to możesz zawracać&amp;quot;. Po wyjściu na dworze jeszcze jest jasno. Chwila odpoczynku i dalej kierowani wskazówkami Asi  szukamy otworu jaskini Spełnionych Marzeń, który znajdujemy prawie natychmiast. Poręczowanie przypada mi. Zjeżdżając w dół kolejne metry, jestem coraz bardziej zafascynowany tym, że nie widać końca. Posiadając jeden odcinek liny poręczuję do samego dna. Po tym jak na dnie jesteśmy już wszyscy zaglądamy i wspinamy gdzie się da. Z jaskini wychodzę ostatni już grubo po zmroku, zabezpieczmy otwór i wtedy zaczyna padać deszcz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W świetle czołówek bez pomocy GPSa wracamy lasem do samochodów. Postanawiamy zostać na miejscu do rana. Chwilę po rozpaleniu ogniska przestaje padać. Wieczór mija na rozmowie i jedzeniu. Grubo po północy idziemy spać aby następnego dnia udać się do Piaseczna.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
zdjęcia:http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fjozef&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - tura w okolicach Brennej| &amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;|01 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Beskid Śląski – trasa Brenna, Kotarz, Przełęcz Karkoszczonka, otwór jaskini Trzy Kopce, Błatnia, Brenna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Korzystając z pobytu w Brennej robię sobie tradycyjną pętle. Beskidy znacznie się przeobraziły po ataku kornika i nie poznaje rejonu wokół jaskini Trzy Kopce. Pogoda idealna do wędrówki.   &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Niżne Tatry - wypad rowerowo-skiturowy na Kralową Holę|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|01 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O świcie opuszczamy autem Łabajów i wlokąc się przez polskie i słowackie góry docieramy po kilku godzinach jazdy do Sumiaca. Miejscowość ładna choć jakaś opustoszała z kręcącymi się gdzieniegdzie Cyganami. Z ryneczku gdzie zostawiamy auto z przytroczonymi do rowerów nartami od razu pniemy się do góry. To najwyżej dostępny szlak rowerowy w całych Karpatach. Droga w większości szutrowa lecz całkiem przyzwoita. Na szczyt około 14 km podjazdu lecz my u góry wykorzystamy narty na ostatnie podejścia co nie co skróci i urozmaici osiągnięcie wierzchołka. Na dobre śniegi natrafiamy w okolicach Kralvej Skaly. Rowery ukrywamy w kosówce i na nartach podchodzimy ponad 300m pionu do tej ohydnej budowli masztu tv. Nawet spotykamy tu kilka osób. Zjazd na nartach do rowerów jak dla mnie piękny. Krótkie połacie trawy po prostu przeskakuję z rozpędu. Śniegi szybko topnieją i za kilka dni będą wspomnieniem. Zjazd rowerami w dół sprowadzał się tylko i wyłącznie do hamowania. Szybko więc osiągamy Sumiac i definitywnie kończy się nasza przygoda z Niżnymi Tatrami. Zrobiliśmy 1068 m deniwelacji i 22 km.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak to wyglądało: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FKralovaHola&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - rajd pieszy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt; + osoby tow.|1 05 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z racji braku czasu i chętnych w sobotę z samego rana po pracy zabieram się wraz z ekipą MTBT do Brennej. Trasa dość szybka Brenna- Błatnia-Wielka Laka-Szyndzielnia-Klimczok-Błatnia-Brenna. W sumie 23,6km w 4h13min. W tym samym czasie chłopaki z ekipy śmigali na nieco bardziej rozbudowanej trasie na rowerach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - okolice Stożka|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Jan Kieczka (na miejscu)|30 04 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień biegowo - rowerowy. Z Wisły Łabajowa podbiegamy zielonym szlakiem na Stożek (979). Przy schronisku krótki rest a dalej niebieskim przez Kiczory i bez szlaku do Łabajowa. Tu spotykamy się z naszym klubowym kolegą mieszkającym obecnie tutaj - Jasiem. Zostaniemy u niego na noc lecz zaliczamy jeszcze rowerowy rajd górski z Łabajowa czarnym szlakiem do Nowej Osady a dalej drogami rowerowymi do Wisły i powrót do Łabajowa. Wieczór (a właściwie sporą część nocy) spędzamy na sympatycznej pogawędce.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FStozek&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Szkolenie wspinaczkowe dla kursantów|&amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki, Asia Przymus|20-23 04 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień 1.:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Birów. Po solidnym, teoretycznym  wprowadzeniu w temat wspinania i przewinięciu przez nas kilometra liny, zabieramy się za praktykę:  zdobywanie pierwszych dróg. Uzbrojenie w dziesiątki ekspresów pchamy się w stronę nieba, próbując udowodnić, że grawitacja nie jest nam straszna. Asia zgodnie z przewidywaniami pcha się w stronę szczytu szybciej, niż da się wydawać linę, Piter pomimo początkowej niechęci do wspinaczki, teraz z uśmiechem wgryza się w skałę, a ja próbuję nie dostać zawału po wspięciu się na wysokości przekraczające półtora metra.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień 2.:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Opuszczamy Birów i przenosimy się pod Straszykową Górę. Wyraźnie rośnie poziom trudności: poza bezpiecznym wdrapaniem się na skałę i zjechaniem z niej, trzeba w międzyczasie pozować do zdjęć. Szlifując zdobyte dzień wcześniej umiejętności, coraz śmielej człapiemy tam, gdzie wzrok nie sięga. Oczywiście Asia jest daleko nad poziomem Piotra i moim: drogi, które dla nas dwóch są śmiertelnym wyzwaniem, ona robi od niechcenia, nawet się przy tym nie męcząc.&lt;br /&gt;
Ten dzień upewnia mnie w przekonaniu, że musiałem kiedyś zadrzeć z Eolem. Gdy tylko wdrapię się metr w górę, zrywa się wiatr próbujący zrzucić mnie ze skały.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień 3.:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wracamy na Górę Birów. Pojawiają się Mrok, Groza i Zniszczenie. Instruktor prezentuje nam sprzęt, za pomocą którego będziemy musieli zbudować swoje własne drogi. Po zapoznaniu się z masą różnorakiego żelastwa, próbujemy montować  dzwoniące patenty we wszystkich możliwych skalnych otworach. Stwierdzeniem przewodnim tego dnia, było: „następny będzie lepszy”.&lt;br /&gt;
Po szkoleniu i sprawdzeniu umiejętności osadzania punktów, udaje nam się jeszcze zbudować i zdemontować po jednej drodze. Oczywiście pomiędzy budową a demontażem należało trasę przejść. Jak się okazuje – ku mojemu przerażeniu – nie da się tego zrobić z zamkniętymi oczami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień 4.:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Armagedon, Ragnarok, Ostateczna Zagłada. Od samego rana wspinamy się na własnej asekuracji. Można powiedzieć, że zostałem naczelnym testerem punktów. Nie wynika to z faktu posiadania przeze mnie jakichś wybitnych umiejętności. Po prostu „jeśli się nie urwało pod tym najcięższym, to chyba się nie urwie wcale”.&lt;br /&gt;
Z wielką przyjemnością zaliczamy kilka tras, całość zwieńczając przeciśnięciem się na własnej asekuracji przez Komin Kursantów.&lt;br /&gt;
Około godziny 17 okazuje się, że zrobiliśmy już wszystko, co było do zrobienia. Innymi słowy: szkolenie dobiegło końca. Z przejmującym uczuciem bolesnej pustki w sercu, pakujemy się do samochodu i wracamy do domów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fwspin_kurs&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|2 dni w Tatrach|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Jaworska&amp;lt;/u&amp;gt;, os.tow.|16-17 04 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nie mogłam wymarzyć sobie lepszej pogody. 2 dni beztroski w Tatrach. Odwiedzam stare, dobrze znane trasy pełne wspomnień. W sobotę w Murowańcu dość dużo turystów, parę zdesperowanych skiturowców z nartami na plecach, jakiś koncert w schronisku, telewizja. Przyglądam się też z bliska akcji TOPR nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. Niedziela to spokojna wycieczka Doliną Białego w stronę Kalatówek, piękne widoki, bezchmurne niebo. Deszcz pojawia się koło godz 18 i -co najważniejsze-dopiero po dojściu do auta. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żywiecki - spacer przez Romankę i Rysiankę|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Piskorek|17 04 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Naszą trasę zaczęliśmy w Żabnicy, stamtąd  bardzo przyjemnym i pustym szlakiem skierowaliśmy się w stronę Romanki.  Z powodu fantastycznej pogody nie skąpiliśmy sobie przerw na śniadanie (pierwsze, drugie, trzecie....). Najdłuższy postój mieliśmy na Rysiance, gdzie nie wytrzymaliśmy presji tłumu i tak jak dziesiątki innych turystów znaleźliśmy sobie kawałek trawy do leżenia. Przy Lipowskiej Górze odbiliśmy zielonym szlakiem skracającym trochę obejście doliny. Na Hali Boraczej weszliśmy na niebieski szlak, którym doszliśmy z powrotem do samochodu. Przez cały dzień słońce pilnie pracowało by dodać mi kolorów (pomyliło farby, bo zamiast złocistego brązu, wyszła wściekła czerwień), jedynie ostatnią godzinę naszego marszu wtrącił się deszcz, zupełnie nas przemaczając. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Tatry Zach. - Salatyn skiturowo|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomasz Jaworski, Teresa Szołtysik, os. tow.|17 04 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przewspaniała pogoda, no może ciut za mocno wiało. Od parkingu pod wyciągiem (nie czynnym) podchodzimy na nartach po resztkach nartostrady a dalej już rynną i żlebem na szczyt Mł. Salatyna (2046). Ten cel wybrało jeszcze kilkunastu innych narciarzy z Polski i Słowacji. U góry zima. Zjazd super. Szybki i ciekawy. Śnieg firnowaty a więc bardzo pobłażliwy. W dole już prawdziwy upał ale udało nam się w fajnym stylu zjechać do parkingu bez zdejmowania nart. To chyba ostatnia taka chwila w tym sezonie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak to wyglądało: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/Salatyn&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Piętrowa Szczelina - narybek w akcji|starzy wyjadacze: Daniel Bula, Asia Przymus, Łukasz Piskorek; adepci sztuk jaskiniowych: Iwona Czaicka, Karol Pastuszka, Sylwester Siwiec|16 04 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udało się! Pomimo małej ilości chętnych, udało się w tym roku wystartować z nowym kursem taternictwa jaskiniowego organizowanym przez nasz Klub.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
W związku tym, Asia i Buli chcieli jak najszybciej pokazać nowemu „narybkowi” na co się piszą i w ostatnią sobotę 16.04.2016 r. wraz z Łukaszem zabrali nas na Jurę w okolicę Mirowa do Szczeliny Piętrowej. Jaskinia dosyć wymagająca dla początkujących „jaskiniowców” ze względu na dosyć żmudną „rozpieraczkę”, ale jeżeli chcieli przestraszyć kursantów, to im nie wyszło. Cała nasza trójka poradziła sobie wyśmienicie. Dla Sylwestra była to pierwsza w życiu jaskinia, a dla Iwony i dla mnie kolejne do dodania w ich skromnym (jak na razie !) dorobku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przodownikiem wyjazdu był Buli, który w czasie zwiedzania podziemnych korytarzy udzielał sporo rad kursantom, co do tego jak się przygotować na wyjazdy do kolejnych jaskiń. Asia z Łukaszem byli przewodnikami, którzy prowadzili i nawigowali resztę grupy po jaskini. Gdyby nawigację zostawić kursantom, to zapewne wszyscy by pomarli, bo by nie znaleźli powrotu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z tego względu wyjazd był bardzo pouczający, ale nie tylko. Pozwolił uświadomić, że przed kolejnymi wypadami kursowymi trzeba będzie się wzmocnić się fizycznie (wyjście dało w kość), zejść z brzuszkiem (nie udana próba Buliego i moja przeciśnięcia się przez pewien otwór, który dla Asi, Łukasza i Iwony nie stanowił większego problemu) oraz dozbroić się w szpej. Szczególnie na uwadze będzie miał to Sylwester, który na następny raz lepiej wybierze sobie spodnie. Tym, którzy za nim podążali, na długo w pamięci pozostanie widok jego roztarganych spodni ;) &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjazd zamiast przestraszyć, zachęcił nas kursantów do kolejnych wyjazdów -  czekamy na tatrzańskie jaskinie!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
zdjęcia:http://foto.nocek.pl/index.php?showall=&amp;amp;path=.%2F2016%2Fpietrowa&amp;amp;startat=1&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|AUSTRIA - Alpy Sztubajskie, Alpy Zillertalskie - narty i chatki|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt; (RKG), Marek Wierzbowski (UKA), Monika Strojny (TKN Tatra Team), Michał Ciszewski i Agata Klewar (KKTJ)|8 - 11 04 2016}}&lt;br /&gt;
W sprawdzonej formule, nocując w samoobsługowych schroniskach należacych do Alpenverein, spędzamy cztery dni na skiturach w Austrii. Przez ten czas podchodzimy łącznie ponad 6150 m i zjeżdżamy niemal tyle samo, o dziwo całkiem sporo w świeżym śniegu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Piątek''': Po nocnym dojeździe docieramy do Nürnberger Hütte (2297 m). Po zainstalowaniu się w chatce, pozostawiwszy Agatę w śpiworze, wychodzimy jeszcze na krótką wycieczkę na nienazwaną przełęcz (2698 m). Widoczność jest słaba, a warunki narciarskie jeszcze gorsze. Mimo tego, że na ogół cały mój kijek (1,30 m) wchodzi w śnieg, wystaje wiele kamieni, a jeszcze więcej przykryte jest tylko cienką warstewką. Zupełnie jak po pierwszych, październikowych śniegach. Na zjeździe do schroniska nasze ślizgi zyskują kilka porządnych rys, a w narcie Marka pęka krawędź.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Sobota''': Okazuje się, że w nocy spadło sporo śniegu. Przy pełnym zachmurzeniu i w umiarkowanej widoczności ruszamy ostrożnie w kierunku Freigerscharte. Po drodze dogania nas pewien (południowy) Tyrolczyk imieniem Andreas, który postanowił tego dnia kondycyjnie podejść z parkingu prosto na szczyt Wilder Freiger (3418 m). Z językami wywieszonymi do kolan idziemy śladem torowanym w puchu przez naszego nowego kolegę, który zapewnił nas, że trasę zna i że nie musimy obawiać się lodowca. Rzeczywiście, z wierzchołka zaliczyliśmy jeden z najlepszych puchowych zjazdów sezonu. Brak słońca działał tylko na naszą korzyść, bo jakiekolwiek podgrzanie mocno zaśnieżonych stoków niechybnie skończyłoby się lawiną. Po obiedzie zjeżdżamy na parking - traumatyczne przeżycie; z całą pewnością najgorszy zjazd sezonu z powodu zabójczych dla nart kamieni. Przemieszczamy się samochodem do doliny Ziller i w świetle czołówek podchodzimy do Berliner Hütte (2042 m). Do nowego miejsca zakwaterowania docieramy grubo po północy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Niedziela''': Wychodzimy na III. Hornspitze (Berliner Spitze). Tym razem, dla odmiany, przez całe popołudnie towarzyszyło nam palące słońce. Znowu spotykamy miejscowych, którzy niby robią podobne rzeczy jak my, tylko tyle, że podchodząc z samego podnóża gór. Z uwagi na późną porę, wierzchołek sobie odpuszczamy i rozpoczynamy pyszny, puchowy zjazd z przełeczy pod szczytem (3174 m). Tego wieczora mamy w chatce aż sześciu gości i nie musimy nigdzie się spieszyć. Udaje mi się nawet przeczytać kilka stron książki.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Poniedziałek''': Austriacy budzą nas krzątaniną o czwartej trzydzieści nad ranem, a godzinę później dobudzają jeszcze dzwoniąc śrubami lodowymi (sypialnia jest najlepszym miejscem, żeby je przechowywać, czyż nie?). Przyznaję, że jestem pod dużym wrażeniem kultury górskiej tych dobrych ludzi (większość miała na kurtkach dumne naszywki &amp;quot;Przewodnik górski IVBV&amp;quot;). Koledzy zostawili śmieci, a jeden nawet specjalnie wrócił się, żeby dołożyć do nich jeszcze jedną puszkę po piwie. Cóż, być może zamierzali przez chatkę wracać. W każdym razie, bez Agaty, która skuteczniej niż my zakopała się w śpiworze, ledwo widocznym śladem ścigamy naszych oprawców na Schwarzenstein (3368 m). Choć dzień jest bardzo słoneczny i przyjemny, to jednak wczesna pora rozpoczęcia naszej wycieczki i dobór trasy pod kątem stabilności lawinowej oznaczają dla nas nieprzyjemności na zjeździe. Pierwsze 300 m to pyszny puch, ale dalej przychodzi nam zjeżdżać po lodoszreni i betonach. Po obiedzie w chatce zjeżdżamy/znosimy narty na parking i wracamy do Polski.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - okolice Ogrodzieńca na rowerach|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|10 04 2016}} &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ta niedziela była zaprzeczeniem poprzedniej gdzie w letnich strojach i warunkach uprawialiśmy wspinaczkę w skałkach Łutowca. Skitury w Tatrach nie były zbyt dobrym pomysłem więc koniec końców wyskoczyliśmy na rowery na równie zamgloną, mokrą i dość chłodną (6 st.) Jurę. Z Ogrodzieńca piaszczystymi traktami do ośrodka Krempa gdzie są akweny wodne. Dalej przez lasy do Śrubarni i Żelazka. Stąd pięknym do jazdy rowerem górskim szlakiem pomknęliśmy do Podzamcza. Okolice zamku Bonerów to obecnie jakiś cyrk (gabinety strachu, kramy, sklepiki, park linowy, itp.). Skały za zamkiem wydają się jeszcze odcięte od &amp;quot;atrakcji&amp;quot;. Tym nie mniej jednak w tych warunkach było tu zupełnie pusto. Stąd jeszcze jedziemy w stronę Birowa i Bzowa i od północy wróciliśmy do punktu startu w Ogrodzieńcu. Nawet fajna wycieczka jak na tak ponury dzień.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FOgrodzieniec&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - Klimczok|&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Zięć&amp;lt;/u&amp;gt; z rodziną i os.tow.|03.04.2016}}&lt;br /&gt;
Na przywitanie wiosny trasa z Dębowca przez Szyndzielnie na Klimczok i z powrotem. Pogoda już prawie letnia (trasę pokonałem w krótkich spodenkach). Powyżej schroniska na Szyndzielni jeszcze w śniegu, choć mokrym i płynącym. Na szlakach masa rowerzystów, na których coraz bardziej trzeba uważać szczególnie idąc z dziećmi bo mkną w dół bez hamulców :)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - wspin w Łutowcu|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Piskorek, Joanna Przymus, Teresa Szołtysik, Karol Jagoda i Ania, Łukasz Pawlas, Damian Żmuda i Kasia, Ania Bil, Sławek Musiał i jeden pies|03 04 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wręcz upalny dzień wygnał z domu wszelkich wspinaczy a wielu z nich wybrało jako cel wiosennego przetarcia skałki Łutowca. Grupka z naszego klubu wspinała się głównie na Knurze i Zamkowej Turni przechodząc wiele dróg od IV do VI.3. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/Lutowiec&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - trawers Czarnej|Damian Szołtysik, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, os.tow., w okolicy kręcił się również Ryszard Widuch z Marzeną|02.04.2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zaczyna się wiosna. Jest to jedyne wytłumaczenie jakie znajduję dla faktu, że w końcu ktoś zdecydował się zrezygnować ze skiturów na rzecz jaskini. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na początek sezonu poskiturowego padł trawers Czarnej. Zaklepywanie kto i co wspina zaczęliśmy już w samochodzie. Całe szczęście, że trafiłam na dżentelmenów, którzy ustąpili mi większość wspinaczek oraz jeden trawers. Dla urozmaicenia wybraliśmy drogę z obejściem Węgierskiego Komina. Mieliśmy również zjechać  Brązowym Progiem, niestety okazało się to niemożliwe z powodu wysokiego poziomu wody. Wyszliśmy za dnia (pięknego, ciepłego i słonecznego). Ja zaczęłam doszukiwać się oznak wiosny - ptaszki, roztopy i krokusy, chłopcy natomiast uronili łezkę nad coraz bardziej uszczuplającymi się połaciami śniegu.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/Czarna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|AUSTRIA - Karyntia - Wielkanoc na nartach|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Marek Wierzbowski i Małgorzata Czeczott (UKA) z dziećmi Julią i Stefanem|26 - 29 03 2016}}&lt;br /&gt;
W związku z wysypaniem się moich planów narciarskich w Kaukazie, skorzystałem z zaproszenia Marka do spędzenia świąt wielkanocnych z jego rodziną. Naszą bazą wypadową było miasteczko Flattach, znajdujące się po południowej stronie grani głównej Wysokich Taurów. W ciągu czterech dni w Austrii udaje mi się wyjść na trzy wycieczki skiturowe w rejonie Goldberggruppe i spędzić jeden dzień na wyciągach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Sobota''': Wybieram się z Gogo na Stellkopf (2852 m, niecałe 900 m podejścia). Niewiele pamiętam, bo byłem po nocnym dojeździe. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Niedziela''': Wspólnie z Markiem podchodzimy na Hoher Sonnblick (3106 m). Startujemy z wysokości 1530, więc dzień jest długi i schodzi nam dużo wody.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Poniedziałek''': Całą grupą wybieramy się do ośrodka narciarskiego na lodowcu Mölltaler Gletscher. Przez pół dnia Gogo kondycyjnie podchodzi na fokach wzdłuż tras, a w tym samym czasie Marek jeździ po trasach ze mną i z dziećmi. Potem dzieci przechodzą pod opiekę matki, a my z Markiem możemy wyszaleć się poza trasą. Niestety, po niedzielnej wycieczce czuję bardzo duże zmęczenie  w nogach i ogólnie rzecz biorąc, błagam dużo bardziej rozjeżdżonego ode mnie Marka o litość.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Wtorek''': Ruszamy z Gogo spod gościńca Jamnighütte w gminie Mallnitz (uwaga, droga płatna 4 EUR, automat na monety!) z zamiarem wejścia na Vorderer Geisslkopf (2974). Od rana jest jednak bardzo ciepło i słonecznie, co wpływa w naszej ocenie niekorzystnie na stabilność pokrywy śnieżnej. Na przełęczy Feldseescharte (2714) widząc nachylenie żlebu prowadzącego na szczyt podejmujemy decyzję o odwrocie. Mimo wszystko, zrobiliśmy uczciwy tysiąc metrów podejścia, a i zjazd tego dnia był moim zdaniem najlepszy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Poza poniedziałkowym przedpołudniem, widziałem sporo słońca. Nie musiałem ani przez moment nosić nart na plecach i codziennie choć kawałek zjeżdżałem w przyjemnym, miękkim śniegu. Wieczorami miałem zamiar trochę popracować, ale zmęczenie kompletnie mi na to nie pozwoliło i co najwyżej byłem w stanie pójść na spacer na plac zabaw z dziećmi. I właśnie o to chodziło. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - Czantoria na Czantorii|&amp;lt;u&amp;gt;Ola Rymarczyk&amp;lt;/u&amp;gt;, Wojtek, Czantoria &amp;amp; Czeremosz|28 03 2016}}&lt;br /&gt;
Pierwszy weekend po jesienno-zimowym sezonie grypowym, kiedy to żaden z członków rodziny nie wykazywał oznak choroby, postanowiliśmy uczcić drobną wycieczką. Skorzystaliśmy z miejscowych udogodnień i atrakcji, także pierwszy odcinek pokonujemy ELKĄ, lecz z twardym postanowieniem, że tylko w jedną stronę;) Warto było jednak choć przez chwilę zaznać cudownego uczucia, kiedy słońce rozgrzewa kości, a ty możesz siedzieć w miejscu, bo dzieci są... przymocowane. Kolejny etap to dojście od kolejki na szczyt Czantorii. Muszę przyznać, że trochę wyszliśmy z wprawy w kwestii &amp;quot;ogarniania&amp;quot; i w dalszą drogę wyruszyliśmy po 14 (tłumacząc sobie, że to wina zmiany czasu). Po kolejnych nieudanych próbach zagonienia w jednym kierunku (ledwie) dwuosobowej dzieciarni przyjmujemy metodę na wielbłąda - kogo i co się da - na plecy i w drogę. I sukces! jest szyczyt! a ja prawie padam ze zmęczenia. Zastanawiamy się czy bilety w jedną stronę to było dobre rozwiązanie. Zosia i Staś bawią się w najlepsze na śniegu (nie mieli za bardzo okazji w tym roku), a ja próbuję wyrównać oddech. Do zejścia niebieskim szlakiem, doliną Potoku Gronik, Wojtek jest dość sceptycznie nastawiony, jest 15, a do auta będzie jeszcze kawałek dreptania. Na szczęście wyłączam racjonalizm i przekonuję go, że nie będzie tak źle. Uciekamy wreszcie od tłumów i od razu jakoś lepiej, lżej się idzie. Wreszcie wiatr, jakaś polana. Mijamy schronisko i w dół - ostatni śnieżny odcinek. Szlak bardzo przyjemny, żywego ducha, a strome zbocza doliny robią wrażenie. Kiedy dochodzimy do głównej drogi robimy mały przepak - chłopaki idą po auto, a ja i nasz własna mała Czantoria przeżywamy w opowiadaniach ten dzień raz jeszcze. /Czeremosz na odwiedzenie swojego imiennika będzie musiał zaczekać pewnie dłużej ;)/&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura Pd. - wspina w Słonecznych Skałach|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska, Ania Bil, Sławek Musiał, Kasia Rupiewicz, Damian Żmuda i os. tow.|28 03 2016}}&lt;br /&gt;
W wyniku tzw. &amp;quot;szumów komunikacyjnych&amp;quot; ja z Alą wspinamy się na Słonecznych Skałach (jak było ustalone dzień wcześniej), a reszta na sąsiednich Witkowych Skałach. W związku z dobranymi projektami na ten dzień, spotykamy się razem dopiero popołudniu robiąc razem tylko jedną drogę i składając sobie świąteczne życzenia. Z konkretów to ja nie urobiłem nic ciekawego, a reszta to nawet nie wiem:) choć znając Damiana zrobił &amp;quot;Speleologię dekoltu&amp;quot; i to nie raz:) &lt;br /&gt;
Jak na taką pogodę i wybrane miejsce, to można powiedzieć, że ludzi BRAK!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - skiturowy debiut na Pilsku| Michał Wyciślik, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|28 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Śniegu mało, narty za długie, buty dużo za duże i kijki za krótkie, a tak w ogóle to nigdy nie jeździłam na skiturach. Nadrabiałam zapałem, dobrymi radami Michała i energią czerpaną ze słońca.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Polana Strugi, z której mieliśmy wystartować, wyglądała tak jakby nie widziała Zimy tej zimy. W poszukiwaniu śniegu wjechaliśmy wyciągiem na Szczawiny. Stamtąd w słońcu i upale, slalomem między wyciągami i unikając zderzenia czołowego z narciarzami weszliśmy na szczyt. Potem zjechaliśmy do schroniska na Halę Miziową, poopalaliśmy się na ławce i jeszcze raz weszliśmy na szczyt. Zjechaliśmy z powrotem na Szczawiny, przejechaliśmy pod taśmą i dojechaliśmy nieczynną nartostradą ,,tam gdzie się da&amp;quot;. Dalej pieszo w błocie i po kamieniach na sam dół. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spodobały mi się te skitury, tylko następnym razem nie dam się podpuścić opowieściom Damiana o Teresie jeżdżącej w jego sprzęcie i nie będę pchała nóg w buty cztery rozmiary za duże... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - z Rysianki na Krawców Wierch|&amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;, Sonia Tomanek (os. tow.)|28 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Start z Złatnej Huty na Rysiankę. Wyżej idzie się w śniegu. Z Rysianki granicznym szlakiem na Krawców Wierch niemal ciągle po śniegu. Szlak pusty. Powrót do Złatnej i kilka kilometrów drogą do auta zostawionego w Hucie. Niżej śniegu brak. Cała trasa zrobiona z buta.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Tatry Wys. - Świstowy Szczyt na skiturach|Paweł, Teresa, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, przy Zbójnickiej Chacie spotkaliśmy ekipę z SBB - Beata i Paweł Kasperkiewicz, Jakub Krajewski oraz 3 inne osoby|27 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przepiękna trasa choć nie zbyt trudna na Świstowy Szczyt (2386) w słowackich Tatrach Wysokich. Najpierw w niepewnej pogodzie startujemy z Starego Smokoca na Hrebieniok (1282). Podejście z buta gdyż śniegu było za mało. Od Hrebienioka warunki bardzo dobre. Podchodzimy szlakiem rezerwując sobie późniejszy zjazd dnem doliny. W dolinie dość wielu skiturowców gdyż i warunki, i pogoda, i piękno tego zakątka Tatr działają magnetycznie. Im wyżej tym pogoda lepsza. Aby nie było jednak zbyt pięknie udaje mi się złamać kijek podczas zbijania śniegu przyklejonego do foki (zdartej zresztą do zera). Z Dzikiej Kotliny podchodzi się częściowo Świstową Granią wprost na szczyt należący do główniej grani Tatr. W moim przypadku jestem skasowany walką z zniszczonymi fokami (a właściwie przyklejającymi się tonami śniegu do jej spodu) i pracą złamanym kijkiem. Jako ostatni dowlekam się na szczyt. Nagle robi się cudownie. Chmury znikają gdzieś w dole i sąsiednimi graniami a my zostajemy w słońcu pod granatowym niebem otoczni granitowymi kolosami. Niemal idealny warun do zjazdu. W kilka chwil tracimy wysokość upajając się każdą sekundą zjazdu. Przy Zbójnickiej Chacie spotykamy przypadkowo grupkę naszych przyjaciół z Speleoklubu Bielsko Biała. Potem doliną pędzimy najpierw pośród kosówek a potem w lesie aż do Hrebienioka. Ostatni odcinek niestety z buta ale i tak było cudownie. Zrobiliśmy 1400 m deniwelacji i 20 km.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FSwistowySzczyt&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Jaskinia Jasna w Strzegowej - Egzamin na Kartę Taternika|Ryszard Widuch Jacek Szczygieł (KKS), Mateusz Golicz, Asia Przymus, Kaja Kałużyńska (SŁ), Piotr Strzelecki, Emil Stępniak, Bogdan Posłuszny, Łukasz Piskorek |20 03 2016}}&lt;br /&gt;
Pytania nie trafiły, stres dopadł, zimno było, a Emil nas wszystkich zdołował. Piter zapomniał uprzęży, a Jackowi pomyliły się terminy egzaminów (ubrał się jak na swój, majowy). Po prostu to nie był dobry dzień. Zdarza się. Ja na prawo jazdy zdałem za trzecim razem...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Dolina Goryczkowa|Henryk Tomanek, Justyna (os. tow.)|19 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótka wycieczka do kotła Goryczkowego nowym szlakiem skiturowym&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Tatry Wys. - Łomnicka Wieża na skiturach|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomasz Jaworski, Teresa Szołtysik|19 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z Tatrzańskiej Łomnicy podejście nartostradami w stronę Łomnickiej Przełęczy. Potem na wprost na Łomnicką Wieżę (2215). Pogoda znakomita, właściwie bezwietrznie. Z szczytu zjeżdżamy przez przełęcz w Łomnickim Grzebieniu a potem aż do auta nartostradami. Zrobiliśmy 1325 m przewyższenia. Tu zdjęcia (niezbyt udane): http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FLomnickaVeza&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Jaskinia Kalacka i Nosal|&amp;lt;u&amp;gt;Joanna Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|13 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pod Kalacką Turnię doszłam od strony schroniska na Kalatówkach. Po wgłębieniu się w opis dojścia do jaskini Kalackiej wytypowałam dwie najbardziej prawdopodobne drogi odpowiadające wskazówce ,,''podchodzimy wprost do góry''&amp;quot;. Ostateczną decyzję podjęła moja kobieca intuicja i ze zdziwieniem odkryłam, że ona naprawdę działa. Działa też moja bujna wyobraźnia, która podsunęła mi w jaskini wizję chrapiącego misia. Miś okazał się przebudzonym motylem, a każdy ruch jego przemrożonych skrzydełek był słyszalny w całej komorze wstępnej.... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia przyjemna, miejscami bardzo błotnista (szczególnie jeśli się postanowi wepchnąć w każdą szczelinę). Wycieczka zajęła mi godzinę. Udało mi się dojść do końca, mimo, że miejscami korytarz bardziej przypominał wyrobisko górnicze przed zawałem niż jaskinię...  (ps. opis jaskini trochę nieaktualny - brak kraty na wejściu)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po powrocie na szlak i szybkiej, telefonicznej konsultacji z grupą skitourową postanawiłam jeszcze marszobiegiem podejść na Kondratową Polanę, popodziwiać widoki. Widoki miałam podobne jak reszta ekipy - ,,mleko&amp;quot;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej, zgodnie z planem, wróciłam do Kuźnic, zmieniłam szlak i weszłam na Nosal. Znowu podziwiałam ,,mleko&amp;quot;. Na poziomie miasta udało mi się dwa razy zgubić, nim trafiłam do samochodu. Skitourowcy zjawili się 10 min później. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/kalacka  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Kasprowy na skiturach|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomasz Jaworski, Teresa Szołtysik, Joanna Przymus|13 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Mleko, tak można określić pogodę panującą ostatnimi dniami w Tatrach. Podchodzimy na Halę Gąsienicową przez Boczań lecz narty zakładamy dopiero nad przełęczą gdyż dolne partie gór są tylko przylukrowane śniegiem. Krótki popas w Murowańcu a dalej szlakiem na Kasprowy Wierch gdyż w tych warunkach to jedyny sensowny cel. Z wietrznego i mglistego szczytu zjeżdżamy do Dol. Goryczkowej testując przy okazji nasze błędniki. Niżej jest lepiej więc jeszcze śmigamy na Kondratową a potem całkiem w nie złych warunkach niemal do Kuźnic. Asia w tym czasie zrobiła sobie też ciekawą wycieczkę o czym zapewne napisze.&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/Kasprowy&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - kurs lawinowy IIgo stopnia|&amp;lt;u&amp;gt;Dariusz Rank&amp;lt;/u&amp;gt;, + inne osoby z całej Polski|11-13 03 2016}}&lt;br /&gt;
Od piątku do niedzieli miałem okazję brać udział w prowadzonym w Pięciu Stawach kursie lawinowym 2-go stopnia. Kurs miał za zadanie rozszerzenie podstawowej wiedzy lawinowej o tzw. &amp;quot;trudne scenariusze&amp;quot;. W naszej niewielkiej - 6cio osobowej grupie pod okiem doświadczonego ratownika TOPRu - Marcina Józefowicza - szefa szkolenia TOPRowców specjalizującego się w temacie lawin, zdobywamy nową wiedzę i ćwiczymy ją w praktyce. Po krótkim podsumowaniu podstawowej wiedzy lawinowej mieliśmy okazję przećwiczyć sposoby poszukiwania wielu zasypanych w bliskiej odległości od siebie (metoda wąskich korytarzy i trzech kółek), poszukiwania w przypadku głębokich zasypań, poznać zasady szukania w trybie analogowym, zasady postępowania gdy wyświetlacz detektora zostanie uszkodzony lub gdy padnie nam bateria oraz zastanowić się nad logistyką akcji ratunkowej, poznać odwrotny triage i jego zastosowanie w wypadku lawinowym.&lt;br /&gt;
W ostatni dzień szkolenia odgrywaliśmy scenki lawinowe przeprowadzając symulowane akcje poszukiwawczo ratunkowe na zasypanych manekinach z, i bez detektorów lawinowych. Nasze działania mogliśmy późnej przeanalizować na nagranych w trakcie naszych działań materiałach filmowych oraz poznać nasze słabe strony, nad którymi musimy jeszcze poćwiczyć.&lt;br /&gt;
Okazało się, że wbrew pozorom największy nacisk powinniśmy położyć nie na ćwiczenie szukania zasypanych, a na ich odkopywanie, czego z doświadczenia wiem, że prawie nikt samodzielnie nie ćwiczy. Praktycznie każdy z nas popełniał też błędy w sondowaniu (sondowanie pionowo w dół a nie prostopadle do powierzchni śniegu) na czym traciliśmy kilka cennych sekund. Zapominaliśmy też o monitorowaniu stanu zdrowia już odkopanych osób (wg. zaleceń IKAR powinno się to robić co 2min) zostawiając odkopane osoby z funkcjami życiowymi na lawinisku same sobie, co powodowało, że część odkopanych &amp;quot;żywych&amp;quot; straciliśmy podczas odkopywania pozostałych.&lt;br /&gt;
Generalnie bardzo interesujące i pouczające zajęcia, które na pewno wiele nas nauczyły i dały wskazówki nad czym pracować i co ćwiczyć z osobami, z którymi udajemy się później w zimowe góry.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry, Beskid Żywiecki - Dynamicznie planowany weekend|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt; i momentami Monika Strojny (TKN Tatra Team) i Marek Wierzbowski (UKA)|05 - 07 03 2016}}&lt;br /&gt;
W sobotę rano jedziemy z Moniką na Słowację. Za 3,33 EUR / os. wjeżdżamy kolejką w Skrajną Salatyńską Dolinę. Świeże lawiniska na północnych zboczach przekonują nas do pierwszej zmiany planów i przyjęcia kursu na Brestovą. Druga zmiana planów została wymuszona przez halny, tuż pod granią Skrajnego Salatyna. Po drodze kilka razy tuliliśmy się do stoku w związku z przewracającym wiatrem, ale kiedy czas oczekiwania na możliwość dalszej wędrówki przekroczył pięć minut, doszliśmy do wniosku, że już nam wystarczy. Pierwszy raz przepinałem się do zjazdu na leżąco. Warto odnotować, że warunki w dół w tym rejonie są nawet przyjemne. Ponieważ zmęczyliśmy się dużo mniej, niż było w planie, wieczorem doprawiamy się wspólnie z Markiem przebieżką tam i z powrotem na Halę Gąsienicową. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę z kolei widok za oknem doprowadził mnie do jedynie słusznego wniosku, że należy się spakować i pojechać na Pilsko. Przemieszczam się wobec tego przez Słowację i w okazyjnej cenie 35 PLN nabywam popołudniowy karnet, który pozwala mi dostać się kolejką linową na Halę Szczawiny. Poranna decyzja była dobra, bo już na wysokości Szczawin panowała w miarę sensowna zima, a na Hali Miziowej padał zupełnie poprawny śnieg. Korzystając z pustek, jeżdżę trochę w górę i w dół i trochę pracuję w schronisku, a po zamknięciu ośrodka przemieszczam się na fokach na Halę Lipowską (notka na przyszłość - zajmuje to 1h10m). Tam spędzam noc i w poniedziałek bladym świtem wracam na Halę Miziową (1h40m), zjeżdżam na Szczawiny i wypraszam darmowy przejazd kolejką w dół, do samochodu, żeby zdążyć do pracy na spotkanie w samo południe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Pilsko na skiturach|&amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;, os. tow.: Justyna|06 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjście na Pilsko od przeł. Glinne. Śnieg dopiero od granicy lasu. Na szczycie mgła i zadymka. Zjazd/zejście tą samą drogą.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - okolice Brennej|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Piskorek&amp;lt;/u&amp;gt;, os. tow.: Martyna, Kasia, Marta i Dominika|06 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Moje założenie na ten weekend miało(tak tak miało) być proste odpoczynek od jakichkolwiek wyjazdów aby choć w minimalnym stopniu zregenerować siły. Miałem nawet nie czytać wiadomości, żeby mnie nie kusiło ale tym razem znowu uległem odbierając telefon w dodatku o 3 nad ranem(albo w nocy jak kto woli). &amp;quot;Może jutro wyskoczymy gdzieś w góry pohasać ale, żeby nie było jakoś specjalnie hardcorowo?&amp;quot;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
No i się zgodziłem. Myśląc, że jedziemy sami napisałem nawet do reszty, że można się zabrać z nami a rano okazało się, że to ja jestem piąty w samochodzie. Trasa jak się okazało również była ustalona lecz nie zostałem do końca wyjazdu dopuszczony do tajemnicy jej poznania. Swoją drogą ciekawe dlaczego?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
A wyglądała następująco z Brennej ruszamy niebieskim szlakiem na Kotarz dalej czerwonym na Przełęcz Salmopolską następnie na Trzy Kopce Wiślańskie(przez Smerekowiec) dalej niebieskim na Orłową, żółtym na Stary Groń i zielonym do Brennej.&lt;br /&gt;
Trasa 25.9km w niecałe 6h30min Pogoda mogła by być lepsza jak na taki spacer ale przynajmniej nie padało non stop no i było o czym pogadać. Zaproszenie na kurs nadal aktualne!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Mł. Fatra - ferrata i skitury na Velką Lukę|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomasz Jaworski, Teresa Szołtysik, WM|06 03 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W strugach deszczu ruszamy z Stranego doliną Pivowarskego Potoku z nartami na plecach. Śniegu brak. Głęboko wcięta dolina przekształca się wyżej w skalisty wąwóz, którego ścianami poprowadzono Ferratę HZS. Może nie jest ona specjalnie trudna lecz w zimowych warunkach podchodzimy do niej z należytą powagą. W uprzężach wspinaczkowych z lonżami przechodzimy po stalowych linach, które czasem znikają pod śniegiem. Dodatkową atrakcją jest szumiący w dole potok, który pokonujemy często różnym wariantami bacząc by nie urozmaicić przypadkiem wycieczki o nie planowany kanioning. Przejście trudności w tych warunkach jest atrakcyjne, zwłaszcza, że nagle pojawia się mnóstwo śniegu. Po sforsowaniu wąwozu zakładamy narty i na fokach podążamy w gęstej mgle wprost na szczyt Velkiej Luki (1476). Biała mgła i biały śnieg zlewają się w jedno więc na szczyt docieramy posiłkując się wskazaniami GPSa. Stalowy maszt znajdujący się na szczycie dostrzegamy dopiero z kilku metrów. Na szczęście za ogrodzeniem jest osłonięte od wiatru miejsce więc dość wygodnie przepinamy się do zjazdu. Z uwagi na warunki zjazd ciekawy a śnieg całkiem dobry (jak na dole padał deszcz to tu sypał śnieg). Wkrótce dojeżdżamy do nartostrady i nią w dół a dalej szlakiem dokąd tylko pozwala śnieg. Później jednak narty ku naszej złości znów wędrują na plecy i z buta docieramy do auta już w znacznie lepszej pogodzie. Bardzo fajna i urozmaicona tura i tylko żal tych 3 km na butach w dół. Zrobiliśmy 952 m deniwelacji, czas: 6 h.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FVelkaLuka &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|ARGENTYNA: Andy - wyjście na Aconcagua (6963)|&amp;lt;u&amp;gt;Paweł Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Klimczok (os. tow.)|13 - 27 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjście na najwyższy szczyt obu Ameryk drogą &amp;quot;normalną&amp;quot;. Szczegóły w WYPRAWACH - http://nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Andy , tuz zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FAconcagua&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Smocza Jama|&amp;lt;u&amp;gt;Joanna Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|27 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W czasie kiedy kursanci wesoło pląsali między syfonami w Miętusiej Wyżnej, ja musiałam po raz kolejny odpuścić wizytę w tej jaskini. Pogoda niesprzyjająca czytaniu książki na bazie, dlatego zdecydowałam się na krótki spacer - kolejny z cyklu ,,Tatry - podstawy i początki&amp;quot;. Wybrałam  Smoczą Jamę. Tłumy turystów napotkanych w Dolinie Kościeliskiej, na szczęście da mnie, nie odważyły się zapuścić za odstraszający znak ,,uwaga lawiny&amp;quot; znajdujący się na wejściu do Wąwozu Kraków. Owszem po drodze napotkałam małe lawiniątka, jednak zamiast wzbudzić moje przerażenie, raczej fascynowały, szczególnie ze względu na szkolenie lawinowe z dnia poprzedniego. Powyżej drabiny ślisko, a Jama kończy się szybciej niż zaczyna. Szlak schodzący do Wyżniej Pisanej Polany zaoferował ciekawszą niż zwykle perspektywę otoczenia Doliny Kościeliskiej, co zaowocowało kolejnym postojem ,,topograficznym&amp;quot;.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Tatry Niżne - granią na rakietach|&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Zięć&amp;lt;/u&amp;gt;, Krzysztof Atamaniuk, os. tow.: Agnieszka, Rafał, Krzysiek i Marek|25 - 28 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Plan był by powtórzyć po części jesienną wyprawę w Tatry Niżne, ale tym razem w otoczeniu śniegu i przemierzyć trasę na rakietach śnieżnych.&lt;br /&gt;
Mieliśmy 4 dni by dojechać w Tatry, przejść trasę i wrócić na Śląsk. W czwartek z samego rana wyjeżdżamy na dwa auta na Słowację. Zostawiamy auto Demanovskiej Dolinie i dwoma autobusami przenosimy się na start, tj. do Vysna Boca. Stamtąd idziemy niebieskim szlakiem w stronę głównej grani gdzie przebiega czerwony szlak i nim na wschód w stronę Ramzy, gdzie mamy zaplanowany pierwszy nocleg w szałasie oddalonym ok 50m od szlaku. W szałasie nocuję prócz nas jeszcze dwóch Czechów i jeden Słowak - wszyscy trzej na skiturach. Warunki śniegowe na grani wyśmienite, śniegu co najmniej 50 cm, choć w większości lekko zmrożony i tworzy się skorupa. Chodzenie w samych butach powoduje zapadanie się po kolana, także rakiety bądź skitury obowiązkowe. Rano przy bezchmurnej pogodzie czerwonym szlakiem idziemy na zachód, aż do schroniska Chata gen. Stefanika. Tu za 21€ od osoby dostajemy nocleg ze śniadaniem (dla zainteresowanych piwo jest po 2,5€ - co i tak moim zdaniem jest nie drogo zważając że cały towar w schronisku został wniesiony na plecach). Niestety w schronisku była awaria wody i prysznice były nieczynne, także zostały mokre chusteczki :)&lt;br /&gt;
Trzeci dzień startujemy w gęstej mgle a musimy zaraz za schroniskiem wdrapać się na Dumbier (2043m). Niestety pogoda nie pozwala podziwiać widoków - widać do 10m. Na szczęście im dalej w stronę Chopoka tym pogoda się poprawia, mgła schodzi a niebo staje się praktycznie bezchmurne. Od schroniska do Chopoka mijają nas praktycznie sami skiturowcy. Ludzi na rakietach jak na lekarstwo, ludzi w samych butach można policzyć na placach jednej ręki. Ale nie dziwię się, sam przekonałem się że następny tego typu wyjazd to tylko skitury. To co ja musiałem schodzić i zajmowało mi to niewiele mniej nich wchodzenie, skiturowcy pokonywali w sekundach. Po schronisku również widać iż trend idzie w stronę skiturów, praktycznie 90% obecnych byli na nartach. &lt;br /&gt;
W niższych partiach jak okolice Certovicy można spotkać jeszcze ludzi na biegówkach, ale gdy już idzie o podchodzenie powyżej 1700m to tylko skitury. Na koniec ostatni nocleg pod namiotem z ogniskiem w tle i w niedziele do domu.&lt;br /&gt;
Trochę statystyk: Pokonaliśmy 86km z tego 30km na nogach. Na nogach podejść było 3409m, zejść 2344m. Po płaskim z tego było tylko 4,2km.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia z wyjazdu: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/TatryNizne&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Austria-skitury| &amp;lt;u&amp;gt;Ola Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Daniel W.|11 02 -28 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
16 dni na nartach plus jeden dzień wspinaczkowy. Pomimo słabej zimy niezwykle udany wyjazd podczas którego skiturowo zwiedzamy rejon Höllengebirge, Dachstein oraz Alpy Berchtesgadeńskie, doskonalimy moje umiejętności narciarskie (nie ma to jak prywatny instruktor!), bawimy się w poszukiwanie pipsa oraz odwiedzamy austriackich znajomych. Przez kilka dni towarzyszy nam również Klaus. W ramach dnia restowego wspinamy się w St. Gilgen w rejonie Plombergstein (http://www.bergsteigen.com/klettergarten/salzburg/salzkammergut-berge/plombergstein), ćwiczymy techniki linowe, a nawet zwiedzamy okoliczną jaskinię!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Jaskinia Miętusia Wyżnia - kurs|Mateusz Golicz, Łukasz Piskorek, Bogdan Posłuszny, &amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki, Kaja Kałużyńska (SŁ)|28 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Od rana wszystko wydawało się jakby nie takie, jakim być powinno: obolała Asia trzeszcząc stawami oznajmiła, że rezygnuje z wyjścia do jaskini, Piter wyglądał jakby ktoś go zjadł i częściowo strawił, a ja po średnio przespanej nocy czułem, że zamiast zapału do odwiedzenia dziury – wypełnia mnie  egzystencjalny ból i toczące mój organizm przeziębienie. Do tego kanapka, która miała zostać zabrana do jaskini, wyszła jakoś dziwnie. Bo i bułka krzywo się ukroiła i ser wyglądał jakoś tak mało zachęcająco. Tylko Łukasz i Bogdan bez względu na warunki i samopoczucie, od rana buchali z nozdrzy parą nie mogąc się doczekać jaskiniowych przeszkód. Ale u nich to normalne.	&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne oznaki nadchodzących ciężkich czasów, zaczęły się pojawiać po wyjściu z bazy: na starcie mieliśmy ponad 20 minut poślizgu, niebo wyglądało jakby miało zamiar zwymiotować na nas jednocześnie deszczem, śniegiem, żabami i ogniem piekielnym, a delikatny wiaterek starał się zedrzeć nam skórę z twarzy. Mimo to, ruszyliśmy w komplecie. Przyznam się bez bicia: szedłem bez większego przekonania i wiary, że uda mi się dotrzeć do jaskini. Jedno było pewne: idę na Wyżnią Miętusią Rówień, czyli do ostatniego miejsca z którego mogę wycofać się sam. Właśnie tam zdecyduję czy mam siłę i zapał, by iść dalej. Pech chciał, że jakoś wpadłem w głębokie zamyślenie i nim zorientowałem się co robimy – doszliśmy bez większych problemów do podnóża Małej Świstówki. Tak to bywa, gdy człowiek zamiast myśleć o bolączkach egzystencjalnych i słabościach ciała, skupia się na kamieniach pod nogami, próbując nie wybić sobie zębów podczas stawiania kolejnych kroków.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przeprawa spod Świstówki do otworu jaskini idzie sprawniej niż dzień wcześniej podczas szkolenia lawinowo-rakowo-czekanowego: mokry śnieg daje stabilniejsze oparcie. Poza tym, lwia część drogi została przetarta, gdy gnaliśmy w górę odbyć taniec z czekanami. Szczęśliwie dochodzimy pod otwór Jaskini Miętusiej Wyżniej nawet nie mając stanu przedzawałowego. Nie pozostaje nic innego, jak wtarabanić się kilka metrów na linie w górę, skąd łypie na nas otwór jaskini.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Założenia dotyczące zaliczenia Jaskini Miętusiej były następujące: pracujemy głównie Piter i ja (bo podobno się obijamy, co wcale nie jest prawdą. To nie nasza wina, że ciężko nadążyć za pozostałymi speleopsychopatami z kursu). Zakładamy, że ja biorę na siebie część jaskini do syfonów, a jeśli uda się je pokonać – Piter przejmuje poręczowanie w niższych partiach. Tak czy inaczej – ku ogólnej rozpaczy - ja prowadzę. Nie da się ukryć – co skrzyżowanie następuje z mojej strony kontrola mapy i sprawdzenie czy idziemy w dobrą stronę; każdy prożek poddawany jest przeze mnie dogłębnej analizie. Oczywiście nawet godzinne gapienie się w strop nie gwarantuje wypatrzenia przeze mnie wszystkiego, co niezbędne: np. udaje mi się przegapić połowę batinoxów (tzn. jeden z dwóch).&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Tak czy inaczej, brniemy do przodu. Powoli. Bardzo powoli. Mateusz tradycyjnie (jako instruktor) nie pogania, nie miesza się do tego co robimy, a jedynie pilnuje byśmy się nie pozabijali. &lt;br /&gt;
W końcu docieramy do miejsca, które (po dokładnej analizie planu) określam jako punkt, w którym powinniśmy zacząć wędrówkę w dół, ku Syfonowi Błotnemu i Syfonowi Paszczaka. Niestety, daję sobie wmówić, że pomyliłem się i to srodze, a miejsce gdzie jesteśmy to dopiero studnia nad Suchym Dnem. Plując sobie w brodę brnę dalej do przodu, po chwili docierając do końca jaskini – jak się okazało – zarezerwowanego przez Warszawę. Nie wiedziałem, że jaskinie można rezerwować, widocznie ze speleoodkryciami jest jak z fragami – za ich podkradanie można dostać w dziób. Wycofujemy się z przodka bardzo uważając, by czasami czegoś przez przypadek nie odkryć.  Moglibyśmy w ten sposób narazić się aktualnej Stolycy. Wracamy do punkty, który określiłem przejściem w stronę Syfonów i zdecydowanie kierujemy się w stronę najpaskudniejszego miejsca, w jakie udało mi się trafić podczas kursu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Syfony Błotny i Syfonik Paszczaka okazują się czymś pomiędzy porankiem po ostrym kebabie, a rodzeniem jeża. Opróżnienie górnego syfonu (Błotnego) wymaga wyciągania wiader i worów z wodą ponad 10m w górę, aż do głównego ciągu jaskini. Inne atrakcje? Przeciskanie się przez Syfon Błotny gwarantuje borowanie pyskiem w błocie, a to, co jaskinia rzuca w oczy po przebrnięciu Błotnego, to cztery metry kwadratowe przestrzeni i kolejna studnia prowadząca do Syfonu Paszczaka.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Matka natura to złośliwa zołza: chcąc opróżnić Paszczaka, musimy zalać syfon Błotny. Oczywiście transportując wodę w górę za pomocą worów… Po półtorej godziny efekt pracy mającej na celu osuszenie Paszczaka, można zamknąć w 3 punktach:&lt;br /&gt;
*Łukasz i Bogdan przeciskają się na drugą stronę mocząc sobie nawet te miejsca, do których normalnie woda nie dociera;&lt;br /&gt;
*Ja na tyle się wyziębiam, że nawet przestaję drzeć się po wszystkich i trząść;&lt;br /&gt;
*Łukasz z Bogdanem stwierdzają, że po drugiej stronie Syfonu Paszczaka nie ma miejsca, gdzie można zlewać wodę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W związku z tym, że już nie mamy gdzie upychać wody (oraz faktem, że mój organizm zaczyna przybierać barwę sino-bladą) zapada decyzja o wyjściu z jaskini. A w zasadzie ja ją podejmuję. A w zasadzie zarządzam wyjście. A w zasadzie drę się na speleoprzodowników, by (tu padają krótkie żołnierskie słowa) odpuścili temat i zaczęli się zbierać w stronę wyjścia. Oczywiście za swe kwieciste motywatory słowne wszystkich zebranych serdecznie przepraszam.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjście w górę i przejście przez Syfon Błotny wymaga jego zlewarowania. Tym razem wodę przenosimy w dół. Szczęśliwie zrzucenie wody na niższy poziom nie zabiera wiele czasu i dość sprawnie wydostajemy się poza rejon syfonów, gdzie mogę się ubrać w dodatkową warstwę ciuchów. A i przy okazji wmusić w siebie coś do jedzenia i picia.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zbieramy się do wyjścia. Droga powrotna idzie jak krew z nosa, wybitnie opóźniam przemarsz. Domyślam się, że lwia część ekipy wolałaby przynajmniej odwiedzić Suche Dno zamiast od razu iść do wyjścia, jednak zdecydowanie pcham się ku powierzchni. Przemarsz w górę rozkosznie rozgrzewa, odzywa się zdrowy głód, a to najlepszy dowód, że będę żył. Czeka mnie jeszcze długie przepraszanie uczestników wyprawy za uwagi dotyczące ich powiązań genetycznych ze ślepymi zaułkami ludzkiej ewolucji. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Docieramy do otworu wyjściowego – z zadowoleniem stwierdzamy, że jeszcze jest jasno. Zjeżdżamy w ciuchach jaskiniowych z ostatniego progu, a następnie niczym dzieci na megaślizgawce, zsuwamy się radośnie w dół zbocza, zostawiając za sobą obrzydliwe, brązowe ślady. Taki ładny śnieg ubrudziliśmy… &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Do bazy docieramy już po zmroku. Nie pozostaje nam nic innego, jak wziąć szybki prysznic, spakować wory do samochodu i ruszać w stronę domu. Po drodze odwiedzamy Zimową Stolicę Polski, doceniając jej największe skarby kultury i dziedzictwa. Znaczy się wpadamy do Maca i pochłaniamy stertę martwych krów. Dławiąc się kęsami paszy, ronimy łzy pełne żalu i smutku – w końcu to było nasze ostatnie kursowe zejście do jaskini…&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FMietusia-Wyznia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - szkolenie zimowe|Mateusz Golicz, Łukasz Pawlas, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Ksawery Patryn, Joanna Przymus, Łukasz Piskorek, Emil Stępniak, Piotr Strzelecki, Bogdan Posłuszny, Teresa Szołtysik|26 - 27 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Piękna słoneczna pogoda, niewielki mróz ale tez mało śniegu. Dzień wcześniej przypomnieliśmy sobie wiadomości o sprzęcie zimowym i specyfice poruszania się zimą po górach. W dolinie Miętusiej i w kotle MS ćwiczyliśmy hamowanie czekanem w różnych sytuacjach, poruszanie się w rakach, wykorzystanie czekana przy podchodzeniu i schodzeniu, wykonanie asekuracji i zjazdu z grzyba śnieżnego. Później na polanie odbyły się zajęcia z lawinoznawstwa (poszukiwanie zasypanego z pipsem, sondowanie metodą tradycyjną). Trzy osoby poruszały się na nartach z różnym skutkiem gdyż z śniegiem jest dość kiepsko. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FSzkolenie-zimowe&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
i tu (Emil): http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FSzkolenie_zimowe-cd&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Skitura - Beskid Śl.| &amp;lt;u&amp;gt;Joanna &amp;lt;/u&amp;gt;, Tomasz Jaworski|22 02 2016}}&lt;br /&gt;
Nie wiem jakim cudem-bo śniegu jak na lekarstwo-ale udało się zorganizować wypad na skitury. Próbujemy trochę w Istebnej na stoku Zagroń (poza stokiem tylko trawa), następnie przenosimy się na Stożek, gdzie warunki zdecydowanie lepsze, na nartach można było dojść aż do schroniska... (wow!)W drodze powrotnej spotkaliśmy Jasia K wracającego z pracy w związku z czym spędziliśmy jeszcze godzinkę w domu nadleśnictwa :) na miłej pogawędce.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Dwa dni i 45km Tatr| &amp;lt;u&amp;gt;Joanna Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Piskorek|19-21 02 2016}}&lt;br /&gt;
Pierwszego dnia naszych spacerów pogoda była sprzyjająca, mimo zachmurzenia i mgły towarzyszących nam podczas wędrówki Doliną Chochołowską, przez większą część dnia było słonecznie, dzięki czemu miałam odpowiednie widoki do nauki topografii. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Początkowo ze schroniska ruszamy zielonym szlakiem prowadzącym na grań. Bez problemów torujemy sobie szlak, jednak na wysokości ok 1400m n.p.m postanawiamy zmienić trasę i udać się na Trzydniowianski Wierch. Podchodzimy od strony Doliny Jarząbczej, po drodze mijamy jednego skituourowca, następni ludzie pojawiają się dopiero w okolicy szczytu. U góry nagle odzyskujemy zasięg (chyba przywiał go wiatr), nim kończymy rozmowy okazuje się, że już jesteśmy zbyt wyziębieni by patrzeć w mapę i na widoki dookoła. Schodzimy w dół Kulawcem. Gdzieś pomiędzy jego końcem i początkiem Krowiego Żlebu odkrywam szybszy, łatwiejszy i przede wszystkim &amp;lt;u&amp;gt;zabawniejszy!&amp;lt;/u&amp;gt; sposób schodzenia (przydają się grube spodnie zimowe, bardziej zaawansowani mogą użyć sanek; uwaga na czekany wbijające się w nogi).  Niestety ten sposób nie nadawał się do zastosowania w Dolinie Chochołowskiej przez co musieliśmy ją znowu całą przedeptać.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Plany na pierwszy dzień uległy zmianie, to te na drugi dzień też musiały zostać zmienione. Zaplanowaną trasę postanowiliśmy zrobić w odwrotnej kolejności niż początkowo zakładaliśmy. Wycieczka pod znakiem deszczu. Na wejściu na szlak prowadzący na Przysłop Miętusi przez Staników Żleb zamieniłam polar na kurtkę przeciwdeszczową. Przez plusowe temperatury ze śniegu zrobiła się ciapa, miejscami śliska ciapa, albo woda z ciapą, co zaowocowało całkowitym przemoczeniem gdzieś pomiędzy Przełęczą w Grzybowcu, a Strążyską Polaną. Idąc Ścieżką nad Reglami do Doliny Białego po drodze wstąpiliśmy jeszcze na Sarnią Skałę. W Dolinie Białego spotkaliśmy dużo ludzi - nie dziwię się, ponieważ jest to jak na razie najładniejsza dolina w Tatrach w jakiej byłam. Po drodze do wylotu robimy kilka przerw na zerknięcie w mapę i próbę zajrzenia głąb starej sztolni uranu. W drodze powrotnej weszliśmy jeszcze do Doliny ku Dziurze i do Dziury (jak na pilnych grotołazów przystało!) oraz do Doliny za Bramką. Wycieczkę zakończyliśmy wykręcaniem skarpetek pod bazą. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|CHINY: Chongqing - Wyprawa noworoczna do jaskini Luo Shui Kong|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt; (RKG Nocek), dr Jacek Szczygieł (KKS/Uniwersytet Śląski), Erin Lynch (Hong Meigui CES; kierownik wyprawy), Devra Heyer (Paamul Grotto), Annie Leonard (Cambridge University Caving Club)|30 01 - 15 02 2016}}&lt;br /&gt;
Po raz drugi z rzędu miałem przyjemność uczestniczyć w cyklicznej, noworocznej wyprawie jaskiniowej, organizowanej przez Erin Lynch z klubu jaskiniowego Hong Meigui. Działaliśmy w bardzo okrojonym, ale za to bardzo dobrze zgranym amerykańsko-polskim zespole. Wyprawa była bardzo intensywna. Przez 11 dni pod rząd codziennie byliśmy pod ziemią, z czego przez dziesięć działaliśmy w Luo Shui Kong, jaskini rozpoczynającej się 210-metrową studnią. W skromnym gronie Polaków trochę liczyliśmy na piony i wspinaczki hakowe. Choć jednak tegoroczne odkrycia miały w dużej mierze charakter poziomy, i tak dały nam bardzo dużo satysfakcji. Najbardziej spektakularna była Casablanca, wielka sala o kształcie trójkąta o najdłuższym boku 100 m i &amp;quot;szerokości&amp;quot; 65 m. Salę nazwaliśmy tak od mnóstwa gipsowych kryształów, które formują w niej liczne, dwumetrowe wieże, gipsowe &amp;quot;krzaki&amp;quot; i inne ozdobniki. Spąg pokrywa gruz, będący połamanymi fragmentami krystalicznej gipsowej skorupy, odseparowanej od stropu. W sumie, w Luo Shui Kong skartowaliśmy ponad 4.8 hektara przy długości ciągów pomiarowych 2.5 km. Dla porównania, całkowita powierzchnia rzutu spągu jaskini Zimnej wynosi ok. 0.8 ha, zaś jaskini Miętusiej - ok. 1.9 ha. Dłuższa relacja zostanie opublikowana w &amp;quot;Jaskiniach&amp;quot;. Zdjęcia dostępne są w Galerii: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FLSK2016&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Jaskinia Zimna - kurs| Ryszard Widuch, Joanna Przymus, kursanci: Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;, Piotr Strzelecki|14 02 2016}}&lt;br /&gt;
Jak na wzorowych kursantów przystało, ruszamy z bazy o ustalonej wcześniej godzinie. Przedzierając się przez półmroki poranka, docieramy Doliną Kościeliską pod największe wyzwanie podejściowe tego dnia: schody do Jaskini Mroźnej. Po ich pokonaniu wskakujemy w kombinezony, a następnie podchodzimy kilkanaście kolejnych metrów w górę i wchodzimy do Jaskini Zimnej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Początkowo nic nie zapowiada dramatu, który ma się wydarzyć:  trochę się czołgamy, trochę przeciskamy. Nagle, niczym grom z jasnego nieba, spada na nas wiadomość, że trzeba będzie się tego dnia solidnie zmoczyć. Jeszcze przez moment nie budzi to jakiejś szczególnej grozy – w końcu niekiedy  po powrocie z jaskini człowiekowi zdarzy się wziąć prysznic… &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tym razem nie chodzi o pucowanie stref intymnych, lecz o przebrnięcie przez zalany Ponor. Rozlewisko zbadane wcześniej przez Asię i Łukasza, pokonujemy kolejno, prezentując swoje bogactwo językowe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W dalszej części jaskini mamy okazję do zaprezentowania umiejętności wspinaczkowych. Jedno po drugim wspinamy się na progi, ściany i kominy. Asia wraz z Łukaszem znudzeni pokonywaniem standardowych przeszkód, przedzierają się obejściem wokół Czarnego Komina, co pozwala nam zaoszczędzić sporo czasu. Rzucona przez nich z góry lina sprawia, że nie muszę od dołu zdobywać całości Czarnego Komina, co zapewne trwałoby wieki.&lt;br /&gt;
Finalnie docieramy za Prożek Burcharda, gdzie po zlewarowaniu syfonu otwiera się dla nas przejście w stronę Korytarza Galeriowego. Początkowo ruszamy doń we czwórkę: Asia, Piotr, Łukasz i ja. Niestety Korkociąg Krakowski pokonuje mnie oraz Pitera, w związku z czym wycofujemy się na Prożek. Asia z Łukaszem są nie do zatrzymania: docierają do Korytarza Galeriowego.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze powrotnej mamy jeszcze raz okazję do sprawdzenia odporności na zimno: tym razem mało komu chce się rozbierać przed pokonaniem Ponoru. Wchodzimy doń praktycznie w kompletnym ubiorze. Nic tak nie motywuje do szybszego wydostania się z jaskini, jak klejący się do ciała mokry kombinezon, dzięki czemu ostatni odcinek pokonujemy szybko i sprawnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na powierzchnię docieramy 10 minut przez wyznaczonym czasem. Do bazy wracamy już w kompletnych ciemnościach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fzimna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Na nartach na Babią Górę| &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Henryk Tomanek, Łukasz Pawlas, Tomasz Jaworski, Teresa Szołtysik|14 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wybór znów padł na Babią Górę i znów od południa. Po ostatnich opadach przybyło śniegu lecz bez rewelacji. Z Slanej Wody początkowo szlakiem a potem na przełaj na Jedlę i granicznym grzbietem na szczyt Babiej Góry (1725). Śnieg na podejście znośny lecz do zjazdu na pewno kiepski. Wystawały kamienie i kosówki. Pogoda w górnych partiach dość charakterystyczna dla tego szczytu. Biorąc pod uwagę powyższe okoliczności na zjazd obieramy znany nam żółty szlak. Była to bardzo dobra decyzja. Do połowy góry zjazd wyśmienity choć śnieg tępy. Dalej uważnie (więcej kamieni) lecz ciągle na nartach śmigamy w dół aż do połączenia z drogą podejścia i dalej do auta w Slanej Wodzie. Zrobiliśmy niemal 1000 m deniwelacji. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęćia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/BabiaGora&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu film: https://vimeo.com/156540639&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Grześ| &amp;lt;u&amp;gt;Joanna Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Piskorek|13 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Mimo pierwszego dnia śląskich ferii udało nam się dojechać prawie bez korków. W Tatrach już czekał na nas śnieg i bałwany na każdym rogu. Dolinę Chochołowską udało nam się przejść w miarę szybko. Przed wejściem na szlak prowadzący na Grzesia zrobiliśmy przerwę śniadaniową w schronisku.  Na szlaku sporo ludzi, dzięki temu był przedeptany. U góry przerwa na zdjęcia i telefon od Ryśka ,,tylko nie mów kursantom, że w Zimnej będzie kąpiel&amp;quot;. Droga na dół, do schroniska bardzo przyjemna, od schroniska do parkingu raczej nudna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura-Sokole Góry, Kamieniołom Kielniki| &amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt; i Tomek Jaworski z dzieciakami|07 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Planowaliśmy narty, ale wyszło inaczej. Odwiedziliśmy Olsztyn, gdzie wędrowaliśmy ścieżką geologiczną Kamieniołomu Kielniki. Zwiedziliśmy kamieniołom a także Jaskinię Magazyn w Kielnikach. Dalej szlakiem żółtym i czerwonym zawędrowaliśmy do rezerwatu Sokole Góry, gdzie odwiedziliśmy Jaskinię Olsztyńską. Starszy syn ewidentnie poczuł zew eksploratora. Dzień jeszcze jest zbyt krótki więc wróciliśmy do auta po zmroku.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitura na Cienkowie |Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|07 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Początek lutego, +8 stopni, słońce. Gdzie ta zima?! Jednak i tym razem w desperacji intuicja mnie nie zawiodła w zaplanowaniu skiturowego spacerku. W Stryczkowie zostawiamy auto i bez szlaku podchodzimy północnym skłonem pasma cienkowskiego. Ku naszemu zaskoczeniu po kilkuset metrach zakładamy narty i podchodzimy po nieskalanej bieli na szczyt Cienkowa Postrzedniego (867). Stąd łagodnym zjazdem w stronę Cienkowa. Na rozległym obniżeniu śnieg zalega już tylko płatami więc znów kilkaset metrów dajemy z buta podchodząc w efekcie na początek nartostrady. Tu mocno wieje. Z wierzchołka zjeżdżamy już błyskawicznie do doliny. Tu Esa klaruje sprzęt a ja już na lekko biegnę ponad 2 km w górę po zostawione w Stryczkowie auto. Wkrótce też wracamy do domu. Jeżeli nie dopada śniegu to chyba będzie czas definitywnie przerzucić się  na rowery i wspinaczkę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FCienkow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - wycieczka na Rysiankę |Sonia i &amp;lt;u&amp;gt;Henryk &amp;lt;/u&amp;gt; Tomanek, Justyna (os. tow.)|07 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjście z Żabnicy zielonym szlakiem na Rysiankę. Powrót przez Boraczą. Śniegu mało.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FRysianka&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitura na Malinów |Ala Kucharska i &amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;|06 02 2016}}&lt;br /&gt;
Desperacki wyjazd na ekspresowe skitury. Wyjeżdżamy ok. 16:30 do Szczyrku, gdzie trasą Golgoty podchodzimy w okolice Malinowa. Trasa narciarska oświetlona, wyżej trasę chwilowo oświetlają krążące ratraki, a potem już tylko w czołówkach. Piękna gwieździsta i bardzo wietrzna noc. Zjeżdżamy trasą podejścia. Stoki Skrzycznego jeszcze z niewielką warstwą białego, ale chyba już nie długo wytrzyma.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|TATRY - wspinanie |Łukasz Depta(instruktor), Artur,&amp;lt;u&amp;gt;Karol Jagoda&amp;lt;/u&amp;gt;|01-05 02 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W pierwszym tygodniu lutego miałem przyjemność uczestniczyć w kursie taternictwa zimowego. Podobnie jak dwa lata temu odbył się on na Hali Gąsienicowej. W poniedziałek wieczorem po deszczowym (!!!) podejściu spotykamy się w zatłoczonej jak zawsze Betlejemce. Niestety we wtorek odwilż nie odpuszcza, podobnie jak my :). Wybieramy drogę Potoczka (III) z wariatem prostującym  na Czubie nad Karbem jako dobrą drogę na początek. Na własnej skórze przekonuje się, że dodatnia temperatura znacząco zwiększa trudności pokonywanej drogi. Ze względu na zagrożenie lawinowe wracamy dłuższą drogą przez pojezierze. W środę udaje się sprawnie zrobić klasyk Hali Gąsienicowej tj. filar Świnicy (IV), na kluczowych wyciągach wspinaczkę utrudniały zalane lodem rysy (patrz pogoda dwa dni wcześniej). Kolejnego dnia wyznaczony cel jest ambitny -  Filar Staszla (V), jest to droga znacznie poważniejsza od dwóch poprzednich. Pogoda w tym dniu zadbała, żeby pokonanie tej drogi wryło się w pamięć.  Pomimo zmęczenia i niepromocyjnych warunków drogę udaję się skończyć przed zmierzchem. W ostatnim dniu ze względu na brak sił (czytaj brak warunków m.in. 30cm świeżego śniegu) Łukasz szkoli nas jak powinno się wspinać w lodzie. Zaczynamy od pokonania lodospadu nad Zmarzłym Stawem z dwoma czekanami, potem z jednym a na końcu bez. Wniosek czekany są dla słabych :).  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|SŁOWACJA: Beskid Kysucki - skitura na Wielką Raczę|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Henryk Tomanek, Tomasz Jaworski, Teresa Szołtysik, Jacek Copik (os. tow.)|31 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zima tylko z nazwy, bardzo kiepska. Z Lalik podchodzimy nieczynną nartostradą (bo gdzie indziej brak śniegu) obok wyciągu na zachodni grzbiet Raczy. Dalej szlakiem o dziwo po twardym śniegu na szczyt Wielkiej Raczy (1236) zaglądając po drodze do Dier (niewielka jaskinia tektoniczna). Pogoda dobra. W schronisku robimy dłuższy odpoczynek po czym zjeżdżamy. Pod szczytem spotykamy zupełnie przypadkowo naszych przyjaciół z Speleoklubu Bielsko Biała: Beatę Michalską i Pawła Kasperkiewicza, którzy też na skiturach podchodzili do góry. Później zalodzonymi nartostradami zjeżdżamy aż do auta. Całkiem udany wyjazd i warunki wykorzystane w 100%.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/VelkaRacza&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - spacer |Łukasz Piskorek, Bogdan Posłuszny, &amp;lt;u&amp;gt; Joanna Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|31 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zostajemy w Kirach po akcji w Miętusiej. W nocy padał deszcz, rano za oknem szaro, jednak w momencie w którym zdecydowaliśmy się na wysunięcie ze śpiworów zaczął padać śnieg. Po wyjściu z bazy było go już powyżej kostek. Zakrył lodowe placki z dnia wczorajszego, a tam gdzie nie było go na tyle żeby uniknąć poślizgu zapewniał w miarę miękkie lądowanie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przeszliśmy od Kir Drogą pod Reglami, aż do wlotu do Doliny Strążyskiej, którą doszliśmy do Siklawicy. Spod wodospadu wycofaliśmy się do połączenia ze Ścieżką Nad Reglami, którą poszliśmy dalej, przez Przełęcz Grzybowską i Przysłop Miętusi do Doliny Kościeliskiej. Po 4 godzinach marszu docieramy z powrotem na bazę , pakujemy się i jedziemy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Ftatry_spacer&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Jaskinia Miętusia - kurs |Ryszard Widuch, Joanna Przymus, kursanci: Łukasz Piskorek, Bogdan Posłuszny, Emil Stępniak, Piotr Strzelecki|30 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sobota, szósta rano. Jak to na wzorowych kursantów przystało, zwarci i gotowi czekamy przed Bazą na wymarsz. Kilka minut później ruszamy w komplecie do Jaskini Miętusiej.&lt;br /&gt;
Droga bez większych problemów: śniegu praktycznie zero, jedynie leżące miejscami placki zdradliwego lodu starają się sprawić, że nasze kończyny wygną się w niecodzienny sposób.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bez złamań i z kompletem zębów docieramy do jaskini. W sobotę ma być na dole dość tłoczno, więc z radością stwierdzamy brak śladów innych ekip. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jesteśmy pierwsi.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Łukasz z Bogdanem nurkują w otworze, zanim reszta skończy przeżuwanie przedzejściowych kanapek. Asia gna za nimi (Bogdanem i Łukaszem, nie kanapkami) starając się dogonić rozbrykane speleostadko, zaś Rysiek, Piter i ja dostojnie schodzimy w dół, kolejno polerując zadami Ciasny Korytarzyk.&lt;br /&gt;
Przodowników jaskiniowych doganiamy na Kaskadach, skąd razem ruszamy w dół ku Wielkim Kominom.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po osiągnięciu dna, zaczynamy wspinaczkę do góry. Do zdeporęczowania zostaje całość lin, która czekała na nas od poprzedniej wizyty Nockowiczów w Miętusiej. Nawet w miarę sensownie i sprawnie idzie nam przekazywanie worów, jakimś sposobem nikt nie popada w hipotermię, chociaż Piter trzęsąc się ziewa na potęgę i zaczyna coś majaczyć. Na szczęście majaczy o piwie, więc nie jest z nim źle.&lt;br /&gt;
Na Kaskadach mamy wielokrotną mijankę - trafiamy na pozostałe ekipy, które planowały dziś odwiedziny w Miętusiej. Po grzecznościowej wymianie uprzejmości i podzieleniu się prowiantem, ruszamy w górę gdzie czeka na nas Ciasny Korytarzyk.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Rysiek, Bogdan i Piter pokonują korytarz w oka mgnieniu, Asia znudzona moim ślimaczym przepychaniem gabarytów przez rurę wyprzedza nas obejściem, a ja celebrując tradycję, klinuję się każdym możliwym elementem w miejscu, gdzie podobno zaklinować się nie da.&lt;br /&gt;
Nie wiedzieć jakim magicznym sposobem Łukasz nie umiera z wyziębienia czekając za mną aż łaskawie schudnę i przejdę przez Ciasny Korytarzyk. Po długiej walce w końcu przeciągam swe boskie ciało przez problematyczne miejsca i ruszamy ku górze. Udaje nam się zabłądzić (tak, da się zabłądzić w Ciasnym Korytarzyku) i zamiast na powierzchnię - trafiamy w jakiś komin, który zamiast wyjścia ma śpiącego nietoperza i stado komarów. Po wykonaniu odwrotu i powrocie do głównego ciągu, w ułamku sekundy trafiamy w odpowiednią dziurę i wyczłapujemy na powierzchnię, wyczekiwani przez resztę ekipy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Powrót (pomimo występującego miejscami oblodzenia) to przyjemny spacerek, wracamy do bazy przed zapadnięciem zmierzchu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tego samego dnia Rysiek, Piter i ja decydujemy się na powrót do domu, Asia, Bogdan i Łukasz zostają by jeszcze w niedzielę pohasać po tatrzańskich szlakach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
zdjęcia:http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fmietusia_kurs&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|GRECJA: Kreta - wyjazd urodzinowy AD 2016|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Kaja Kałużyńska (SŁ)|16 - 24 01 2016}}&lt;br /&gt;
Z okazji (moich okrągłych) urodzin wybraliśmy się na Kretę. Szerszy opis tutaj: [[Relacje:Kreta_2016]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitura na Smerkowiec |Henryk Tomanek, Teresa, Kamil, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|24 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda tym razem zaprzeczeniem dnia poprzedniego. Padał śnieg a nawet deszcz, dość mglisto. Z Nowej Osady czarnym szlakiem podejście doliną Gościejowa na Smerkowiec (835). Warunki śnieżne lepsze niż w Tatrach lecz do ideału daleko. Potem przez Czupel (885) zjazd do Nowej Osady. W lesie na bardziej stromych zboczach haczyliśmy o kamienie lub korzenie. Końcówka tury to zjazd nartostradą i dalej wprost do auta na nartach. Bardzo fajna wycieczka, adekwatna do istniejących warunków.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FSmerkowiec&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - Jaskinia Miętusia |Tadeusz Szmatłoch, Damian Szołtysik, &amp;lt;u&amp;gt;Joanna Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|23 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjechaliśmy wczas rano, z niepokojem obserwując termometr pokazujący coraz niższą temperaturę. W pewnej chwili na wyświetlaczu ukazało nam się nawet -26,5 st. jednak w momencie, w którym wyruszaliśmy na szlak było jedynie -20. Śniegu mało więc szybko dotarliśmy do Miętusiej. Pokonanie rury nie zajęło nam dużo czasu, Tadek nawet tak się rozpędził, że dopiero w połowie progu do Komory pod Matką Boską zorientował się, że jest mu potrzebna lina. Stamtąd pobiegliśmy dalej, szukając wora pozostawionego dla nas tydzień wcześniej przez dziewczyny. Znaleźliśmy go przed Kaskadami, które zaporęczowałam i nie czekając na chłopaków poszłam dalej poręczować zjazd do Błotnych Zamków. Drugi wór zostawiony został pod Progiem Męczenników, dlatego też musiałam pokonać Prożek Beatki, żeby je zdobyć. Naszym planem było wywspinanie Korytarza Trzech Króli i zjazd do Sali Bez Stropu. Pierwszy próg pokonał Damian, następne dwa ja. Doszliśmy do przedostatniego progu, wycenionego na V+. Z lektury wcześniejszych opisów dotyczących tego miejsca, Damian wysunął wniosek, że potrzeba nam do jego pokonania więcej asekuracji niż zapewniają batinoksy, dlatego wziął ze sobą cały zestaw kości i friendów. Niestety komin bardzo się bronił przed zdobyciem i nawet próby zdobycia go za pomocą lassa i heroiczna próba wspinania Tadka nie pomogły. Wreszcie po 2h odeszliśmy stamtąd z planem większej wyprawy idącej od dwóch końców Korytarza Trzech Króli. Miłą niespodzianką na koniec wycieczki było wyjście z dziury za dnia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2Fmietusia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - skitura na Rysiankę i Pilsko |&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Majewicz, Teresa Szołtysik, 1 os.tow.|23 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Mroźny ale słoneczny dzień. Trasa: Sopotnia Wielka - Rysianka - Pilsko - Hala Miziowa - Przeł. Przysłopy - Sopotnia Wielka. W lesie warunki do zjazdu trudne. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pilsko po Czantorii i Skrzycznym było kolejnym testem mojego skiturowego sprzętu. Tym razem wycieczka miała być nieco dłuższa z „prawdziwymi” elementami turowania – długie podejścia, kilkakrotne przepinki, szczyt jako cel i zjazd w puchu w dziewiczym terenie. Plan realizowany był perfekcyjnie do pewnego momentu, no ale może po kolei. Wyjazd jak zwykle o 6.00 z mojej wsi, po 8.00 startujemy z Sopotni Wielkiej niebieskim szlakiem w stronę schroniska na Rysiance. Poranny mrozik mobilizuje nas do utrzymania stałego tempa i o 10.00 pijemy jako pierwsi skiturowcy herbatkę w schronisku. Krótkim zjazdem z dziką rozkoszą rozpoczynamy dalszą drogę w stronę Pilska szlakiem czerwonym. Ciepło było tylko w słońcu i podczas napierania pod górkę. Łukasz jako jedyny reprezentant w naszej ekipie ciężkiego stylu turowania (he, he reszta poszła w lekkość) na wysokości Tanecznika odbija na hale Miziową, a my wzdłuż granicy na Pilsko. Na szczycie który osiągamy o 14.00 ku mojemu zdziwieniu większość ludzi jest na nartach, tylko nieliczni pieszo. Od razu przypomniało mi się jak ze 15 lat temu byłem na walnym zebraniu PZA które procedowało o przyjęciu skialpinizmu w nasze struktury anegdotę jakoby tylko Polacy wchodzili na Mont Blanc zimą - reszta świata robiła to na nartach. Szybka przepinka, parę fotek i tniemy do schroniska na Mizowej. Od tego momentu założenia się posypały gdyż zjazd miał być wzdłuż potoku Cebulowego. Z hali Miziowej lasem podjęliśmy próbę tam się przedarcia ale ze względu na ogólną zespołową niechęć do podchodzenia i zbyt małej wysokości laso-polanowo-krzakowo zjechaliśmy do Korbielowa. Nie pozostało nic innego jak bonusowa przebieżka niebieskim i żółtym szlakiem do Sopotni po auto. Bonus kosztował nas jakieś dodatkowe 2 godziny w nieco niżej położonym terenie co wiązało się z wystającymi kamieniami spod śniegu, przyczyną efektownych choć bolesnych upadków. Mimo wszystko wyjazd bardzo udany sprzęt sprawdzony pod wszystkimi aspektami - teraz to już jestem gotów na Tatry tylko ta pogoda…                   &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2016%2FPilsko&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|NIEMCY: Spitzingsee-Bawaria - skitury|&amp;lt;u&amp;gt;Ola Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Patrick G.|22-24 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjazd skiturowy w nowy dla mnie rejon. Rejon specjalnie przeznaczony dla skiturowców-od tego sezonu narciarskiego postanowiono tam zamknąć wyciągi i oddać cały teren fanom foczenia pod górę. Dodatkowo uruchomiono program nocnych podejść do schronisk dla mieszkańców pobliskiego Monachium, by zachęcić ich do wizyt w tym terenie po ciężkim dniu pracy (dojazd w godzinę, ca. 60 km) - czekają na nich specjalnie przygotowane trasy i biorące w programie schroniska. Gdy skompletujesz 10 wejść do wszystkich - wygrywasz okazjonalną koszulkę :). Pogoda dopisuje mi idealnie. Zwiedzam spory kawałek okolicy oferujący różnorodne trudności podejść i zjazdów oraz sprawdzam lokalne schroniska. Moim zdaniem świetny teren dla wszystkich pragnących rozpocząć przygodę z ski-turingiem w Alpach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitura na Mł. Skrzyczne |&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|19 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Popołudniowy wypad na skitury do Szczyrku. Nie chciałem podchodzić nartostradami więc z Czyrnej na przełaj przez lasy kieruję się w stronę Mł. Skrzycznego. Na nartach pokonuję kilka stromych, poprzetykanych skałami zboczy. Śniegu wprawdzie około pół metra lecz był kopny, w ogóle nie związany z podłożem. Wdrapanie się w górne partie kosztowało mnie sporo wysiłku. Od obniżenia między Skrzycznem i Mł. Skrzycznem grzbietem podążam na szczyt tego drugiego. Stąd już nartostradami w dobrych warunkach w kilka minut śmigam do Czyrnej gdzie zostawiłem auto. Na całej trasie spotkałem tylko kilku skiturowców podczas zjazdu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitura na Szkrzyczne|Tomasz Jaworski + os.tow.|17 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nocne wyjście z Soliska nartostradami na Skrzyczne. Krótki pobyt w niemal pustym schronisku  i zjazd mniej więcej drogą podejścia. Na nartostradach dobre warunki.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Kursanci w jaskiniach Mylnej i Kasprowej Niżniej|Sobota:Piotr Strzelecki, &amp;lt;u&amp;gt;Emil Stępniak&amp;lt;/u&amp;gt;, Niedziela: Ryszard Widuch, Łukasz Piskorek, Bogdan Posłuszny, Ksawery Patryn oraz znowu Piotr i Emil|15 - 16 01 2016}}&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
'''Dzień zero (piątek)'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Późnym wieczorem docieramy z Piotrem na Kiry. Mając wolną sobotę (zejście kursowe planowane jest na niedzielę), chcemy spożytkować dzień na odwiedzenie jaskini Mylnej. Mając na uwadze fakt, że ostatnimi czasy zostało odkopane przejście Raptawicka-Mylna, a i połączenie Mylnej z Obłazkową ma się dobrze, zaczyna nam się klarować w głowach projekt MROK: Mylna-Raptawicka-Obłazkowa-Kościelisko (Kościeliko pojawia się tam bez żadnego merytorycznego uzasadnienia i brzmi bez sensu, ale dzięki „K” na końcu, nazwa projektu brzmi bardziej złowieszczo i PRO).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Późnym wieczorem na wszelki wypadek kładziemy się spać, zanim wpadniemy na pomysł dodatkowego przekopania się z Mylnej do Jaskini Łokietka i tuneli Wielkiego Zderzacza Hadronów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień pierwszy (sobota)'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wcześnie rano zrywamy się z łóżek i już po godzinie dziewiątej stajemy u wejścia do Doliny Kościeliskiej. Krótki (40 minut) spacerek uprzyjemniamy sobie ogólnymi rozważaniami na temat ludzkiej egzystencji, wartości w życiu, pośladków mijanych niewiast i próbie rozwiązania zagadki, dlaczego teraz nikt nie wypasa owiec.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po przejściu na szlak biegnący już w stronę jaskiń Raptawickiej i Mylnej, zostajemy sami. Droga jest praktycznie dziewicza, mamy przed sobą ślady tylko jednej osoby. Sytuacja zmienia się dopiero gdy czarny szlak rozstaje się z czerwonym – droga na Mylną tego dnia nie zaznała jeszcze ludzkiej obecności. Starając się nie powybijać sobie zębów, tuptamy czerwonym szlakiem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Przed trafieniem do celu mijamy jeszcze Obłazkową, którą mamy w planie zaatakować od strony Mylnej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spacer po jaskini zaczynamy od otworu południowego, skąd (po wykonaniu kilku landszaftów przy oknach Pawlikowskiego), kierujemy się w stronę głównego korytarza, by po chwili ostro skręcić w stronę Chórów. Po drodze zahaczamy o „trzecie” okno (południowe), a po zwiedzeniu zakamarków chóralnych ruszamy Ulicą Pawlikowskiego w stronę Wielkiej Izby, gdzie (jak głoszą plany) znajduje się przekop do Jaskini Raptawickiej. Udaje nam się orientacyjnie zlokalizować miejsce przekopu, jednak dojście do niego w tym momencie przekracza nasze możliwości. O ile jeszcze istnieje szansa na wspięcie się w kierunku otworu, tak niestety z dołu nie widzimy jak dalej biegnie korytarz, zaś plan nie określa jednoznacznie, jak bardzo ciasno, parszywie i nieprzyjemnie może wyglądać przeciskanie się do Raptawickiej. Dochodzimy z Piotrem jednogłośnie do dwóch wniosków: &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
*wniosek 1: Piskorek by to przelazł,&lt;br /&gt;
*wniosek 2: trasa jest do zrobienia – jak najbardziej, ale z góry (od strony Raptawickiej) z górną asekuracją lub z normalnego stanowiska.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zadowoleni z faktu, że nasz zdrowy rozsądek nie pozwolił nam się narażać i zabić, czy zrobić innych przykrych rzeczy, wpadamy z odwiedzinami do Skośnej Komory i po kilkunastu minutach ruszamy Białą Ulicą. Po rozczarowaniu przejściem do Raptawickiej, mijamy otwór  prowadzący do Obłazkowej bez większych emocji – widocznie dziś MROK nie jest nam pisany. &lt;br /&gt;
Po 2.5 godz. wychodzimy z jaskini zadowoleni z życia i schodzimy w stronę Doliny, próbując nie połamać sobie nóg na zasypanym śniegiem zejściu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wnioski co do jaskini Mylnej: przyjemna, rekreacyjna dziura idealna na pierwsze wizyty pod ziemią. Co do MROKu – temat jak najbardziej do zrealizowania, ale jako osobna wyprawa ukierunkowana ściśle na trawers.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wieczorem przyjeżdża reszta kursu: Rysiek z Łukaszem i Bogdanem. Ku naszemu zdziwieniu przywożą ze sobą bonus: pojawia się także Ksawery. Tradycyjne wieczorne pogawędki przeciągają się do nocy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi  (niedziela)'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tym razem naprawdę wcześnie zrywamy się z łóżek i przed godziną 7 wszyscy jesteśmy gotowi przy samochodach. Ruszamy w stronę Zakopanego, by zostawić samochody przy rondzie (na ul. Czecha pod Kuźnicami), skąd – jak na prawdziwych grotołazów przystało – podjeżdżamy busikiem pod dolną stację kolejki na Kasprowy Wierch.&lt;br /&gt;
Pogoda sprzyja, podejście do jaskini idzie sprawnie i przyjemnie. W mniej niż godzinę jesteśmy pod otworem i przebieramy się w niedzielne, wyjściowe (czy też wejściowe) ciuszki.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W planach mamy dojście do Zapałek, oraz (jeśli będzie taka konieczność) pomoc przy wynoszeniu sprzętu ekipie nurkującym dziś w jaskini (z STJ KW Kraków).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zanurzamy się w otchłani… Droga przebiega bardzo sprawnie i przyjemnie. Nie wiadomo jakim sposobem w ułamku sekundy docieramy do Sali Rycerskiej, gdzie rozdzielamy się na dwa zespoły: Łukasz, Bogdan i Piotr ruszają w stronę Jeziorka z Zapałkami, a Rysiek, Ksawery i ja decydujemy się na dojście do Syfonu Danka. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Idąc w kierunku Danka mamy pierwszą okazję do bliższego kontaktu z wodą – maleńki syfonik daje okazję do sprawdzenia jej temperatury, oraz wyrzucenia z siebie kilku nie do końca cenzuralnych słów na tematy ogólnie związane z chodzeniem po jaskiniach. Finalnie docieramy do celu, robimy pamiątkowe zdjęcia i wracamy do Sali Rycerskiej. Po drodze mijamy się z Piotrem, Bogdanem i Łukaszem, którzy po odwiedzeniu Zapałek poszli za nami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ruszamy do Jeziorka z Zapałkami i my. Od Sali Rycerskiej droga równie krótka, co przyjemna i malownicza. Docieramy z Ksawerym do celu, skąd po chwili wycofujemy się nie mając nic innego do roboty. Po drodze znów mijamy Bogdana i Łukasza radośnie galopujących z linami w stronę studni za Zapałkami, z wyraźnym zamiarem jej pokonania. Rysiek jasno i jednoznacznie opiniuje ich pomysł, co skutkuje powrotem nas wszystkich do Sali Rycerskiej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z pozostałych atrakcji Kasprowej Niżniej: Bogdan decyduje się na kąpiel z kaczuszką, Rysiek próbuje nas utopić w Partiach Gąbczastych lewarując wodę w momencie, gdy ma pod sobą kursantów poupychanych w każdym dostępnym porze jaskiniowym, a ja prezentuję w jaki sposób nie należy przechodzić nad jeziorkiem, pokaz swój zwieńczając epickim zwaleniem się do wody.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z jaskini wychodzimy w komplecie, zdrowiu, z dobrym samopoczuciem. Kasprowa Niżnia była pierwszą morką jaskinią odwiedzaną w ramach kursu, a jednocześnie pierwszą w której był tak duży ruch – kilkukrotnie mijaliśmy się z ekipami związanym z akcją nurkową trwającą w jaskini.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Szkolenie z obsługi programu Therion|&amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|15 - 17 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tajemniczo brzmiący program z nagłówka, jest niczym innym jak kolejnym programem umożliwiającym tworzenie planów i przekrojów jaskiń. Każdy kto chciał, aby Martin Slouka wprowadził go w tajniki władania tym narzędziem, musiał stawić się w miniony weekend w Szkole w Łutowcu oraz znać angielski, ponieważ w tym języku szkolenie się odbywało. Ja, aby tego dokonać, musiałam wyjechać już w piątek. Dzięki temu, że jestem niezmotoryzowana zaliczyłam dość przyjemny, wieczorny spacer do Łutowca, tam już czekał na mnie rozpalony kominek i ciepła herbata. Całą sobotę (od 10 rano, do późnych godzin nocnych - w zależności, kto kiedy się poddał, ja byłam pierwsza, koło 22) spędziliśmy z zapoznawaniem się z możliwościami programu. Program trudny (jako laik mogę jedynie to co robiłam określić jako ,,programowanie jaskini&amp;quot; a nie typowe ,,rysowanie&amp;quot;), ale za to dający różne ciekawe możliwości. Niedziela upłynęła nam podobnie, choć tego dnia, mając już pewne podstawy, odważyliśmy się bawić samodzielnie, a Martin naprowadzał nas na właściwe rozwiązania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Wspinaczka drytoolowa w Częstochowie|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Karol Jagoda|17 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odkrywamy nowo obity rejon drytoolowy w częstochowskim kamieniołomie. Krótkie drogi na dość kruchej skale. Sporo wspinaczy jak na tak niewielki rejon. Wkoło trochę śmieci. Miła odskocznia od pozostałych dyscyplin zimowych, szczególnie gdy warunki śniegowe jeszcze nie są optymalne.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Skitury w Korbielowie|&amp;lt;u&amp;gt;Ola Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Przemek M.(os.tow.)|17 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W przepięknych okolicznościach przyrody (słońce i spory mróz)  robimy trasę od parkingu przy wyciągach na Halę Miziową i dalej na Rysiankę, by wrócić tą samą drogą. W górach sporo skiturowców. Zjazdy możliwe nartostradą na sam parking. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|narty/skitury w Ustroniu|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;|16 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeździmy na Poniwcu - bardzo mało ludzi i prawie dobre warunki, a na koniec podchodzę na szczyt Czantorii i zjeżdżam do Ustronia. Cały dzień spory opad śniegu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Skitury w Szczyrku|&amp;lt;u&amp;gt;Ola Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|16 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nareszcie prawdziwa Zima-15 minut szukam odśnieżonego miejsca parkingowego w centrum Szczyrku!. Po osiągnięciu sukcesu już od parkingu z nartami na nogach idę zielonym szlakiem do schroniska. Na miejscu tłumy narciarzy-otwarte są wyciągi. Zjazd dokąd się da nartostradą-jeszcze nie działa na sam dół-reszta poza trasą-łąkami jak to uczynili inni przede mną :). Zmuszona jestem ściągnąć narty tylko na jakieś 100-200 m. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Jaskinia Miętusia|Asia Jaworska, &amp;lt;u&amp;gt;Ola Rymarczyk&amp;lt;/u&amp;gt;, Kasia Jasińska i Gosia Borowiecka (WKTJ)|16-17 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
opis niebawem ;)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ponieważ „niebawem” nastąpi jednak trochę później, pozwolę sobie na uzewnętrzenienie w kilku punktach.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
1. Transport: 3-osobowa kanapa Kasiowego wehikułu ustanowiła nową jakość plotkowania, Yyyy podróżowania. Niestety jedyne procenty nam towarzyszące znajdowały się w płynie do spryskiwaczy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
2. Determinacja: Dopóki herbata w termosie, dopóty szukać otworu będziem. Około 1,5 h krążenia po lesie w poszukiwaniu otworu zakończone sukcesem dzięki grupie Krakusów (krążących 0,5 h dłużej). Ominęły mnie myśli i rozmowa nt. ewentualnego odwrotu, zdominowana zostałam dyskusją z Prince Polo XXL (tylko jednego gryza, no dobra wyrównam do 1/2, eh, po co zostawiać taki kawałek). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
3. Podział obowiązków: Jak w każdym dobrym związku, tyle że bez spięć. Chodzące oazy cierpliwości, doświadczone codziennością się nie spinają, a ich preferencje wzajemnie uzupełniają. Są więc baby poręczujące, transportujące, deporęczujące, wspinające, zdroworozsądkowo-czasupilnujące i inne przydatne –ące.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
4. Cel: Szkoda, że Marwoj nie zobaczył tak zacnego towarzystwa. Z uwagi jednak na cykora i brak czasu wycofałyśmy się z ostatnich 3-4 metrów Korkociągu (za śliskie progi na krótkie nogi). Decyzja była słuszna, czego rezultatem były uśmiechy na dziubach po wyjściu, uściski na pożegnanie i senny powrót z oczekiwaniem na zaś! &lt;br /&gt;
dzięki:)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitury na Czantorii|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomasz Jaworski, Michał Wyciślik, Teresa Szołtysik|10 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W akcie desperacji pojechaliśmy na nocną skiturową przebieżkę na Czantorię. Śniegu brak lecz korzystamy z naśnieżonej sztucznie nartostrady. Krzesło już nie kursowało więc stok tylko dla nas. Robimy dwie rundy góra-dół. Oprócz nas widzieliśmy jeszcze trzech innych desperatów. W sumie fajna narciarska zaprawa.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nartyskitury w Wiśle|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska i osoby towarzyszące|09 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjeżdżamy z Katowic po 16:00 do Wisły na oświetlone stoki, żeby &amp;quot;wyczuć&amp;quot; nowy sprzęt i trochę się rozruszać. Kończymy późnym wieczorem - w domu jesteśmy około północy. Jakby ktoś chciał pojeździć na nartach na wyciągu to warunki są bardzo dobre ale ludzi też całkiem sporo, warunków skiturowych BRAK!  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry - w oczekiwaniu na prawdziwą zimę|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Marek Wierzbowski (UKA)|09 - 10 01 2016}}&lt;br /&gt;
W sobotę wychodzimy na popołudniową wycieczkę do Miętusiej Wyżniej. Zwiedzamy Suche Dno i oglądamy sobie Błotny Syfon. W jaskini spędzamy w sumie ok. 2 godziny. W niedzielę trochę jeżdżę z całą rodziną Wierzbowskich na wyciągach, a potem wspólnie z Markiem i Moniką Strojny (TKN Tatra Team) odbywamy wieczorną przebieżkę na Przysłup Miętusi.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Jaskinia Zimna - kurs|Tomek Jaworski, Ksawery Patryn, Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Bogdan Posłuszny&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus|09 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotni poranek wyruszamy zgodnie z założonym przez Tomka planem. Szybko dostajemy się pod otwór Zimnej. Przebieramy się, konsumujemy  ostatni posiłek i wskakujemy do dziury. Na pierwszych metrach w jaskini witają nas uroki zimy, czyli wspaniałe sople lodowe, które staramy się omijać, nie uszkadzając ich, ale oczywiście zawsze bywają wypadki (ale to nie Ja). Idziemy szybko, bo wszyscy chcą dotrzeć do słynnego Ponoru sprawdzić stan wody. Okazuje się jednak, że wody brak (tu następuje małe rozczarowanie), ale za to błota tu nie brakuje. Idąc dalej docieramy do pierwszej wspinaczki. Wypadło na mnie. Podnoszę prawą nogę i od razu łapie mnie bolesny skurcz.  Ale nie ma co się szczypać, wyruszam w końcu zaporęczować Błotny Próg.  Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie było tam wspaniałego błota. Idąc dalej na Próg Wantowy, gdzie błoto nas nie opuszcza, znów zaczynam wspinać się. Tu błoto znów nie ułatwia mi sprawy. Przesuwając się małymi kroczkami do góry, wspierająca mnie grupa na dole określi mój styl wspinaczki jako tańczącej dżdżownicy. Pełzając nowym stylem udało się zdobyć Próg Wantowy. Ksawery z Asią deporęczują liny za nami. Docieramy  do Czarnego Komina. Tu następuje zmiana prowadzącego. Łukasz rozpoczyna wspinaczkę, próbując naśladować mój styl tańczącej dżdżownicy, ale zapomniał, że Mistrz może być tylko jeden. Bez problemu pokonał  3 komina, ale ktoś za wysoko podwiesił + , więc wyruszyłem z pomocą, żeby Łukasz mógł zaprzeć nogę o mnie. Dalej w kominie poleciało już bez niespodzianek.  Beczkę też Łukasz rozpoczął  poręczować. Tomek uświadamia nas, że woda jest tu ciepła, ale staramy się nie skorzystać z niej. Docierając do Chatki, robimy sobie chwilę przerwy, dalej we Widłach Tomek robi krótki wykład na temat możliwości wyboru dalszych tras. Wyruszamy zgodnie z planem do Sali Złomisk, znów następuje zmiana prowadzącego, tym razem Ksawery poręczuje drogę do Zamulonych Studni. Cel wyprawy osiągnięty,  pamiątkowe zdjęcie i szykowanie się do drogi powrotnej.  Asia i Ksawery idą przodem  szykując liny do zjazdu na złodzieja, Łukasz  jak zawsze w zamyka peleton i deporęczuje liny.  Wszystko idzie jak po maśle do momentu dotarcia do Czarnego Komina. Tutaj złośliwy latający motyl kilkukrotnie skręcał nam liny, zmuszając Łukasza i mnie do powtórnego przejścia Szklanego Prożka.  Motyl został zlikwidowany i dalej trasa powrotna poszła bez problemów , poza tym, że mnie łapały skurcze już w kilku miejscach. Odważę się powiedzieć w imieniu całej grupy (nie konsultując to z nimi), że wyjazd uznajemy za bardzo udany.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: https://picasaweb.google.com/111038618410852186398/10012016JZimna?authkey=Gv1sRgCM_0wLeBuenhbA&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Wys. - wspinanie|Damian Żmuda, Kasia (os. tow.),&amp;lt;u&amp;gt;Karol Jagoda&amp;lt;/u&amp;gt; |01-02 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjeżdżamy wieczorem w Nowym Roku. Śpimy w Zakopcu w aucie, pomimo -14 stopni nocleg wszyscy uznali za komfortowy:). &lt;br /&gt;
Zdecydowanie największym problemem było wyjście ze śpiwora o 4.00 rano -  reszta dnia była przy tym igraszką. &lt;br /&gt;
Po mozolnym podejściu do Morskiego Oka, zatrzymujemy się w schronisku, które o dziwo okazuje się prawie puste o tej porze. Wybieramy krótką i łatwą drogę na Buli pod Bańdziochem: Żleb+droga Blondyna (III). Warunki w Tatrach dziwne, mróz jak na Syberii, a śniegu brak, gdyby było trochę cieplej całą drogę można by zrobić bez raków i dziabek. Kasia w czasie naszej wspinaczki wybrała się na spacer po mocno zalodzonym szlaku do doliny Pięciu Stawów. W powrotnej drodze &lt;br /&gt;
mijamy chyba całą Warszawkę(co tu robić jak wyciągi nie działają???). O spotkanych turystach można by osobną książkę napisać...Do domów wracamy przez Zawoję, gdyż już w sobotę rozpoczął się wielki powrót po sylwestrowym weekendzie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Jura - Jaskinia Rozpadlina|Teresa, Paweł, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Piskorek |01 01 2016}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nowy Rok w jaskini. Jak na grotołazów przystało. Zgodnie z wigilijnym planem penetrujemy jaskinię Rozpadlina na Cisowniku. Otwór duży. Po zjechaniu kilku metrów koniec. Jednak stara, lekko zmurszała drabina wyprowadza nas na pięterko gdzie zaczyna się prawdziwa jaskinia. Można stwierdzić, że przerosła nasze oczekiwania. Meander rozbudowany na szczelinie sprowadza nas dość głęboko (ok. 25 - 30 m względem otworu w dół). Nie jest tu zbyt przestrzennie lecz też nie ma punktowych zacisków choć ciasne miejsca są w bocznych ciągach. Przedzieramy się do wszystkich dostępnych naszym gabarytom zakamarków. Dolne partie obfitują w miejsca z naciekami i mlekiem wapiennym. Wstępne partie zamieszkują sobie sympatyczne pająki. Niżej hibernuje jeden nietoperz. Jaskinia warta odwiedzenia. Na dworze temperatura ok. -7 st. więc przed akcją rozpaliliśmy ognisko by w luksusie się przebrać a później się ogrzać po dziurze. Jednym słowem mroźny ale piękny słoneczny dzień spędzony w uroczym zakątku naszej kochanej Jury.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2016/Rozpadlina&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
https://picasaweb.google.com/111038618410852186398/01012016Rozpadlina?authkey=Gv1sRgCJ3t7tOOx_jHTw&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7312</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7312"/>
		<updated>2017-02-10T23:46:37Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po akwedukcie, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działać całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśmy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w akwedukcie i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, skąd wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąć! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego Czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7311</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7311"/>
		<updated>2017-02-10T23:45:09Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* Niedziela, 1 stycznia */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po akwedukcie, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działać całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśmy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w akwedukcie i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, skąd wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąć! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7310</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7310"/>
		<updated>2017-02-10T23:41:02Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po akwedukcie, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działać całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśmy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w akwedukcie i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7309</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7309"/>
		<updated>2017-02-10T23:39:18Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po akwedukcie, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działać całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśmy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7308</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7308"/>
		<updated>2017-02-10T23:35:15Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po akwedukcie, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działać całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7307</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7307"/>
		<updated>2017-02-10T23:34:45Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* Środa, 28 grudnia */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po akwedukcie, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działać całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7306</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7306"/>
		<updated>2017-02-10T23:34:07Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po akwedukcie, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7305</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7305"/>
		<updated>2017-02-10T23:32:32Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7304</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7304"/>
		<updated>2017-02-10T23:29:48Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książę Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książę studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7303</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7303"/>
		<updated>2017-02-10T23:27:29Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|My spieszymy się na samolot, a tymczasem wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7302</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7302"/>
		<updated>2017-02-10T23:26:17Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|right|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|right|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|left|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|left|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|right|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|left|Wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|600px|thumb|left|Ocean Indyjski]]&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7301</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7301"/>
		<updated>2017-02-10T23:25:00Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|left|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|left|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|right|Widok na miasto z fortu w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|right|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|left|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|right|Wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7300</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7300"/>
		<updated>2017-02-10T23:22:29Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said al Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|left|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|left|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|right|Fort w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|right|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|left|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|right|Wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7299</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7299"/>
		<updated>2017-02-10T23:21:52Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said as Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|left|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|300px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_wioska.jpg|400px|thumb|left|Wioska Balad Sayat]]&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|right|Fort w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|300px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_boisko.jpg|400px|thumb|right|Piłka nożna to ulubiony sport Omańczyków]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|left|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|right|Wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ocean.jpg|400px|thumb|right|Ocean Indyjski]]&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7298</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7298"/>
		<updated>2017-02-10T23:19:15Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* Niedziela, 25 grudnia */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said as Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|left|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|400px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|right|Fort w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|400px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|left|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|right|Wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7297</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7297"/>
		<updated>2017-02-10T23:18:51Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said as Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sultan.jpg|400px|thumb|left|Sułtan Qaboos bin Said al Said]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_ograniczenie.jpg|400px|thumb|left|Uwaga na prędkość!]]&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg|400px|thumb|left|Koza nad drzewie]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort.jpg|400px|thumb|right|Fort w Nizwie]]&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_plywanie.jpg|400px|thumb|right|Pływanie w jednej z dolin w górach Al Hajar]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak.jpg|400px|thumb|left|O poranku...]]&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_meczet2.jpg|400px|thumb|right|Na terenie Wielkiego Meczetu Sułtana Qaboosa]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_khaf-tahry.jpg|400px|thumb|right|Widok z jaskini Khaf Tahry]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_sur.jpg|400px|thumb|left|Stocznia w Sur]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_fort2.jpg|400px|thumb|left|Fort w Jabal Bani Buhasan]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_daktyle.jpg|400px|thumb|left|Sklep z daktylami]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_biwak2.jpg|400px|thumb|right|Nasz ostatni biwak]]&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|right|Wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_sultan.jpg&amp;diff=7296</id>
		<title>Plik:Oman2016 sultan.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_sultan.jpg&amp;diff=7296"/>
		<updated>2017-02-10T23:12:39Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7295</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7295"/>
		<updated>2017-02-10T23:11:29Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;{{wyjazd|SUŁTANAT OMANU - Zwiedzanie i nieco jaskiń|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska&amp;lt;/u&amp;gt;|25 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said as Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez góry Al Hajar. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę Balad Sayat. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
[[Grafika:Oman2016_targ.jpg|400px|thumb|right|Wielbłąd jedzie na targ]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_wioska.jpg&amp;diff=7294</id>
		<title>Plik:Oman2016 wioska.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_wioska.jpg&amp;diff=7294"/>
		<updated>2017-02-10T23:07:06Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_targ.jpg&amp;diff=7293</id>
		<title>Plik:Oman2016 targ.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_targ.jpg&amp;diff=7293"/>
		<updated>2017-02-10T23:07:01Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_sur.jpg&amp;diff=7292</id>
		<title>Plik:Oman2016 sur.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_sur.jpg&amp;diff=7292"/>
		<updated>2017-02-10T23:06:55Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_plywanie.jpg&amp;diff=7291</id>
		<title>Plik:Oman2016 plywanie.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_plywanie.jpg&amp;diff=7291"/>
		<updated>2017-02-10T23:06:49Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_ograniczenie.jpg&amp;diff=7290</id>
		<title>Plik:Oman2016 ograniczenie.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_ograniczenie.jpg&amp;diff=7290"/>
		<updated>2017-02-10T23:06:35Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_ocean.jpg&amp;diff=7289</id>
		<title>Plik:Oman2016 ocean.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_ocean.jpg&amp;diff=7289"/>
		<updated>2017-02-10T23:06:30Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_meczet2.jpg&amp;diff=7288</id>
		<title>Plik:Oman2016 meczet2.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_meczet2.jpg&amp;diff=7288"/>
		<updated>2017-02-10T23:06:24Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg&amp;diff=7287</id>
		<title>Plik:Oman2016 koza-na-drzewie.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_koza-na-drzewie.jpg&amp;diff=7287"/>
		<updated>2017-02-10T23:06:14Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_khaf-tahry.jpg&amp;diff=7286</id>
		<title>Plik:Oman2016 khaf-tahry.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_khaf-tahry.jpg&amp;diff=7286"/>
		<updated>2017-02-10T23:05:54Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_kamela.jpg&amp;diff=7285</id>
		<title>Plik:Oman2016 kamela.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_kamela.jpg&amp;diff=7285"/>
		<updated>2017-02-10T23:05:48Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_fort2.jpg&amp;diff=7284</id>
		<title>Plik:Oman2016 fort2.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_fort2.jpg&amp;diff=7284"/>
		<updated>2017-02-10T23:05:42Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_fort.jpg&amp;diff=7283</id>
		<title>Plik:Oman2016 fort.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_fort.jpg&amp;diff=7283"/>
		<updated>2017-02-10T23:05:37Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_falaj.jpg&amp;diff=7282</id>
		<title>Plik:Oman2016 falaj.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_falaj.jpg&amp;diff=7282"/>
		<updated>2017-02-10T23:05:30Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_daktyle.jpg&amp;diff=7281</id>
		<title>Plik:Oman2016 daktyle.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_daktyle.jpg&amp;diff=7281"/>
		<updated>2017-02-10T23:05:23Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_boisko.jpg&amp;diff=7280</id>
		<title>Plik:Oman2016 boisko.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_boisko.jpg&amp;diff=7280"/>
		<updated>2017-02-10T23:05:18Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_biwak2.jpg&amp;diff=7279</id>
		<title>Plik:Oman2016 biwak2.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_biwak2.jpg&amp;diff=7279"/>
		<updated>2017-02-10T23:04:50Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_biwak.jpg&amp;diff=7278</id>
		<title>Plik:Oman2016 biwak.jpg</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Plik:Oman2016_biwak.jpg&amp;diff=7278"/>
		<updated>2017-02-10T23:04:43Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7277</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7277"/>
		<updated>2017-02-10T22:55:22Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said as Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez [beeeeee]. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę [beeeeee]. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7276</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7276"/>
		<updated>2017-02-10T22:55:11Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;___NOTOC___&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said as Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 25 grudnia ===&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez [beeeeee]. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę [beeeeee]. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7275</id>
		<title>Relacje:Oman 2016</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Relacje:Oman_2016&amp;diff=7275"/>
		<updated>2017-02-10T22:54:20Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: Nowa strona: ''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi O...&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;''Z wyrazami miłości i oddania, dedykujemy niniejszy przewodnik naszemu ukochanemu przywódcy, jego wysokości Sułtanowi Qaboosowi bin Said, oby Allah miał go w opiece, Sułtanowi Omanu, w uroczystą okazję 42-giego Dnia Narodowego. Czynimy to pełni miłości i wierności dla tego przywódcy i współczującego ojca, który wzywał do oddania na rzecz Omanu i Sułtana. Ta książka jest dla Ciebie, nasz Panie.''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cytat pochodzi z pierwszych stron książki &amp;quot;Przewodnik geoturystyczny po Omanie&amp;quot;, wydanej przez Omańskie Towarzystwo Geologiczne. Ustrój polityczny Omanu to monarchia absolutna. Oznacza to, że cała władza - ustawodawcza, sądownicza, wykonawcza, czy jakakolwiek inna - skupiona jest w ręku Jego Wysokości, panującego Sułtana. Wizerunek Sułtana w różnych nakryciach głowy znajduje się na banknotach o nominałach 1, 2, 5, 10, 20, 50 riali oraz 500 i 100 baisa, czyli po prostu na wszystkich. Z woli Sułtana powołany został rząd oraz demokratycznie wybierany parlament. Ostateczną władzę nad każdym obywatelem Omanu posiada jednak Sułtan. Od roku 1970 godność tę nieprzerwanie piastuje sułtan Qaboos bin Said as Said, syn sułtana Saida bin Taimur.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Najpierw krótki rys historyczny. Młody książe Qaboos, po ukończeniu szkoły podstawowej i średniej w Indiach, został wysłany przez ojca w wieku lat szesnastu do prywatnej szkoły w Anglii. Mając lat 20, obecny Sułtan wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst, a po jej ukończeniu odbył roczną służbę w Pułku Strzelców Szkockich na misji pokojowej w Niemczech. Po odbyciu służby wojskowej, książe studiował tematykę administracji publicznej na szczeblu lokalnym, po czym odbył podróż dookoła świata. Następnie, po powrocie do kraju, w 1966, został zamknięty przez ojca w areszcie domowym.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Cztery lata później, w 1970, z pomocą zaufanych popleczników Qaboos przejął władzę w puczu przeciwko własnemu ojcu. Stary sułtan został honorowo postrzelony w stopę i wysłany na emeryturę do hotelu w Londynie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz czas na kilka faktów o rządach sułtana Qaboosa. W 1970 w całym Omanie znajdowały się jedynie trzy szkoły podstawowe, w których 30 mężczyzn uczyło 900 chłopców. Przez pierwsze pięć miesięcy rządów, sułtan Qaboos otworzył 16 szkół. W roku 1971 szkół podstawowych było już 42, zaś uczniów 15 tysięcy, z czego ponad tysiąc dziewcząt. W lata 90' XX wieku Oman wszedł z 780 szkołami, w których uczyło się 300 000 dzieci. W roku 2011 w Omanie zatrudnionych było 51 811 nauczycieli, w tym 65% kobiet. Dodajmy, że urząd ministra edukacji piastuje obecnie pani dr Madeeha bint Ahmed bin Nassir al Shibaniyah, zaś za szkolnictwo wyższe odpowiada w omańskim rządzie pani dr Rawiyah bint Saud al Busaidiyath. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trakcie rządów Qaboosa w Omanie powstało 29 685 (słownie: dwadzieścia dziewięć tysięcy sześćset osiemdziesiąt pięć) kilometrów dróg asfaltowych. Otwarto Uniwersytet Sułtana Qaboosa, Wielki Meczet Sułtana Qaboosa i Kompleks Sportowy Sułtana Qaboosa. Sułtan ściągnął do Omanu zachodnich archeologów i uruchomił szeroko zakrojony projekt mający na celu inwentaryzację wszelkich form sztuki ludowej.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sułtan posiada licencję krótkofalarską, interesuje się również astronomią, lubi spacery nad morzem i jest wielbicielem muzyki klasycznej. Jego ulubionym instrumentem są organy. W wybudowanej z rozkazu sułtana Operze Królewskiej znajdują się największe organy na świecie. Podobnie jak trzy czwarte obywateli Omanu, sułtan wyznaje islam szkoły Ibadi, która podkreśla znaczenie dialogu i rzeczowej dyskusji w rozwiązywaniu konfliktów. W przeciwieństwie do Sunnitów i Szyitów, szkoła ta uznaje Koran nie za dosłowny przekaz Allaha, a za rzecz stworzoną przez niego tak, jak wszystko inne. I w związku z tym możliwą do interpretacji na różne sposoby.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po tym wstępnie jesteśmy chyba gotowi, żeby przejść do obrazków z naszej wycieczki. Zaczęła się ona od pokolacyjnej podróży do Warszawy, kilku skomplikowanych operacji z kluczami do chwilowo pustego mieszkania mojego przyjaciela, a następnie porannej taksówki na Okęcie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na warszawskim lotnisku odprawa przebiegła bezproblemowo, kontrola bezpieczeństwa również. Nawet samolot się nie spóźnił! Przesiadka w Katarze, kolejna odprawa, lot do Dubaju, całkiem szybkie przejście przez Immigration, spacer do stoiska wypożyczalni samochodów &amp;quot;Hertz&amp;quot; (międzynarodowa sieć!), sympatyczna obsługa i...&lt;br /&gt;
- Ach, do Omanu? No to ja nie wiem, czy się uda. Jest nowe prawo, będzie obowiązywało od nowego roku, ale na wszelki wypadek władze omańskie już nie wpuszczają samochodów wypożyczonych w Dubaju. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale na stronie macie informację, że samochodem nie da się wyjechać za granicę Emiratów, z wyjątkiem Omanu właśnie?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No tak, ale strona była nieaktualna. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Ale nie można się nawet było do Was dodzwonić, żeby się upewnić!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- [ojtam, ojtam] Ale strona już jest zaktualizowana!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Mhm... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Niektórym klientom się udało. Ale tylko tym, którzy pojechali na przejście w Hatta. Możemy dać wam papiery i spróbujcie pojechać tam, może Was przepuszczą&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Może, czyli... ?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No... tak pół na pół. Albo się uda, albo nie. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po odebraniu samochodu przeżyliśmy pół godziny grozy w drodze do najbliższego supermarketu po gaz i zapasy na 2 - 3 dni. Jak na razie, Dubaj stanowczo zajmuje pierwsze miejsce na liście &amp;quot;miejsca, w których nie należy siadać za kierownicą&amp;quot;. Ale udało się dojechać w jednym kawałku, znaleźć sklep i odkryć, że niestety, akurat ma godzinną przerwę.  Na szczęście naprzeciwko znajdowały się delikatesy indyjskie, z pysznym chlebem i nieznormalizowanymi awokado.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po skompletowaniu podstawowego zestawu przeżycia, udaliśmy się w Drogę. Z nogą na gazie, wzrokiem w GPS (na drodze też, ale mniej) oraz sercem w gardle (przepuszczą? czy jednak nie?). Trasa planowana na jakieś 2 godziny zajęła niemal całą noc, bo najpierw GPS był kapryśny, a później trafiliśmy na niewłaściwe przejście graniczne. Ale udało się! Udało! W oddali, w końcu, zamajaczyły budynki straży granicznej! Serca, nadal w gardle, zwiększyły mocno objętość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry, my do Omanu. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry. Paszporty... OK, za przekroczenie granicy opłata administracyjna 20 dolarów, ale w tamtym okienku.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hmmm.&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[Dostaliśmy Jakiś Świstek]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, możecie jechać&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
I pojechaliśmy dalej. Niezbyt daleko, ponieważ za chwilę trafiliśmy na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Dzień dobry!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bagażnik!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
[tup tup tup]&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- OK, można jechać. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
(Czego on szukał w tym bagażniku, syryjskich uchodźców?)&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nastroje trochę lepsze, przez chwilę. Tj. przez pierwsze dwa kilometry pasa ziemi niczyjej. Przez kolejnych 6 zastanawialiśmy się, czy nie trzeba będzie w tym właśnie pasie spędzić całego tygodnia. Ot tak, w ramach protestu przeciwko tym mitycznym nowym przepisom. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry! Wizy są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Nie ma...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- To na parking i zapraszam do środka&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
czyli do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Połowa z nas skrzętnie się zachustowała i poszliśmy do biura straży granicznej. Imponującego, z widoczkami z całego Omanu na ścianach, ociekającego złotem i marmurem. Chwila rozmowy, przekierowanie do wypełniania wniosków wizowych, kolejna rozmowa (serca już próbują wyskoczyć z gardeł), cały stos papierów samochodowych i... - jedziemy! Wpuścili nas, jesteśmy w Omanie! Po szybkim przejrzeniu mapy (trasa wszak przygotowana była z Al Ain, nie z Hatta) ruszamy z optymizmem w dalszą drogę. Optymizmu wystarcza na jakieś 500m, kiedy to naszym oczom ukazuje się... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Bry. Paszporty - są?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Wizy?&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Są...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Pokazać!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- No, możecie jechać!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pojechaliśmy. Byliśmy w Omanie. W końcu! Co prawda bardziej już rano niż w nocy, zupełnie gdzie indziej niż planowaliśmy, ale w Omanie. Kulturoznawcza część ekipy została zawieszona reklamą Omantel, na której jakiś pan robił sobie selfie. No bo jak to tak - kraj muzułmański, prawda? Allah nie pochwala wizerunków ludzi, a tu takie coś? Okazuje się, że coś ten islam w Omanie niezbyt radykalny. Zresztą, będzie się to coraz bardziej okazywało z każdym dniem...  Wyczerpani, znaleźliśmy jakąś boczną drogę, schowaliśmy się za pagórkiem i postanowiliśmy przespać się parę godzin.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Poniedziałek, 26 grudnia ===&lt;br /&gt;
Parę godzin okazało się być parą godzin. Niestety, mimo chęci, nie udało nam się pospać dłużej - samochód zamienił się w piekarnik, a otwarcie wszystkich okien niewiele pomogło. Uznaliśmy, że dwie godziny to w sumie nie jest tak bardzo mało i wyruszyliśmy w Drogę. Na początek, jak porządni turyści, postanowiliśmy odwiedzać miejsca opisane w przewodniku. Wybór padł na &amp;quot;Chains&amp;quot;, trasę spacerową przez wadi (górską dolinę), zaopatrzoną w łańcuchy przy trudniejszym podejściu. Aby dotrzeć na miejsce, trochę potelepaliśmy się po wertepach i trochę podrapaliśmy w głowy, widząc na środku pustyni znaki ostrzegające przed niebezpieczeństwem powodzi (&amp;quot;UWAGA! Jeśli woda sięga do czerwonego słupka, NIE JEDŹ DALEJ.&amp;quot;). Po godzinie dotarliśmy do wspominanego w przewodniku miejsca parkingowego przy sadzie. Daktylowym, rzecz jasna. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Krótki spacer omańskim akweduktem falajem, przejście przez kilka sadzawek (jedna z nich była siedliskiem wodnych skorpionów, co na szczęście odkryliśmy w drodze powrotnej) i - łańcuch, a na nim w losowych odstępach kilka strzemion. Taka wariacja na temat drabiny. Niestety, nieco różniło się to od zdjęć, głównie gęstością rozmieszczenia tychże strzemion, więc spacer skończył się śniadaniem u podnóża skały i spokojnym powrotem do samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niezrażeni, postanowiliśmy wrócić do cywilizacji i ponownie podejść do problemu zaopatrzenia. W Lulu, lokalnej sieci hipermarketów, świetnie zaopatrzonej w owoce, warzywa i ryby (za to wcale w gaz) nabyliśmy grilla i rozpoczęliśmy poszukiwanie miejsca na nocleg. Właściwie to nawet nie &amp;quot;poszukiwanie&amp;quot;, a docieranie do opisanych w przewodniku miejsc campingowych. Po wjeździe do Wadi Bani Awf, z drobnymi trudnościami (warto pamiętać, że przewodniki się czasem dezaktualizują) znajdujemy miejsce opisane jako &amp;quot;idealne na camping&amp;quot;, położone dość daleko od wioski i lokalnej drogi&amp;quot;. Miejsce faktycznie urocze, jednak od czasu publikacji przewodnika, wioska się nieco rozrosła, a droga z lokalnej, niezbyt utwardzonej, zmieniła w porządnie oświetlony asfalt, zachęcający chyba pół Omanu do nocnych przejażdżek. Pojechaliśmy więc dalej. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Kolejne miejsce, zlokalizowane w środku niczego, znaleźliśmy bez większego trudu. Już rozważaliśmy rozbijanie namiotu (oboje byliśmy straszliwie niewyspani), kiedy okazało się, że kilka krzaków i jakieś 60 m dalej, zaparkowany jest samochód tubylców, którzy też postanowili spędzić tam noc. Niestety, część z nas uznała, że tak być nie może! Skoro mieliśmy być sami, to będziemy sami i już. Minęło pół godziny jazdy po bezdrożach, w świetle księżyca. Kolejny kwadrans. Na szczęście już przed upływem godziny wspomniana część doszła do wniosku, że skoro oni za swoimi krzakami, my za swoimi, to w sumie - całkiem tak, jakbyśmy byli tam sami. Wierni tradycyjnemu podziałowi ról społecznych zajęliśmy się każde swoją działką i już po godzinie mogliśmy jeść grillowane różności, a później przenieść się na spanie do samochodu. Jeszcze tylko drobna różnica zdań na temat stopnia otwarcia poszczególnych okien, po czym - Sen! Prawdziwy, w wygodnych* i chłodnych** warunkach. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Wtorek, 27 grudnia ===&lt;br /&gt;
Następnego dnia obudził nas jakiś dziwny dźwięk, który z czasem zaczęliśmy identyfikować jako &amp;quot;stado kóz kopytkujące po kamienistym dnie wadi&amp;quot;. Po szybkim śniadaniu (bez kawy! nawet odrobiny!!!) zaczęliśmy przemieszczać się w stronę Nizwy, która okazała się być jednym z naszych najulubieńszych miast. Ale najpierw zajęliśmy się rozglądaniem po Wadi Bani Awf i próbami niezrzucenia samochodu w przepaść na jednej z najpiękniejszych tras w Omanie, prowadzącej przez [beeeeee]. W ramach przerwy poszliśmy pozwiedzać malowniczą i przyzwyczajoną już do zwiedzających wioskę [beeeeee]. Po kilku godzinach dotarliśmy do Nizwy i zupełnie przypadkiem zaparkowaliśmy niemal u stóp tamtejszego fortu. Za 500 baisa, czyli jakieś 5 złotych, spędziliśmy około godziny, poznając historię i przeznaczenie twierdzy. Szczególne wrażenie robią otwory do polewania napastników... Nie, nie smołą, jak u nas. O smołę tam raczej ciężko, ale podobno równie skuteczny jest gorący syrop daktylowy. Fort zbudowany był przede wszystkim z gliny; może się to wydawać niezbyt racjonalne, ale należy pamiętać, że na pustyni dostępność materiałów budowlanych innych niż glina, kamienie i różności z palmy daktylowej, jest raczej niska. Poza tym, fort w Nizwie, podobnie jak większość tego typu struktur, został zbudowany w okresie przedprochowym, w związku z czym ściany nie musiały być aż tak wytrzymałe, jak w przypadku np. cytadeli w Kłodzku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Od dalszych spacerów po mieście odstraszyło nas zagęszczenie &amp;quot;białych&amp;quot; turystów i początek sjesty; przemieściliśmy się do kolejnego wadi, reklamowanego jako świetne miejsce do pływania. Reklamowanego, jak się okazało, słusznie. Wspaniały szlak, do wyboru: po wielkich głazach, dnem wadi, albo po faladżu, temperatury znośne, dużo zieleni, a po jakichś 30 minutach - cała seria sadzawek, rozmiarów może niezbyt imponujących, ale czystych i chłodnych. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze w górę spotkaliśmy pastucha kóz. Mężczyzna koło sześćdziesiątki, ubrany w burnus i lokalną czapeczkę, wypędzał kozy na grań. Kiedy podeszliśmy, lekko stremowani, bo przecież mógł mu się nie spodobać nasz ubiór, bardzo serdecznie się z nami przywitał. Po angielsku. Po czym zareklamował położone wyżej sadzawki, poprosił o ostrożność, bo niedawno w tym wadi zabiła się dziewczyna z Niemiec, opowiedział trochę o kozach... Angielszczyzną na poziomie znacznie wyższym niż prezentowany przez większość znanych mi polskich grotołazów. Cóż. Zdarza się, prawda? Nawet wśród omańskich pastuchów może trafić się jeden egzemplarz znający angielski. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spędziliśmy trochę czasu pluskając się w pięknym jeziorku z wodospadem i pozując sobie wzajemnie do zdjęć, ale w końcu uznaliśmy, że trzeba się zbierać, zwłaszcza, że przebiegający obok pasterz mógł mieć coś przeciwko pływaniu w wodzie pitnej dla wioski... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zebraliśmy się szybko, ale w połowie pożegnalnego rzutu oka na wodospadzik uznałam, że pasterz musiał sobie pod nosem rzucić &amp;quot;a szlag by ich trafił!&amp;quot;, albo coś podobnego, bo zaczęłam się dusić i kaszleć. Między kolejnymi próbwami wyplucia płuc zastanawiałam się, czy Mateusz potrafi przeprowadzić tracheotomię i co właściwie, do cholery, się dzieje! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Bardzo powoli szliśmy w dół, z przerwami na ataki kaszlu i próby napicia się czegoś, raczej nieudane. Kilka metrów przed siedzącym na skale pasterzem padłam na kolana i dałam kolejny koncert na płuca, oskrzeliki i gardło. Nagle pasterz spytał, oczywiście po angielsku, czy palę... Gdyby nie kaszel, zapewne zawiesiłabym się zupełnie, ale udało mi się pokiwać głową. &amp;quot;To zapal&amp;quot; - głupi jakiś, czy co? Jak się duszę, to przecież papieros mi nie pomoże... A, pewnie chce się zemścić za kąpiel w wodzie spływającej do wioskowego akweduktu. &amp;quot;ZAPAL, pomoże!&amp;quot;. Zapaliłam, wychodząc z założenia, że gorzej i tak już nie będzie, najbliższe pogotowie lotnicze jest w Abu Dhabi, więc i tak nie zdąży dotrzeć, a jak mam umrzeć, to wolę szybko. Pomogło!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
POMOGŁO! Jak tylko zmieniłam kolor z zielonego na prawie-normalny, pan wytłumaczył, że wyżej w górach latają &amp;quot;takie małe... przepraszam, nie wiem, jak się to nazywa po angielsku&amp;quot; i dlatego właśnie pasterze zasłaniają sobie twarze chustami. I że pomaga na to gorący dym... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dotarliśmy już spokojnie do samochodu, ale niestety kaszel się utrzymywał. Nic to! Dało się oddychać, a efekty dźwiękowe nie były aż tak złe. &lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu zatrzymaliśmy się w małym miasteczku na... Szejka z awokado, w którym miałam się zakochać. Przyznaję, że słowa &amp;quot;szejk z awokado&amp;quot; uruchomiły mi wyobraźnię i miałam w głowie obraz niezwykle przystojnego Araba, w burnusie, z chustą, stojącego w otoczeniu wielkich skrzyń z owocami. Okazało się jednak, że chodzi o &amp;quot;zwykły&amp;quot; koktajl z mleka i awokado, z dodatkiem cukru. Brzmi dziwnie - przecież awokado może występować z czosnkiem albo chili, ale z mlekiem? I cukrem? Po spróbowaniu uznałam, że może brzmieć jakkolwiek, ważne, że jest pyszne! Szkoda tylko, że na spróbowanie trzeba było czekać - standardowe trzymadełko na kubki nie było przystosowane do mocnego chwytu polskiego grotołaza i rozpadło się, chwilę po tym, kiedy sprzedawca je wręczył. Oczywiście oba kubki wylądowały na ziemi, ale dostaliśmy nowe. Z uśmiechem! Ucząc się przy okazji, że do sokowni i coffee shopów nie trzeba wchodzić, wystarczy podjechać i zatrąbić. Ot, taki nieoficjalny drive-in. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drodze do Maskatu odbyliśmy kilka poważnych dyskusji na temat wizyty u lekarza, zakończonych kompromisem - &amp;quot;jak będę chciała pójść, to pójdę!&amp;quot;. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Sam Maskat... duży. Ale raczej w poprzek niż wzwyż. Nie widać wysokich budynków i ładnie to kontrastuje z gigantomanią obecną na każdym niemal kroku w Dubaju. Dotarliśmy nad morze, zaparkowaliśmy (niemal legalnie) w okolicy targu i poszliśmy na spacer. Rrrrety! Ileż tam tego było. Oczywiście, głównie wszelakie pamiątkowe badziewia made in China, ale też mnóstwo zapachów w stylu orientalnym i wszelkiego rodzaju lokalne wdzianka (Co Poniektórzy bardzo nie chcieli sobie zanabyć, mimo nalegań. I żałują. I bardzo słusznie!). Po rozważaniach - jedzenie czy sklep, wybraliśmy na początek irańską knajpę, pół miasta dalej, sprawdzoną pięc lat wcześniej.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Później jeszcze szybkie zakupy w aptece (gliceryna... jak można pić glicerynę, na bogów?) i w Carrefourze (przerywane popijaniem gliceryny i podziwianiem świątecznego wystroju sklepu - świąteczne bałwanki były urocze) i droga nad morze, całkiem blisko, żeby rano zdążyć do Wielkiego Meczetu i może do lekarza. Droga przebiegła bez problemów (kaszel pomijamy), samo polowanie na miejsce w zasadzie też. Już mieliśmy wyjmować namiot, kiedy, głupia! przyjrzałam się temu czemuś, co zobaczyłam na ziemi. Zbyt dokładnie. I uznałam, że jedno nieszczęście na dzień wystarczy - połknęłam muchę, nie chcę jeszcze wdepnąć w skorpiona, idąc w nocy na siku. Skorpionom mówimy stanowcze nie! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Środa, 28 grudnia ===&lt;br /&gt;
Jakoś między 6 a 7 rano uznaliśmy, że dalsze próby spania są i tak skazane na porażkę i że najlepiej będzie zebrać się jak najszybciej, wrócić do Maskatu i zwiedzić Wielki Meczet, udostępniany niemuzułmańskim turystom codziennie, poza piątkami, między 8 a 11 przed południem, a później poszukać lekarza. Wyruszyliśmy do miasta, podziwiając po drodze zakres robót drogowych i pracowitość pakistańskich robotników, dotarliśmy pod meczet i potuptaliśmy do wejścia dla turystów, mijając po drodze wypożyczalnię, w której można się było zaopatrzyć w chusty i abaje. Po długiej walce zwyciężyło skąpstwo i do meczetu weszłam we własnej koszuli i chuście (którą zresztą musiałam poprawić, ponieważ strażnik uznał, że jakiś kawałek człowieka spod niej wystaje). I...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warto było. Nawet gdyby do zwiedzania niezbędne było przywdzianie pełnej burki, łącznie z zasłoną na oczy, i tak bym chciała tam wrócić. Pierwsze wrażenie - oaza. Pełno zieleni i kwiatów, co w tym klimacie jest dość rzadkie. Fontanny - ciężko powiedzieć, czy zaplanowane jako pokaz bogactwa (ciekawe, ile wody odparowuje), czy raczej dla zwiększenia wilgotności powietrza w okolicy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Główny budynek meczetu ma po bokach arkady, a pod nimi mozaiki, ilustrujące poszczególne okresy sakralnej sztuki muzułmańskiej. Mimo różnorodności form i kolorystyki, całość jest bardzo spójna wewnętrznie i czytelna chyba nawet dla osób, które nie mają pojęcia o historii sztuki. Korytarze, dziedziniec i w zasadzie wszystkie powierzchnie nietrawnikowe są wyłożone marmurem, idealnie gładkim i czystym. Po zdjęciu butów do zwiedzania głownej sali meczetu, bardzo nie chce się ich zakładać z powrotem.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dwie główne atrakcje turystyczne, czyli żyrandol i dywan, są naprawdę imponujące, a dywan - 60x70 metrów, prawdopodobnie bardzo piękny. Niestety, nie da się go podziwiać w całości - przed zadeptaniem chroni go warstwa nieprzezroczystej folii i tylko wąskie &amp;quot;korytarze&amp;quot; wystawione są na spojrzenia (i stopy) niewiernych.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciekawostka - w meczecie znalazł się też kącik &amp;quot;wiedzy o islamie&amp;quot;, w którym można podyskutować z imamami, napić się wody czy kawy i dowiedzieć, o co właściwie chodzi i dlaczego Oman, też przecież kraj muzułmański, z prawem opartym o szariat, jest tak niezwykle liberalny. Następnym razem planuję tam spędzić godzinkę czy dwie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W miarę upływu czasu, zbawienne działanie syropku słabło i trzeba było, w końcu, wybrać się do lekarza. Na wejściu okazało się, że &amp;quot;40 dolarów za wizytę u lekarza&amp;quot;, którą to stawką straszyły internety, jest mocno przesadzone. Pan w okienku poprosił o dokument i opłatę w wysokości 5 riali (ok. 50 zł). Paszport był, z opłatą gorzej, bo kart nie przyjmowali. Po przeszukaniu wszystkich kieszeni, udało się zebrać 3 i trochę riala. Pan stwierdził, że też dobrze, doniesiecie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Chwila, niezbyt długa w poczekalni, opowieść o Pasterzu i Muszce, wstępna kwalifikacja do lekarza, kolejny gabinet, potem jeszcze jeden, jeszcze jeden i w końcu recepty i skierowanie na pooddychanie tlenem z lekarstwami. Przerażające - przecież tlenu nie podaje się ot, tak. Ale okazało się, że faktycznie - alergia, bo leki wziewne plus antyhistaminy zaczęły działac całkiem szybko.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, straciliśmy ponad dwie godziny, więc trzeba było opuścić Maskat i zbierać się w dalszą drogę, w końcu jaskinia czekała! Upolowaliśmy w jakimś wioskowym supermarkecie grilla, dużo warzyw i mrożonego kurczaka i w końcu mieliśmy naprawdę porządną kolację. Konieczną, bo przecież następnego dnia wybieraliśmy się do Arch Cave!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Czwartek, 29 grudnia ===&lt;br /&gt;
Nawet bez RedBulli zebraliśmy się całkiem szybko i przemieściliśmy w stronę otworu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że nie tylko Chiny mają Wielkie Dziury w Ziemi zaraz obok drogi. Po wstępnych oględzinach okazało się, że gdzieś na przestrzeni ostatnich sześciu lat jakaś dobra dusza wymieniła spity na kotwy, dzięki czemu poręczowanie zapowiadało się całkiem optymistycznie. Szybkie śniadanie w pobliskim parowie, przywdzianie kombinezonów a'la Grupa Usuwania Epidemii i - marsz w stronę studni, jakieś 200m od samochodu. Słońce już zaczęło mocno grzać, więc staraliśmy się załatwić to w miarę szybko. Niestety, optymizm okazał się trochę przesadzony. Po pierwsze, lokalni grotołazi preferują technikę &amp;quot;alleluja i do przodu&amp;quot;, więc kotwy rozmieszczone były raczej rzadko i w dość nietypowych, jak sądzę, miejscach, więc zlokalizowanie ich zabrało Poręczującemu dobrą chwilę. Po drugie - 170 m studni brzmi świetnie, ale przy tej temperaturze i w pełnym słońcu nawet zjazd jest męczący. Zwłaszcza, kiedy trzeba jechać naprawdę powoli, żeby nie przypalić liny, po drodze trafiają się łączenia lin, a między ostatnią przepinką a dnem jest milion kilometrów liny, który swoje waży. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ale w końcu dotarłam na dno, cudem tylko nie lądując w martwej kozie (uważałam na martwego osła, leżącego ze 2 metry dalej, ale kozę jakoś przegapiłam) i... ruszyliśmy. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teorię jaskiniowania znam. Przed egzaminem wbiłam sobie do głowy, że  &amp;quot;zimą partie przyotworowe jaskini są chłodniejsze niż dalsze części&amp;quot;, ale jakoś do mnie nie dotarło, że to obowiązuje wszędzie, nawet tam, gdzie zimą jest średnio 26 stopni. Z miłego, acz nieco trącącego osłem i kozą chłodku, przenieśliśmy się do jaskini właściwej, która próbowała nas (a przynajmniej połowę z nas) przepłoszyć termiką. W zupełnie nowy sposób - nie dało się wytrzymać gorąca!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jaskinia dość przyjemna, jeśli uparcie się ignoruje pająki, wielonogi i inne skąposzczety, a także śmierdzącą wodę. Niestety, pewnych rzeczy, jak np. jej wymiarów, ignorować się nie dało. Po 45 minutach czołgania się i zdobywania coraz to nowych zadrapań, zdecydowaliśmy się na odwrót. Połączenie standardowych braków w kondycji, antybiotyku na ząb, leków przeciwalergicznych i temperatury powietrza, uzupełnione o agresywne szelki od crolla spowodowały, że jedno z nas musiało poczekać nieco dłużej przy Martwym Ośle na dnie studni. Co prawda po wyjściu mieliśmy jeszcze chwilę do zmroku, ale zdecydowaliśmy się zrezygnować z zakupów i przemieścić do miejsca noclegu, planując kolacyjnego grilla z resztek, walających się w różnych zakamarkach samochodu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Piątek, 30 grudnia ===&lt;br /&gt;
Wstaliśmy przed wschodem słońca i bardzo, ale to bardzo nam się to opłaciło. Widok z płaskowyżu na morze mgieł i morze prawdziwe oraz na wschodzące nad nimi słońce nie tylko warty był tych utraconych minut snu, ale i dodawał optymizmu przez cały długi dzień. Długi, ponieważ w trakcie wieczornego ustalania planów padło: &amp;quot;No, godzina do jaskini, godzina w środku, godzina z powrotem i jedziemy dalej&amp;quot;. Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia uznałam, że po godzinie jazdy dotrzemy pod otwór, poeksplorujemy trochę, a później będziemy wracać tą samą trasą. Ruszyliśmy, podziwiając, jak zwykle, Krajobraz (niezmiennie: bezwstydnie geologiczny) i planując dalsze działania. Po jakimś czasie dotarliśmy do zakrętu, przy którym biwakowała większa grupa ludzi. Stanowczo lokalnych - jedna z obozowiczek była w trakcie porannej modlitwy. Do tej pory zastanawiam się, czy zaspała, czy nie chciało jej się ubierać tak wcześnie, bo modliła się przyodziana w chustę i śpiwór. Wyglądało to, nie da się ukryć, mocno komicznie. Grzecznie się przywitaliśmy, sprawdziliśmy na GPSie trasę i ruszyliśmy oślą ścieżką w dół, zakładając po drodze rękawiczki, bo wapień śmiało mógł konkurować z alpejskim w konkurencji na zaostrzenie. Jeszcze tylko upewniłam się, że mamy wodę (po przygodach na Tajwanie mam paranoję na punkcie braku wody) - mieliśmy. Dwa litry, akurat na godzinny spacer po jaskini. Po jakimś kwadransie dotarliśmy w miejsce, z którego widać było wieeeeeeelki wąwóz. Naprawdę wielki i naprawdę głęboki. Z przerażeniem spytałam, czy wybieramy się  do jaskini na dnie tego wąwozu. Na szczęście nie. Po kolejnym kwadransie, w trakcie wodnego postoju, delikatnie spytałam, czy przypadkiem nie zabłądziliśmy. Kiedy dowiedziałam się, że nie, skąd, przecież miała być godzina, no, może półtorej wyjdzie, dotarło do mnie, że otwór jednak nie jest położony przy drodze. I że mamy, a raczej mieliśmy, dwa litry wody. Na dwie osoby. Na jakieś 4 godziny, z czego większość w (co z tego, że zimowym?) pełnym, omańskim słońcu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Starając się tym nie przejmować, podziwiałam otoczenie - wielkie głazy, wąwozy, sprawiające wrażenie sięgających do środka ziemi, kolory... Po którymś z kolei zakręcie ujrzeliśmy otwór. A raczej - Otwór. Przepiękny. I dokładnie taki, jaki miałam w głowie słysząc &amp;quot;jaskinia w Omanie&amp;quot;. Po kolejnym kwadransie dotarliśmy do niego i zjedliśmy śniadanie w niezwykłych okolicznościach przyrody, otoczeni najpiękniejszymi kolorami, jakie widziałam w jaskini. Później szybki spacer po jaskini właściwej, z krótką przerwą na histerię przy drabinie i odwrót. Już w trakcie docierania do otworu dotarło do nas, że jednak z tą wodą to mocno nie wyszło. Strużka przyotworowa, w której pokładaliśmy wielkie nadzieje, okazała się mocno leniwa i w ciągu naszej nieobecności napełniła butelkę tylko w połowie. Jednak dzielnie wyruszyliśmy w górę, głównie dlatego, że nie mieliśmy wyjścia. Po dwóch kwadransach trafiliśmy na straż przednią grupy, którą spotkaliśmy przy drodze. Dowiedzieliśmy się, że cała ekipa składa się z mieszkańców Omanu, Emiratów i Arabii Saudyjskiej i, prowadzona przez Prawdziwego Przewodnika, udaje się na przygodę pt. Nocleg w Jaskini! &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zatem dwoje Polaków, ubranych mocno symbolicznie, wpada w omańskich górach na grupę Arabów, w tym dwie szczelnie zakutane dziewczyny, oczywiście w czerni, mimo palącego słońca, jedną też opatuloną, ale w mniej tradycyjne ubrania. Najwięcej rozmawia z nami jedna z tych szczelnie zaczernionych: &amp;quot;Skąd jesteście, jak wam się podoba, czemu Oman i... czy potrzebujecie czegoś? Jedzenia? Macie mały plecak, na pewno nie macie jedzenia. I na pewno nie macie wystarczająco dużo wody!&amp;quot; Niech Allah ma w opiece arabską turystkę za tę dodatkową butelkę!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po dotarciu do samochodu i zabawie w wielbłądy u wodopoju, ruszyliśy w dół, do morza. Po drodze udało nam się odmówić podwiezienia tubylca niewiadomodokąd i zaliczyć szybki postój wśród martwych kóz, zakończony wytypowaniem miejsca do pływania jakiś kilometr niżej. Miejsce okazało się wspaniałe - niewielka zatoczka w Morzu Arabskim, z kamienisto-muszelkową plażą i bardzo ciepłą wodą, otoczona pięknie wymytym wapieniem, idealnym do wspinania. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odświeżeni - ruszyliśmy do Sur. Już po dotarciu do miasta (jak na razie: najmniej przyjemnego z odwiedzonych w Omanie) zostaliśmy mocno otrąbieni. Po raz drugi w tej podróży i po raz drugi za to samo, czyli próbę przepuszczenia pieszego na pasach. Cóż, co kraj to obyczaj. Zresztą piesi też byli mocno zdziwieni naszymi manewrami. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W samym Sur odwiedziliśmy stocznię, budującą tradycyjne łodzie, w tradycyjny, czyli mocno niedbały, sposób. Niestety, otoczenie stoczni, podobnie jak reszta miasta, było mocno brudne. Na kolację wybraliśmy się do restauracji polecanej przez Lonely Planet, co było widać na miejscu - zajęte tylko 4 stoliki i wszystkie przez turystów; niektórzy nawet trzymali Biblię Backpackerów na wierzchu. Po kolacji, całkiem zresztą niezłej, postanowiliśmy się przespacerować po mieście i to był... Może nie wielki błąd, ale z pewnością błędzik. Trafiliśmy na rynek jakieś emigranckiej dzielnicy, prosto pod meczet, po uroczystej piątkowej mszy. Co prawda nie mam dowodów na to, że jestem jedna na milion, ale tam byłam z pewnością jedna na 2000. Mężczyzn. Nie Arabów, niestety, tylko pracowników napływowych, czyli dość losowej zbieraniny ludzi. O ile spokojnie mogłabym chodzić sama po wieczornym Maskacie, o tyle spacer po Sur, nawet w towarzystwie, stanowczo nie był przyjemny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Udaliśmy się na rajd po supermarketach. Jakoś żaden nam nie pasował od pierwszego wejrzenia, ale już w trzecim udało nam się zrobić zakupy i wybrać w drogę do kolejnego obozu, wytypowanego na podstawie mapy. Niestety, tym razem się nie udało. Nie dość, że droga była stanowczo nieprzejezdna, nawet dla Czerwonego Smoka, to jeszcze kończyła się mocno powyżej poziomu morza. Rozbiliśmy się zatem w dość losowym miejscu i postanowiliśmy jakoś przeczekać do rana. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Sobota, 31 grudnia ===&lt;br /&gt;
Obok naszej nieprzejezdnej drogi znajdowała się druga, całkiem porządna, ale i tak kończąca się spory kawałek od morza. Oddaliliśmy się więc  pospiesznie i pojechaliśmy szukać szczęścia. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Znaleźliśmy je po niecałej godzinie - przy drugiej z kolei zamkniętej sokowni, zaczepił nas jakiś tubylec, spytał, czego szukamy i zaoferował pomoc w doprowadzeniu nas do sokopoju. Wyjechawszy, kompletnie niezgodnie z przepisami, z parkingu, poprowadził nas przez miasteczko i, spytawszy skąd pochodzimy, wręczył prezent pożegnalny - płytę, podpisaną &amp;quot;Cuda Koranu&amp;quot;. Tak, dokładnie w ten sposób. Po polsku. Niestety, żadne z nas nie dysponuje odtwarzaczem płyt, ale może kiedyś uda nam się sprawdzić jej zawartość. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nieco spóźnione śniadanie, w formie pikniku, spożyliśmy w przypadkowo napotkanym forcie Jalan Bani Buhasan. Jak na obiekt rzekomo niedostępny dla turystów, był całkiem zachęcający, aczkolwiek fragmentami dość niebezpieczny, ze względu na stan murów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Nadszedł czas na ostatni punkt programu, czyli nocleg na pustyni. Takiej prawdziwej, co to na niej wydmy z ręki jedzą, a wielbłądy plują na każdym kroku. Pustynię udało nam się znaleźć, wielbłądy też (zalotnie machały garbami, truchtając w naszą stronę), ale z miejscem na nocleg było raczej słabo. Spędzanie Sylwestra na pustyni okazało się być bardzo popularną rozrywką i wszystkie potencjalnie interesujące miejsca były pełne ludzi już wczesnym popołudniem. Po długiej dyskusji postanowiliśmy przenieść pustynię na kolejną wizytę w Omanie i wyruszyliśmy w stronę granicy, planując nocleg w okolicach Nizwy. Był to strzał w dziesiątkę! Miejsce, do którego trafiliśmy, czyli wadi, położone jakieś 20 minut jazdy od Nizwy, było zupełnie puste, nie licząc pojedynczych kóz i plantacji daktyli. Po rekonesansie noclegowym skoczyliśmy na szybkie zakupy do Nizwy i zupełnie niechcący, do sklepu z daktylami. Sklep był dość słabo zaopatrzony - ze 170 odmian daktyli, uprawianych w Omanie, oferował co najwyżej 30 i tylko 4 rodzaje syropu daktylowego. Ale pytanie sprzedawcy: &amp;quot;Jakie daktyle najbardziej lubisz? Słodkie, mało słodkie, ciemne... ?&amp;quot; zapamiętam na długo. Niby wiem, że Amerykanin mógłby przeżywać podobny szok w polskim warzywniaku, próbując kupić &amp;quot;jakieś dobre jabłka&amp;quot;, ale i tak... &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na ukojenie nerwów po długich zakupach, zakończonych zanabyciem ok. pół tony różnych daktyli, postanowiliśmy zafundować sobie kolejngo szejka z awokado. Po kilkunastu minutach od zamówienia, Pan Zza Lady poinformował nas, z ogromnym zakłopotaniem, że co prawda zrobił, ale jakieś to awokado nieudane i on nam jednak nie poleca. Awokado jak awokado, u nas są gorsze, więc uparliśmy się, że jednak weźmiemy. Nie przyszło nam do głowy proszenie o zniżkę, ale Pan sam ją zaproponował. Turystom. Z innego kraju. W miejscu oddalonym o jakieś 50m od największej atrakcji turystycznej regionu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po zakupach i ulicznym podkurku w postaci kanapki z szaszłykami (pyszne mięsko!) wróciliśmy na bazę, żeby  spędzić ostatni dzień roku w zupełnej izolacji od huku fajerwerków. Ciszę zakłócał jedynie szmer wody w falaju i tupanie pająków, które, jak się okazało, miały swoje królestwo na drzewie nad naszym namiotem. Na wypadek gdyby problemy z zasięgiem były przejściowe, wyłączyliśmy telefony, żeby w zupełnej ciszy i spokoju nacieszyć się ostatnim dniem 2016 roku. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
=== Niedziela, 1 stycznia  ===&lt;br /&gt;
Chwilę po wschodzie słońca obudził nas dziwny hałas. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to nie nagła powódź, ale okazało się, że to &amp;quot;tylko&amp;quot; stadko kóz. Niewielkie, ze 200 sztuk, kopytkujące radośnie po wadi. Szybkie pakowanie, próby upchnięcia daktyli w plecakach i przejazd na zakupy w Nizwie. Po zaopatrzeniu się w kolejne kilogramy, tym razem głównie przypraw, przemieszczamy się do fortu Bahla, jednego z większych w Omanie. Na szczęście prace remontowe i przystosowujące obiekt do zwiedzania nie są jeszcze zakończone. Dzięki temu, ze względu na brak szczegółowych informacji, nie popadliśmy do końca w kompleksy na tle totalnego zacofania naszego kraju w czasach, w których &amp;quot;dzicy Arabowie&amp;quot; budowali wspaniałe fortyfikacje, z kanalizacją i łaźniami, biblioteką, pokojami gościnnymi wyposażonymi w półki na książki i takie tam. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dalej czekała nas długa droga do Dubaju, gdzie wieczorem odlecieć miał nasz samolot do domu. Cierpliwie przemierzaliśmy pustnię dwupasmową autostradą, mijając kolejne znaki &amp;quot;UWAGA, Niebezpieczeństwo powodzi&amp;quot;. Na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą zjechaliśmy do zupełnie przypadkowej wioski, aby zatrzymać się na ostatni piknik w Omanie. Przysiedliśmy w cieniu uroczego, opuszczonego domu i raczyliśmy się chlebem, awokado i importowanym serem halloumi. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W połowie drugiej kanapki podjeżdża duży samochód. Prowadzi Arab. Z siedzenia pasażera, przez uchylone okno, odzywa się do nas Ona, najwyraźniej głowa rodziny. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- Hello! Tam kawałek dalej jest jeszcze ładniejszy dom!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- O, naprawdę? To zaraz jak tylko zjemy pojedziemy zerknąc! Dzięki!&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
- A można wam ... zrobić zdjęcie?&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tak oto naszego ostatniego dnia pobytu najwyraźniej zrobiliśmy komuś dobry dzień. Po pikniku mieliśmy nadzieję na jeszcze jeden punkt programu: Al Ain - miasto już po Emirackiej stronie granicy. Według opisów, bardzo ciekawe, z muzeum etnograficznym i targiem wielbłądów. Muzeum niestety nie mieliśmy szans zwiedzić, bo trochę nam się czas kurczył, ale targ wielbłądów - koniecznie. W końcu od granicy do loniska jest niespełna 200 km, więc akurat. Oczywiście, przygotowaliśmy się psychicznie na powtórkę z rozrywki i zaczęliśmy odliczać:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ot, podwójna bramka z napisem &amp;quot;Sułtanat Omanu&amp;quot;, z lewej strony kilka samochodów, z prawej bez kolejki. Wygląda świetnie - jedziemy! W okienku nikogo nie ma. Jedziemy baardzo powoli, na wypadek gdyby ktoś jednak zamierzał nas zatrzymać. Ale nikt niczego nie chce! Super! Zaliczone!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jakieś 200 - 300 metrów dalej ...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #2&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Tym razem jako druga w kolejności pojawiła się kontrola policyjna. Jeden, nieco znudzony pan, grzecznie poprosił o otwarcie wszystkich okien i zapytał, co jest w worze... Po chwili wahania, spowodowanej paniką i próbą oszacowania długości wszystkich lin, padła odpowiedź &amp;quot;rzeczy do wspinania&amp;quot;, która zupełnie Pana zadowoliła. Machnął ręką na podsuwane mu paszporty i z uśmiechem zasalamował. Odsalamowaliśmy grzecznie i podążyliśmy dalej. Na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #3 &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z flagą Emiratów, za pasem ziemi niczyjej i drutem kolczastym. Postaliśmy trochę w kolejce samochodów, przywitaliśmy się ze strażnikiem i zostaliśmy skierowani na parking obok budynku z napisem &amp;quot;Tourists&amp;quot;, czyli tak naprawdę do &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpointu #4&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
w którym zaskoczył nas nieco dziki tłum. Ale cóż, prawo to prawo, trzeba odstać swoje i zdobyć upragnione stempelki w paszportach. Dostaliśmy numerek 24 (od specjalnego Pana od Wydawania Numerków - Hindusi są mniej skomplikowani w obsłudze niż automaty do wydawania numerków... i zapewne dużo tańsi). Chwilę później do Pani za Stolikiem podszedł jakiś pan z numerem 11, dzierżąc stos paszportów. No nic, czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy...&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Z tyłu sali pada po polsku &amp;quot;spokojnie, na pewno zdążymy na samolot&amp;quot;. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Czekamy... &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Po kwadransie, może dwóch (Pani uparcie używała jednego palca do obsługi klawiatury) polska grupa (nr 15) podeszła do stanowiska pieczątkowego. Nie wsłuchiwaliśmy się jakoś specjalnie, ale słowa &amp;quot;Ale dlaczego nie mają Państwo pieczątki z Omanu? Bez potwierdzenia wyjazdu nie da się wjechać!&amp;quot; zabrzmiały niezwykle głośno i wyraźnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Że... JakaznowupieczątkazOmanudolicha??? Niezbędne wydało się natychmiastowe nawiązanie kontaktu z rodakami i - owszem. Checkpoint #1 faktycznie poszedł nam zbyt łatwo - trzeba jednak było odstać swoje i w tej kolejce, bo nie da się bez pieczątki wyjazdowej skończyć misji &amp;quot;powrót z Omanu do Emiratów&amp;quot;. Pani zza Stolika łaskawie wydała nam groźnie wyglądający dokument po arabsku, na żółtej karteczce i wysłała nas z powrotem na&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1. &amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Oczywiście nie dało się skorzystać z samochodu, więc wierny Karmazynowy Czołg został na parkingu, a my, wyposażeni w zezwolenie na poruszanie się po pasie ziemi niczyjej, grzecznie potuptaliśmy na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #1 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Spacer w kurzu, pomiędzy zwojami drutu kolczastego i bez chodników - co ciekawe, bo Al Ain to przejście graniczne, na którym, przynajmniej teoretycznie, dozwolone jest również piesze przekraczanie granicy - okazał się szalenie romantyczny. Promienie zachodzącego słońca odbijały się w chmurach. Naprawdę! Już po tygodniu pobytu na Półwyspie Arabskim zobaczyliśmy chmury! Dotarliśmy do budynku służb imigracyjnych, pokajaliśmy się odrobinkę, pan się z nas, również odrobinkę, pośmiał, podstemplował paszporty, po czym, przepełnieni optymizmem, wyruszyliśmy w drogę powrotną, na &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #4 v 2.0&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
W którym zrobiło się nieco bardziej tłoczno. Uczciwie oddaliśmy numerek 24 przed wyjściem, a po przyjściu dostaliśmy 39. Wizja wielbłądów na targu odrobinę się rozmyła... Po kolejnym kwadransie, w trakcie którego obsłużono 0 osób, zaczęło się robić nieco nerwowo. Ciągłe podchody kierowców pochodzących z Półwyspu Indyjskiego przestały być zabawne, a zaczęły irytować. Nawet kolejny papieros nie wchodził w grę, bo ileż można palić. &lt;br /&gt;
Jakiś szalenie zdenerwowany (przed podejściem do Pani zza Stolika) człowiek został po kilku minutach gdzieś odesłany, razem ze stosem paszportów. Co ciekawe, okazało się, że może być zdenerwowany jeszcze bardziej! &lt;br /&gt;
W końcu się doczekaliśmy. W naszym wypadku cała procedura zajęła jakieś dwie minuty, mimo konsekwentnie stosowanej przez Panią techniki jednopalcowej. Ufff. Jeszcze tylko...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #5&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ale jednak nie. Nie tylko. Po pierwsze: znów nas poniósł optymizm. Bo w sumie - z jakiej racji jadący grzecznie w kolejce Emiratczycy mieliby wpuszczać jakichś jeleni, którzy musieli sobie załatwiać wizę? Po drugie: kiedy już zostaliśmy wpuszczeni przez jednego z kierowców, okazało się, że to wcale nie jest ostatni punkt tej Misji. Tutaj tylko cały samochód był prześwietlany, sprzętem podobno spełniającym wszelkie normy USA, EU i nawet Emiratów, w poszukiwaniu broni, której wwóz na teren Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest absolutnie nielegalny. Po prześwietleniu, nadal w bardzo powoli posuwającej się kolejce, trafiliśmy wreszcie na...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Checkpoint #6&amp;lt;br/&amp;gt;&lt;br /&gt;
Ostatni! Naprawdę ostatni! Po zdawkowym &amp;quot;Salaam&amp;quot; pan przejrzał paszporty, upewnił się, że mamy komplet stempelków i - Misja wypełniona! Zostaliśmy wpuszczeni na teren ZEA!&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Niestety, gdzieś w drodze pomiędzy jednym a szóstym punktem kontrolnym, nasz zapas czasu nie tyle się skurczył, co niebezpiecznie przesunął się w stronę wartości ujemnych. W związku z tym połowa z nas zajęła się skutecznym prowadzeniem Karmazynowego czołgu, druga zaś przewędrowała na tył, żeby dokończyć porzucone rano pakowanie (bo przecież mamy tyyyle czasu). Do okolic lotniska dotarliśmy dwie godziny przed odlotem - niby nieźle, ale czekała nas jeszcze wizyta w wypożyczalni i pożegnanie z Czołgiem. Atmosfera ponownie zaczęła się robić nerwowa, ale wierzyliśmy, że uratuje nas podążanie za strzałkami do wypożyczalni. Prawie! Jak na Dubaj oznaczenia były i tak niezłe, ale na ostatniej prostej wszystko się posypało i trafiliśmy na parking lotniskowy, z którego wyjechać dało się tylko w jedną stronę. Przebiwszy się najpierw przez korki. No i po uiszczeniu, koniecznie gotówką, opłaty w automacie. Zresztą - nieczynnym.  Do tego doszło drugie zadanie z serii &amp;quot;niemożliwe&amp;quot;, czyli nadanie bagażu i odprawienie osoby nieobecnej (bo przecież próbuje oddać samochód) przy stanowisku odprawy. Jednak zimna krew, urok osobisty, upór i chęć jak najszybszej kąpieli we własnej wannie, występujące w różnych proporcjach u nas obojga, doprowadziły nas do kolejki dopuszczającej do kontroli bezpieczeństwa! Niemal zupełnie odprężeni, bo cóż może się stać na tym etapie, dotarliśmy do Pana Sprawdzającego, który, zamiast przepuścić nas dalej, odesłał do jakiegoś okienka, bardzo daleko od kolejki, za to z napisem &amp;quot;Fines collection&amp;quot;. I znów - nie wiadomo, o co chodziło. Odstaliśmy swoje, dostaliśmy dodatkowe pieczątki w paszportach i na kartach pokładowych i pognaliśmy do samolotu.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyprawy&amp;diff=7274</id>
		<title>Wyprawy</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyprawy&amp;diff=7274"/>
		<updated>2017-02-10T22:50:46Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* Rok 2017 */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
== Rok 2017 ==&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Oman_2016|SUŁTANAT OMANU - zwiedzanie i nieco jaskiń]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2016 ==&lt;br /&gt;
* CHINY - wyprawa PZA do jaskiń w prowincji Hubei - http://pza.org.pl/news/news-jaskinie/chiny-2016&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Kirgistan_2016|Kirgistan dzień po dniu]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Yorkshire_EuroSpeleoForum_2016|Anglia i jaskinie Yorkshire]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Alpy|Wyprawa Jaskiniowa Hoher Göll 2016]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Andy|ARGENTYNA: wyjście na Aconcagua]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Kreta_2016|GRECJA: Jaskinie i inne dziwności Krety]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2015 ==&lt;br /&gt;
* Centralna Wyprawa KTJ PZA Chiny'2015 - http://www.nowe.pza.org.pl/jaskinie/wyprawy/sprawozdania/54538&lt;br /&gt;
* [[Wyprawa Jaskiniowa Hoher Göll]]&lt;br /&gt;
* [[GSB na nartach - 500 km przez Beskidy]]&lt;br /&gt;
* [[Góry Kaukaz - Elbrus i Kazbek]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2014 ==&lt;br /&gt;
* [http://www.pza.org.pl/news.acs?id=2895804 CHINY - centralna wyprawa PZA]&lt;br /&gt;
* [http://www.pza.org.pl/news.acs?id=2738635 AUSTRIA - Goll'2014]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:RUMUNIA - majówka|Majówka w górach i jaskiniach Apuseni]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2013 ==&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Rejs - Wielkie Jeziora Mazurskie|WJM - rejs]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Francuska majówka|Francuska majówka]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Rekonesans Chiny 2013|CHINY: Rekonesans w prowincji Chongqing]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Damian_2013|Wyprawa dookoła świata]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2012 ==&lt;br /&gt;
* Chiny: Centralna wyprawa KTJ PZA - http://www.pza.org.pl/news.acs?id=1677767&lt;br /&gt;
* Austria: Hoher Göll 2012 - http://www.pza.org.pl/news.acs?id=1574273&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Hiszpania_2012|HISZPANIA: Wspinanie w rejonie Barcelony]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Setsaa_2012|NORWEGIA: Spotkanie grotołazów w Setså oraz wędrówki]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Gruzja_2012|Tydzień w Gruzji albo Kaukaz w pigułce]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2011 ==&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Mont_Blanc_2011|Mont Blanc i inne]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Alpy_2011|I feministyczno – geriatryczna wyprawa klubowa Gran Paradiso – Monte Viso]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Hagengebirge_2011|Austria - Hagengebirge]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Lofoty_2011|Wspinanie na Lofotach]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Oman_2011|Wyjazd sportowo-poznawczy do jaskiń Omanu]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:THR_2011|Narciarski trawers Tatr]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2010 ==&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Kitzsteinhorn_2010|Wyprawa KKTJ na Kitzsteinhorn]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Czarnogora_2010|Czarnogóra - wyprawa do wapiennych gór]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Portugalia|Portugalia - szlakiem portugalskim do Santigo]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Szwajcaria|Szwajcaria - starcie z Matterhornem]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2009 ==&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
* Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Goll&lt;br /&gt;
* [http://nocek.pl/wiki/index.php?title=Usa Kanada/USA - wyprawa rowerowa - Great Divide]&lt;br /&gt;
* [http://nocek.pl/wiki/index.php?title=Hagen Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Hagengebirge&lt;br /&gt;
* Indie, Nepal - wyprawa trekkingowa wokół Annapurny&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2008 ==&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Sylwester_w_Norwegii_2008|Norwegia - zabawy na śniegu w sylwestra]]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll08.htm Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Goll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_hagen08.htm Austria  - Hagengebirge 2008]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_lofoty08.htm Norwegia - wspinaczki na Lofotach]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_rumunia-08-1.htm Rumunia - off road i jaskinie]&lt;br /&gt;
* Włochy - Dolomity&lt;br /&gt;
* Rumunia - jaskinie Karpat Zachodniorumuńskich&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2007 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_meksyk07.htm Meksyk - wulkany, jaskinie i piramidy]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll07.htm Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Goll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_dolomity07.htm Włochy - Dolomity]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_camino07.htm Hiszpania - Moje Camino czyli na przełaj przez Europę]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_turcja07.htm Turcja -  Rowerem do Turcji]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_hiszpania07.htm Hiszpania - Picos de Europa i Pireneje]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_czarnohora07.htm Ukraina - skiturowa wyprawa na Czarnohorę]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_alpy07.htm Francja - Parc National des Ecrins]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2006 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll06.htm Austria - eksploracja masywu Goll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_gotland06.htm Szwecja - żeglarska wyprawa na Gotlandię]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_maroko06.htm Maroko]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_hiszp06.htm Wyprawa rowerowa El Camino]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_czarnohora06.htm Ukraina - Czarnohora]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_wegry06.htm Węgry - Jaskinie parku Aggtelek]&lt;br /&gt;
* [http://dzyndzyryndzy.w.interia.pl/ten1.html Teneryfa - rowerowa eskapada Stanisława Zawady]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2005 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll05.htm Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Göll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_moldowal05.htm Mołdowa - jaskinie w gipsach]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_ukrl05.htm Ukraina - przejście Czarnohory]&lt;br /&gt;
* Rejs po Bałtyku&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_francja05.htm Jaskinie Francji]&lt;br /&gt;
* Gotlandia - wspinaczki na klifach&lt;br /&gt;
* Rumunia - jaskinie i góry&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_slow05.htm Słowenia i Chorwacja]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2004 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll04.htm Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Göll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_rum.htm Góry i jaskinie Rumunii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_balt.htm Kraje nadbałtyckie]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_mb.htm Alpy - Mount Blanc]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_borl.htm Dania - wspinaczki na Bornholmie]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_dolom.htm Włochy - feratty w Dolomitach]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_pirynej.htm Hiszpania i Francja - treking w Pirenejach]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2003 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll.htm Austria - Göll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_picos.htm Hiszpania - Picos de Europa]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_rejs.htm Gotlandia - wyprawa żeglarska &amp;quot;Kuszy&amp;quot;]&lt;br /&gt;
* Polska - dookoła rowerem 1 lipiec - 13 sierpien &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2002 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_gol2.htm Austria Hoher Goll, jaskiniowa wyprawa eksploracyjna w Alpy]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_benelux.htm Kraje Beneluxu]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2001 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_wegry.htm Węgry]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_austria01.htm Austria]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_korsyka.htm Korsyka]&lt;br /&gt;
* Ukraina&lt;br /&gt;
* Czechy&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2000 ==&lt;br /&gt;
* Austria&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_norway.htm Norwegia]&lt;br /&gt;
* Czechy&lt;br /&gt;
* Bornholm&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 1999 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_austria99.htm Austria]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_usa.htm USA]&lt;br /&gt;
* Kaukaz - wejście na Elbrus&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Archiwum ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_przejscie.htm Przejście polskiego łańcucha Karpat]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_dook_pol.htm Rowerowa wyprawa dookoła Polski]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_przez_slow.htm Rowerowa wyprawa na Słowację i Węgry]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_splyw.htm Spływ pontonem Wisły z Oświęcimia do Warszawy]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_splyw1.htm Spływ kajakowy górnego Dunajca i Popradu]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel.htm Wyprawa speleologiczna do Jugosławii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/tunezja.htm Wyprawa rowerowo - speleologiczna do Tunezji]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_nor.htm Wyprawa speleologiczna do Norwegii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_mong.htm Wyprawa trekingowa do Mongolii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_hiszp.htm Wyprawa speleologiczna do Hiszpanii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_kaukaz.htm Wyprawa speleologiczna w Kaukaz]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_indie.htm Wyprawa trekingowa do Indii i Nepalu]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_bornho.htm Wyjazd rowerowy dookoła Bornholmu]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/argent.htm Wyprawa trekingowa do Argentyny]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/anglia.htm Wyprawa do jaskiń Wielkiej Brytanii]&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyprawy&amp;diff=7273</id>
		<title>Wyprawy</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyprawy&amp;diff=7273"/>
		<updated>2017-02-10T22:50:29Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: /* Rok 2017 */&lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
== Rok 2017 ==&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Oman_2016|Sułtanat Omanu - zwiedzanie i trochę jaskiń]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2016 ==&lt;br /&gt;
* CHINY - wyprawa PZA do jaskiń w prowincji Hubei - http://pza.org.pl/news/news-jaskinie/chiny-2016&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Kirgistan_2016|Kirgistan dzień po dniu]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Yorkshire_EuroSpeleoForum_2016|Anglia i jaskinie Yorkshire]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Alpy|Wyprawa Jaskiniowa Hoher Göll 2016]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Andy|ARGENTYNA: wyjście na Aconcagua]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Kreta_2016|GRECJA: Jaskinie i inne dziwności Krety]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2015 ==&lt;br /&gt;
* Centralna Wyprawa KTJ PZA Chiny'2015 - http://www.nowe.pza.org.pl/jaskinie/wyprawy/sprawozdania/54538&lt;br /&gt;
* [[Wyprawa Jaskiniowa Hoher Göll]]&lt;br /&gt;
* [[GSB na nartach - 500 km przez Beskidy]]&lt;br /&gt;
* [[Góry Kaukaz - Elbrus i Kazbek]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2014 ==&lt;br /&gt;
* [http://www.pza.org.pl/news.acs?id=2895804 CHINY - centralna wyprawa PZA]&lt;br /&gt;
* [http://www.pza.org.pl/news.acs?id=2738635 AUSTRIA - Goll'2014]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:RUMUNIA - majówka|Majówka w górach i jaskiniach Apuseni]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2013 ==&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Rejs - Wielkie Jeziora Mazurskie|WJM - rejs]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Francuska majówka|Francuska majówka]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Rekonesans Chiny 2013|CHINY: Rekonesans w prowincji Chongqing]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Damian_2013|Wyprawa dookoła świata]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2012 ==&lt;br /&gt;
* Chiny: Centralna wyprawa KTJ PZA - http://www.pza.org.pl/news.acs?id=1677767&lt;br /&gt;
* Austria: Hoher Göll 2012 - http://www.pza.org.pl/news.acs?id=1574273&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Hiszpania_2012|HISZPANIA: Wspinanie w rejonie Barcelony]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Setsaa_2012|NORWEGIA: Spotkanie grotołazów w Setså oraz wędrówki]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Gruzja_2012|Tydzień w Gruzji albo Kaukaz w pigułce]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2011 ==&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Mont_Blanc_2011|Mont Blanc i inne]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Alpy_2011|I feministyczno – geriatryczna wyprawa klubowa Gran Paradiso – Monte Viso]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Hagengebirge_2011|Austria - Hagengebirge]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Lofoty_2011|Wspinanie na Lofotach]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Oman_2011|Wyjazd sportowo-poznawczy do jaskiń Omanu]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:THR_2011|Narciarski trawers Tatr]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2010 ==&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Kitzsteinhorn_2010|Wyprawa KKTJ na Kitzsteinhorn]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Czarnogora_2010|Czarnogóra - wyprawa do wapiennych gór]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Portugalia|Portugalia - szlakiem portugalskim do Santigo]]&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Szwajcaria|Szwajcaria - starcie z Matterhornem]]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2009 ==&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
* Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Goll&lt;br /&gt;
* [http://nocek.pl/wiki/index.php?title=Usa Kanada/USA - wyprawa rowerowa - Great Divide]&lt;br /&gt;
* [http://nocek.pl/wiki/index.php?title=Hagen Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Hagengebirge&lt;br /&gt;
* Indie, Nepal - wyprawa trekkingowa wokół Annapurny&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2008 ==&lt;br /&gt;
* [[Relacje:Sylwester_w_Norwegii_2008|Norwegia - zabawy na śniegu w sylwestra]]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll08.htm Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Goll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_hagen08.htm Austria  - Hagengebirge 2008]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_lofoty08.htm Norwegia - wspinaczki na Lofotach]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_rumunia-08-1.htm Rumunia - off road i jaskinie]&lt;br /&gt;
* Włochy - Dolomity&lt;br /&gt;
* Rumunia - jaskinie Karpat Zachodniorumuńskich&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2007 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_meksyk07.htm Meksyk - wulkany, jaskinie i piramidy]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll07.htm Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Goll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_dolomity07.htm Włochy - Dolomity]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_camino07.htm Hiszpania - Moje Camino czyli na przełaj przez Europę]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_turcja07.htm Turcja -  Rowerem do Turcji]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_hiszpania07.htm Hiszpania - Picos de Europa i Pireneje]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_czarnohora07.htm Ukraina - skiturowa wyprawa na Czarnohorę]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_alpy07.htm Francja - Parc National des Ecrins]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2006 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll06.htm Austria - eksploracja masywu Goll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_gotland06.htm Szwecja - żeglarska wyprawa na Gotlandię]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_maroko06.htm Maroko]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_hiszp06.htm Wyprawa rowerowa El Camino]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_czarnohora06.htm Ukraina - Czarnohora]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_wegry06.htm Węgry - Jaskinie parku Aggtelek]&lt;br /&gt;
* [http://dzyndzyryndzy.w.interia.pl/ten1.html Teneryfa - rowerowa eskapada Stanisława Zawady]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2005 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll05.htm Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Göll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_moldowal05.htm Mołdowa - jaskinie w gipsach]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_ukrl05.htm Ukraina - przejście Czarnohory]&lt;br /&gt;
* Rejs po Bałtyku&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_francja05.htm Jaskinie Francji]&lt;br /&gt;
* Gotlandia - wspinaczki na klifach&lt;br /&gt;
* Rumunia - jaskinie i góry&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_slow05.htm Słowenia i Chorwacja]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2004 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll04.htm Austria - eksploracja jaskiniowa masywu Göll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_rum.htm Góry i jaskinie Rumunii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_balt.htm Kraje nadbałtyckie]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_mb.htm Alpy - Mount Blanc]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_borl.htm Dania - wspinaczki na Bornholmie]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_dolom.htm Włochy - feratty w Dolomitach]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_pirynej.htm Hiszpania i Francja - treking w Pirenejach]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2003 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_goll.htm Austria - Göll]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_picos.htm Hiszpania - Picos de Europa]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_rejs.htm Gotlandia - wyprawa żeglarska &amp;quot;Kuszy&amp;quot;]&lt;br /&gt;
* Polska - dookoła rowerem 1 lipiec - 13 sierpien &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2002 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_gol2.htm Austria Hoher Goll, jaskiniowa wyprawa eksploracyjna w Alpy]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_benelux.htm Kraje Beneluxu]&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2001 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_wegry.htm Węgry]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_austria01.htm Austria]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_korsyka.htm Korsyka]&lt;br /&gt;
* Ukraina&lt;br /&gt;
* Czechy&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 2000 ==&lt;br /&gt;
* Austria&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_norway.htm Norwegia]&lt;br /&gt;
* Czechy&lt;br /&gt;
* Bornholm&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Rok 1999 ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_austria99.htm Austria]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/wyprawy_usa.htm USA]&lt;br /&gt;
* Kaukaz - wejście na Elbrus&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
== Archiwum ==&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_przejscie.htm Przejście polskiego łańcucha Karpat]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_dook_pol.htm Rowerowa wyprawa dookoła Polski]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_przez_slow.htm Rowerowa wyprawa na Słowację i Węgry]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_splyw.htm Spływ pontonem Wisły z Oświęcimia do Warszawy]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_splyw1.htm Spływ kajakowy górnego Dunajca i Popradu]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel.htm Wyprawa speleologiczna do Jugosławii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/tunezja.htm Wyprawa rowerowo - speleologiczna do Tunezji]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_nor.htm Wyprawa speleologiczna do Norwegii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_mong.htm Wyprawa trekingowa do Mongolii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_hiszp.htm Wyprawa speleologiczna do Hiszpanii]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_kaukaz.htm Wyprawa speleologiczna w Kaukaz]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_spel_indie.htm Wyprawa trekingowa do Indii i Nepalu]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/arch_wypr_bornho.htm Wyjazd rowerowy dookoła Bornholmu]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/argent.htm Wyprawa trekingowa do Argentyny]&lt;br /&gt;
* [http:/arch/anglia.htm Wyprawa do jaskiń Wielkiej Brytanii]&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
	<entry>
		<id>http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7238</id>
		<title>Wyjazdy 2017</title>
		<link rel="alternate" type="text/html" href="http://stara.nocek.pl//wiki/index.php?title=Wyjazdy_2017&amp;diff=7238"/>
		<updated>2017-01-31T07:41:20Z</updated>

		<summary type="html">&lt;p&gt;Admin: &lt;/p&gt;
&lt;hr /&gt;
&lt;div&gt;__NOTOC__&lt;br /&gt;
=== I kwartał ===&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - Skitury|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;, Monika Strojny (TKN Tatra Team), Małgorzata Czeczott (UKA; w sobotę)|28 - 29 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wchodzimy na Spaloną Kopę. Śnieg bardzo zmienny, miejscami twardo, ale miejscami sypko i bardzo przyjemnie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę szybkie wyjście na Wyżnią Kondracką Przełęcz od strony Małej Łąki. Dużo więcej ludzi i dużo gorsze warunki śniegowe, niż dwa tygodnie temu. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Warunki meteo tym razem bajkowe.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zach. - Trzydniowiański Wierch i Grześ na skiturach|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;|28 01 2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Za szczęśliwca może się uważać ten, który w ten weekend przemierzał tatrzańskie szczyty. Granatowe niebo z królującym słońcem, zero wiatru, lekki mrozik. Warunki niemal idealne gdyż na niektórych wystawach śnieg mógł sprawiać niespodzianki. O świcie w okolicach Chochołowa mroził nas widok samochodowego termometru – 22 st. W Chochołowskiej też dość arktycznie ale czym wyżej tym cieplej co wskazywało na ewidentną inwersję. Strome podejście na Trzydniowiański Wierch (1765) wypruwa trochę sił, zwłaszcza, że robimy to w żwawym tempie (wyprzedzaliśmy grupki skiturowców). Na szczycie krótki odpoczynek z niesamowitą panoramą białych szczytów. Z góry zjeżdżamy najpierw Jarząbczym Upłazem a potem na wprost centralnym żlebem. Na początku trochę szreni łamliwej lecz niżej już zsiadły puch. Gdy żleb robi się wąską rynną wskakujemy do stromego lasu i nim docieramy do szlaku w Jarząbczej dolinie. Po drodze jest zaśnieżona, dość wąska kładka bez poręczy nad strumykiem. Zrobiłem to na szybkości i się udało. Esa dotarła na drugi brzeg lecz tuż za kładką zjechała jej narta i z nie małej skarpy spadła lądując w wodzie na plecach z nartami na sztorc. Po krótkiej akcji ratunkowej okazało się, że do połowy jest mokra (plecak uratował ją od zmoczenia pleców). W tej sytuacji byłem przekonany, że to koniec akcji więc z ogromnym zaskoczeniem usłyszałem zdanie:&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Mieliśmy jeszcze iść na Grzesia...”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Podejście na Grzesia szlakiem a zjazd najpierw  na przełaj a niżej traktem narciarskim wprost pod schronisko gdzie się nawet nie zatrzymujemy. Tnę szybko doliną w dół zostawiając Esę daleko z tyłu a ostatnie 2 km pokonuję szybką „łyżwą”. Spotykamy się przy parkingu. Pokonaliśmy 28 km i 1550 m deniwelacji. Skiturowa zima Nocków trwa...&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FTrzydniowanski&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śląski - skitur na Baranią Górę|&amp;lt;u&amp;gt;Tomasz Jaworski&amp;lt;/u&amp;gt;|25.01.2017}}&lt;br /&gt;
  &lt;br /&gt;
Ferie spędzamy rodzinnie w Istebnej ucząc dzieciaki jazdy na nartach, ale nie był bym sobą gdyby nie uszczknął coś tylko dla siebie. Najsensowniejsza dla mnie była Barania Góra z Kamiesznicy czarnym szlakiem. Samochód zostawiam w okolicy koloni Fajkówka, skąd jednostajnie wznoszącym szlakiem wchodzę na górę. Trasa świetna na skiturową wycieczkę, lecz pogoda najgorsza z całego tygodnia (mgła). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid - Ferie w Korbielowie|Łukasz Piskorek, &amp;lt;u&amp;gt;Asia Przymus&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wyjazd pod hasłem ,,nic nie musimy”. Do Korbielowa pojechaliśmy bez konkretnego planu, jednak z kilkoma pomysłami na spędzenie czasu. &lt;br /&gt;
Poza leniuchowaniem i nadrabianiem zaległości kinematograficznych, które zdecydowanie dominowały na tym wyjeździe udało nam się odbyć kilka wycieczek. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W sobotę stanowiliśmy grupę wsparcia dla grupy wsparcia skiturowców mierzących się z ,,tryptykiem beskidzkim”. Co oznacza jedynie to, że uchroniliśmy Teresę i Heńka przed kilkugodzinnym marznięciem w samochodzie w oczekiwaniu na Damiana i Michała. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W poniedziałek w czasie kiedy Łukasz zagłębiał tajniki jazdy na nartach, ja postanowiłam bliżej zapoznać się ze skiturami. W czasie dwugodzinnej wycieczki udało mi się pokonać około połowę drogi na Pilsko, zanim uznałam, że muszę się pospieszyć, żeby wrócić na umówioną godzinę. Pogoda dopisywała, miałam dobry widok na Babią Górę i jeszcze lepszy na Tatry. Na drogę powrotną wybrałam nartostradę, którą podchodziłam.  &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
We wtorek oboje z Łukaszem wybraliśmy się na Pilsko (na nogach), podchodziliśmy wzdłuż nartostrady, tak jak ja dzień wcześniej na nartach, skracając sobie jednak drogę od czasu do czasu przecinając las i nieczynną jeszcze linię krzesełkową. W schronisku na Hali Miziowej zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby się rozgrzać i przygotować na spotkanie z białą śnieżno-mgielną ścianą. Na szczyt udało nam się dotrzeć bez problemów, jednak byliśmy nielicznymi, którzy zapuścili się poza linię najwyższego wyciągu.  Szlak od nieszlaku dało się rozpoznać po tym, że zapadaliśmy się nieco płycej w śniegu (po zboczeniu okazało się, że jesteśmy powyżej kosówki w której lądowaliśmy do pasa). &lt;br /&gt;
Na drogę powrotną wybraliśmy szlak niebieski biegnący wzdłuż granicy PL-SK. W miejscu w którym dobijał on z grani był zupełnie nie przetarty, schodząc nim mieliśmy ubaw po pachy (śniegu zresztą prawie też) lądując co chwilę w śniegu. Z powodu mgły nie szło odróżnić gdzie kończy się ziemia, a zaczyna powietrze. Jedynym wskaźnikiem drogi był dla nas GPS. Niżej, w miejscu połączenia z czerwonym szlakiem widoczność się poprawiła i już bez przygód wróciliśmy na kwaterę. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W środę przenieśliśmy się na jeden dzień w Tatry. Tam między innym odbyliśmy spacer nad Smreczyński Staw. Po obiedzie odwiedziliśmy jeszcze Ryśka i Marzenę, którzy spędzali w tamtej okolicy ferie. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pozostałe dni spędziliśmy na jeżdżeniu na nartach. Jedynie ostatni dzień zasługuje na uwagę. Pragnąc zaznać trochę mocniejszych wrażeń zdecydowaliśmy się zmienić stok i zjechać na nartach z Hali Miziowej. Jadąc wyciągiem zweryfikowaliśmy plany i zjazd rozpoczęliśmy z Hali Szczawiny. Z dołu widzieliśmy wyjeżdżoną trasę dlatego wielki znak ,,TRASA ZAMKNIĘTA”, minęliśmy niemalże z pogardą. Po drodze przeprosiłam w duchu osobę, która go stawiała walcząc na wąskim zjeździe z lodowymi połaciami usypanymi kamieniami lub lawirując między drzewami próbując je ominąć. I jeszcze raz na końcu, wykręcając nogę z narty, która się zablokowała przy próbie skrętu na dość stromym lodzie. Moja próba założenia narty była na tyle długa, że Łukasz rozpoczął misję ratunkową w moim kierunku. Cale szczęście zjechałam nim zaczął na poważnie podchodzić. Po tym ekstremalnym dla mnie zjeździe zastanawiam się czy takie przygody bardziej mnie zniechęcają, czy zachęcają do takich zabaw. Za to w oczach Łukasza na pewno widziałam błyski ekscytacji. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2Fkorbielow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Skrzyczne od wschodu|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Łukasz Majewicz|22 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Jeżeli można by pisać poematy na temat skitouringu to przebyta przez nas trasa na pewno na to by zasłużyła. Każdy kto od kotliny Żywieckiej mija ten szczyt musi zobaczyć białe i strome zbocza opadające na wschód z tej największej w Beskidzie Śl. góry. Zachodnie zbocza są do granic możliwości skomercjalizowane przez gestorów wyciągów narciarskich podczas gdy tu są totalne pustki. Startujemy z Słotwiny głęboko wciętą  doliną między Niesłychanym Groniem a Palenicą. Leśna droga wkrótce ucieka w bok  a my podążamy przez rzadki las w stronę owych stromizn. Wyżej śniegu w bród. Jest tu kilka starych śladów narciarskich lecz człowieka nie spotykamy. Zakosami po starym wiatrołomie windujemy się ostro w górę osiągając zakręt niebieskiego szlaku i wkrótce szczyt pełen przywyciągowaych narciarzy. Tu tylko przepinaka i po przełknięciu śliny (z wrażenia przed czekającym zjazdem) ruszamy w dół. Mając w zespole lekarza ortopedę i pielęgniarkę można sobie pozwolić na trochę więcej swawoli. Na początku „tatrzańskimi” stromiznami wśród rzadkich drzew a potem przez rozległe polany dające niesamowite poczucie wolności śmigamy w dół ku naszej dolinie pogrążającej się w cieniu  kończącego się dnia. Gdzieś daleko na południu błyszczały Tatry a Babia i Pilsko wydawały się być w zasięgu ręki. Szybko tracimy wysokość pisząc nartami na śniegu linie naszej fantazji. Śnieg jest bardzo nośny więc gdy wyskakujemy na leśną drogę zjazd do auta trwa zaledwie kilka chwil.  Uff...! Co za upojny dzień.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne-Slotwina&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Kraków - jaskinia Twardowskiego i inne|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, w Krakowie - Mateusz Golicz, Kaja Kałużyńska (SŁ)|21 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Odwiedzamy wzgórze Twardowskiego przechodząc szlak okrężny. Zaglądamy do jaskini Twardowskiego lecz tylko tam gdzie za nadto nie trzeba się tarzać. Udaje mi się w niej walnąć głową o strop do tego stopnia, że poczułem jak głowa wciska się z 2 cm do karku (nie miałem  kasku). Później idziemy na zalew Zakrzówek a następnie zerkamy do jaskini Wiślanej. W okolicy rozkopanych jest jeszcze kilka innych otworów. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W drugiej części dnia przenosimy się do centrum. Przechodzimy przez Wawel i stare miasto by w Instytucie Konfucjusza Uniwersytetu Jagiellońskiego w kameralnej atmosferze posłuchać prelekcji dot. Chin oraz je przeprowadzić.  Mateusz opowiadał o polskiej eksploracji jaskiń w Chinach a ja o wędrówce rowerowej przez ten kraj. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FKrokow&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry Zachodnie - samotne wycieczki skiturowe|&amp;lt;u&amp;gt;Mateusz Golicz&amp;lt;/u&amp;gt;|14 - 15 01 2017}}&lt;br /&gt;
W sobotę wychodzę na Kondracką Przełęcz od strony dol. Małej Łąki. Do Wielkiej Polany spotykam cztery osoby. Potem muszę torować, bo na świeżym śniegu nie ma nawet śladu śladów. Na grani pusto, kolejnych ludzi widzę dopiero na zjeździe (po moich tropach na popołudniowy spacer po dolinie wybrało się kilka grupek). Pierwsze 100 m zjazdu z Przełęczy to wymagające lodowe kalafiory, przykryte świeżym śniegiem. Potem czekała mnie dosyć puchowa przygoda, choć miejscami musiałem przesmykiwać się pomiędzy wystającymi kamieniami.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę od strony dol. Chochołowskiej wchodzę na Iwaniacką Przełęcz i dalej na Suchy Wierch Ornaczański. Choć podobnie jak poprzedniego dnia, początek zjazdu był nieco trudny, to dalej już trafiłem w pyszny puch. Tym razem kamieni nie było, ale w momencie, w którym zjeżdżałem, opad śniegu akurat się wzmógł i znacząco spadł kontrast, więc i tak musiałem jechać dosyć powoli.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Jaworzyna w Worku Raczańskim|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski, Teresa Szołtysik, Jacek Copik (os. tow.) |15 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Z zasypanej śniegiem Rycerki Górnej zagłębiamy się w dolinę Śrubity. W górnej części doliny skręcamy stromo do góry na grzbiet Kołyski a nim do granicznego grzbietu. Celem była Jaworzyna (1174), która osiągamy. Stąd zjazd początkowo drogą podejścia a potem na przełaj w dół do doliny Abramów po przepięknym puchu w rzadkim bukowym lesie. W dolinie jest tyle śniegu, że na łagodnym stoku nie da się swobodnie zjeżdżać. Później jednak docieramy do drogi z Przegibka gdzie jest w miarę przetarte. Do auta docieramy „łyżwą” w coraz bardziej padającym śniegu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FJaworzyna&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Skiturowy maraton przez „tryptyk beskidzki”|&amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik (na długiej trasie), Heniek Tomanek, Teresa Szołtysik (na krótszej trasie), Łukasz Piskorek, Asia Przymus (na kwaterze w Korbielowie)|14 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Babia Góra (1725), Mała Babia Góra (1517) i Pilsko (1557) to trzy najwyższe szczyty Beskidów. Zrobienie ich na skiturach w ciągu jednego dnia wydało nam się dość ambitnym planem, który był następujący: Heniek podrzuca nas autem do Zawoji. On i Teresa robią turę narciarską przez Mosorny Groń a potem odbierają nas z mety w Korbielowie. My natomiast po kolei zdobywamy Babią Górę, Mł. Babią Górę, zjeżdżamy na Słowację do dol. Polhoranki by następnie wdrapać się na Beskid Krzyżowski (923) i zjechać do Korbielowa. Stąd podejście na Pilsko i zjazd ponownie do Korbielowa. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pogoda była taka sobie. Prószył śnieg, pochmurno. Ruszamy dość późno tj. o godz. 9.00. Szczyt Babiej osiągamy o 11.30 po pokonaniu pełnej nawisów przeł. Brona a potem po ostrej walce na lodowych kalafiorach w zimnym wietrze i kiepskiej widoczności. Kopuła szczytowa niemal całkowicie wywiana  z śniegu. O dziwo było tu kilka osób. W dół najpierw schodzimy po piargach a potem zjeżdżamy po lodowej tarce gdzie każdy skręt był loterią a Michał zaliczył nawet bliski kontakt z zlodzonym kamieniem. Widoczność była fatalna i mimo, że staraliśmy się wypatrywać tyczek to i tak udało nam się zapędzić na słowacką stronę na szlak do Slanej Vody. Po odrobieniu wysokości docieramy nie bez problemów z powrotem na przeł. Brona. Zjazd wcale nie był wiele krótszy od podejścia. Na Babiej byliśmy zimą wiele razy lecz nigdy nie zastaliśmy tak fatalnych warunków narciarskich. Wyjście na Mł. Babia (Cyl) obyło się bez przeszkód. Stąd mamy przepiękny (nie licząc poprzecznych zasp), długi zjazd zupełnie nietkniętym śniegiem na Jałowcową przełęcz i dalej na przełaj do słowackiej doliny Polhoranki. Dolina jest piękna, zwłaszcza, że nagle oświetliło ją słońce. Po kilku kilometrach niemal poziomego terenu skręcamy na graniczne pasmo. Po nieskalanych, głębokich śniegach torujemy w stronę Beskidu Krzyżowskiego, który udaje nam się bezbłędnie osiągnąć. Łagodny zjazd do Korbielowa już w zapadającym zmroku. Dalej doliną Buczynki maszerujemy na Halę Miziową już solidnie zmęczeni dość szybko docieramy do schroniska gdzie robimy półgodzinny odpoczynek. W całkowitych ciemnościach ruszamy jeszcze na szczyt Pilska. Profilaktycznie wbijamy do GPSa ostatni słup wyciągu narciarskiego bo Pilsko to zdradliwa góra (dla przestrogi warto przeczytać historię tragedii z roku 1980 - http://www.wgorach.com/?id=66219 ). W wietrze i padającym coraz mocniej śniegu docieramy na szczyt słowackiego Pilska. Szybka przepinka, selfie i mkniemy w dół. Wydawało nam się, że zjeżdżamy w dobrym kierunku lecz gdy zbocze zaczęło robić się stromsze a w świetle naszych czołówek nie pojawiła się żadna tyczka zaglądamy na GPS. Szok. Odbiliśmy w bok o 633 metry od ostatniego nabitego punktu. Znów długi trawers w zablokowanych butach. Dopiero gdy ujrzeliśmy ostatni słup wyciągu odetchnęliśmy z ulgą. Dalej zjeżdżamy nartostradą aż do Korbielowa gdzie czekał na nas Heniek z Teresą. Była godzina 20.30. Pokonaliśmy 42 km i 2478 m deniwelacji. W domu jesteśmy przed północą. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=./2017/Tryptyk&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Heniek z Teresą w tym czasie podeszli szlakiem na Mosorny Groń (przerwa na posiłek w stacji turystycznej) i dalej na Cyl Hali Śmietanowej (1298). Stąd zjechali na Brożki i dalej na przełaj pełnym wykrotów lasem do Polcznego. Potem drogą z buta pod wyciąg Mosorny Groń. Heniek na lekko skoczył po auto i wrócił po Esę i sprzęt. Następnie pojechali do Korbielowa gdzie czekając na „martończyków” zagościli u naszych klubowych przjaciół: Łukasza Piskorka i Asi Przymus, którzy akurat spędzali tam ferie. Gdy tylko cała ekipa skiturowa znalazła się na dole wróciliśmy do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FMosorny&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl.- Skrzyczne_Skitura|&amp;lt;u&amp;gt;Asia&amp;lt;/u&amp;gt;, Tomek Jaworski |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Spontaniczny wyjazd, uzależniony od decyzji teściów...Udało się i rano po 7 wyruszamy spod domu. Temp. -25 st nie zachęcała do opuszczenia auta w Szczyrku, jednak na podejściu nie było już tak źle. Pod szczytem wiatr był już nieco bardziej okrutny. W schronisku ogrzewamy się w towarzystwie wielu narciarzy i po chwili szybko ruszamy w dół. Zjazd nartostradą wyśmienity. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - Czantoria na nartach od Bucznika|Teresa, &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Michał Wyciślik, Agnieszka Kurdziel-Sarnecka (AKG) |08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Czantorii byliśmy już wiele razy z różnych stron lecz tym razem podeszliśmy zupełnie nową trasą w dość odosobnionym terenie. To dolina Gahury (w górnym biegu zwana Bucznikiem). Wystartowaliśmy klasycznie od parkingu pod wyciągiem, potem kawałek niebieską nartostradą i dość długim trawersem zakończonym nie długim zjazdem (na fokach) do doliny Bucznika. Doliną podchodzimy na nartach w zupełnie nieprzetartych śniegach stromo do góry osiągając wierzchołek Czantorii (995) niemal przy samej wieży.  Szlak podejścia okazał się bardzo ciekawy. Przy dobrych śniegach będzie tu przepiękny zjazd. Z szczytu najpierw szlakiem a później nartostradą smagani mroźnym powietrzem osiągamy w kilka chwil parking gdzie zostawiliśmy auto. Tym razem było cieplej, ok. –17 st. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FCzantoria&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Tatry – obóz zimowy|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;, Ala Kucharska, Teresa, Paweł i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;, Asia Przymus, Iwona Czaicka, &amp;lt;u&amp;gt;Karol Pastuszka&amp;lt;/u&amp;gt;, Sylwester Siwiec, Mateusz Golicz, Piotr Strzelecki, 2 Żagańskie Bobry, Bogusia Chlipała z TPNu|05 - 08 01 2017}}&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień Pierwszy słowami Iwony'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Pierwszy dzień obozu zimowego spędziliśmy na szkoleniu lawinowym. Ze względu na niezbyt zachęcającą temperaturę powietrza wynoszącą prawie -30st oraz ogłoszony 3 stopień zagrożenia lawinowego, pierwsza część szkolenia odbyła się na Kalatówkach. Najpierw słuchaliśmy wykładu Mateusza m.in. na temat lawinowego ABC, plecaka ABS (w tym momencie Karol się rozmarzył na myśl o odpaleniu plecaka) grzejąc się w ciepełku hotelu/schroniska. Następnie już na zewnątrz Bogusia Chlipała z TPNu opowiadała nam o zasadach korzystania z detektorów i sond, po czym  wbiegaliśmy na pole z zakopanymi detektorami wysyłającymi sygnał, z sondami wzniesionymi jak dzida u człowieka pierwotnego wyruszającego na polowanie. A jaka radość była przy znalezieniu zakopanego punktu! Ćwiczyliśmy na pojedynczych „ofiarach lawin”, jak i na mnogich. Dla urzeczywistnienia sondowania człowieka wykopaliśmy jamę śnieżną, gdzie schował się Sylwek, a potem Paweł. Mogliśmy wyczuć miękkie odbijanie sondy od człowieka i wbicie sondy w powietrzną jamę. Po tych atrakcjach znowu schowaliśmy się do hotelu. Tam posłuchaliśmy dalszej części wykładu na temat, jak poruszać się po górach, żeby uniknąć lawiny i co zrobić, jeśli już zejdzie. Ku największej uciesze Karola, Bogusia zaprezentowała nam mammutowy plecak lawinowy, pozwalając go uruchomić. Mnie w tamtej chwili tylko brakowało wnętrza – stroju Supermana, może by wtedy nawet się supermoc uruchomiła i by odleciał ;)&lt;br /&gt;
Na dalszą część szkolenia przeszliśmy spacerkiem na Nosal i niedaleko ćwiczyliśmy obsługę czekana. Imitowaliśmy wszelkie zjazdy, nogami w przód, głową, na plecach, na brzuchu. A i tak najlepiej było na jabłuszku.  Próbowaliśmy założyć stanowiska z czekanów, taśm, grzyba śnieżnego – w naszym wykonaniu i takim śniegu ja bym im nie zaufała :)&lt;br /&gt;
Po wszystkim korzystając, że skończyliśmy nie za późno pojechaliśmy na obiad, gdzie dołączył do nas Piter.&lt;br /&gt;
 &lt;br /&gt;
Temperatura nie była aż taka nieznośna, na jaką wydawać by się mogła. Choć myśl, że w kolejny dzień wejdziemy do stosunkowo ciepłej i przytulnej jaskini dodawała otuchy.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień pierwszy oczami Damiana'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Dzień szkoleniowy. Całą ekipą spotykamy się w Kuźnicach i razem podchodzimy na Kalatówki. Temperatura oscylowała wokół –20 st. więc wykład Mateusza na temat zagadnień lawinowych w przytulnym kąciku schroniska był bardzo na miejscu. W końcu jednak wyszliśmy na mróz i obok schroniska ćwiczyliśmy na „poletku lawinowym” specjalnie przeznaczonym do tego typu szkoleń. Jest tu specjalna konsola pozwalająca na losowe szukanie „ofiar” a w terenie pod śniegiem zasypane są „ofiary” z pipsami. Bogusia Chlipała (TPN) zademonstrowała na Karolu plecak wypornościowy Jet Force. Po części lawinowej przenieśliśmy się na Nosala gdzie na nieczynnej od dawna nartostradzie próbowaliśmy ćwiczyć hamowanie czekanem tudzież chodzenie w rakach. Śnieg był kopny więc niezbyt dobrze to szło (posiłkowaliśmy się nawet „jabłuszkiem”) lecz każdy mógł wykonać niezbędne w danej sytuacji ruchy. O zmroku zjeżdżamy (Mateusz,  Damian, Esa, Paweł na nartach a Asia na „jabłuszku”)/ schodzimy (reszta) do Zakopca. Ja wracam z Esą do domu a reszta ekipy zostaje na następne dni by zrobić przejścia jaskiniowe lub wycieczki skiturowe. Opisy z akcji jaskiniowych zapewne się pojawią. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSzkolenie-zimowe&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi według Sylwestra - Jaskinia Miętusia'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień drugi - wycieczka skiturowa Prezesa i Ali'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Około 7:00 budzi nas pakowanie się kursantów wybierających się do Miętusiej, ale obracam się tylko na drugi bok. Jednak błękitne, czyste niebo nie pozwala leżeć długo w łóżku. Więc nie spiesząc się jemy śniadanie i powoli się pakujemy. Po chwili wraca Piotrek, który niosąc ciężki plecak nie potrafił się nawet rozgrzać podczas podejścia do Miętusiej. Piekielny mróz daje o sobie znać po raz pierwszy tego dnia lecz na drugi i trzeci raz nie każe długo czekać – samochód nie odpala. Prosimy więc Piotrka żeby podjechał swoim autem w celu podładowania akumulatora – jego też nie odpala. Odpala za to sąsiadka i pozwala się podłączyć – jeszcze raz dziękujemy. Przez poranne zawirowania jest już 11:00 i zastanawiamy się czy nie olać wycieczki i póki auto działa wracać do Zabrza, choć tak naprawdę to zastanawialiśmy się czy wycieczka w takiej temperaturze (-20, odczuwalna -30) w ogóle będzie przyjemnością. Ostatecznie decydujemy się zaryzykować, w końcu zaplanowana  wycieczka jest idealną na warunki tego dnia (trójka lawinowa i idealna widoczność), pomijając oczywiście arktyczny mróz.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na parkingu Brzezinach czaka na nas ostatnie wolne miejsce. Idziemy czarnym szlakiem w kierunku Murowańca, lecz już na Psiej Trawce odbijamy czerwonym szlakiem za wschód przez Dol. Pańszycy i Waksumndzką Polanę do Rówieni Waksumndzkiej, gdzie zielonym już szlakiem na szczyt Gęsiej Szyi. No właśnie, ktoś z Was wie co to i gdzie to? Otóż szczyt ten leży pomiędzy Dol. Pańszczycy i Dol. Złotą, od północy otoczony Dol. Filipki, zaś od południa Dol. Waksmundzką. I co, dalej nic…? I właśnie dlatego jest tam tak urokliwie. Ze szczytu rozpościera się kapitalny widok na Koszystą i Wołoszyn oraz szeroka panorama od wydających się być na wyciągnięcie ręki Tatr Bielskich, przez Jaworowy, Lodowy, chyba Gerlach, Ganek, Wysoką, Rysy … aż po sam Giewont. Świetna lekcja topografii.   &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
„Dzięki korzystnemu położeniu na wprost wylotu Doliny Białej Wody oraz wzniesieniu nad Dolinami Białki i Filipki – jest niepozorny szczyt lesistego regla, zwanego Gęsią Szyją – jednym z najwdzięczniejszych punktów widokowych. Podobny, jakkolwiek mniej rozległy widok rozpościera się z leżącej niżej Polany Rusinowej. Na polanie szałasy pasterskie, piękne miejsc na odpoczynek południowy.” Tadeusz Zwoliński Zima w Tatrach&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zjazd ze szczuty Gęsiej Szyi na Rusinową Polanę, choć krótki dostarcza naprawdę wiele radości. Z polany roztacza się bardzo podobna panorama co ze szczytu, która naprawdę hipnotyzuje. Tutaj skracamy nieznacznie klasyczny wariant wycieczki i odbijamy na niebieski szlak w kierunku Dol. Złotej, zatrzymując się jeszcze na wybornej herbatce w Sanktuarium Matki Boskiej Jaworzyńskiej Królowej Tatr na Wiktorówkach. Stamtąd zjazd szeroką drogą leśną, cały czas na nartach, aż do drogi. Zdążamy jedynie wypiąć się z nart i łapiemy busa z powrotem do Brzezin. Auto odpala od strzału – uff. &lt;br /&gt;
Wracamy przez zupełnie nieznane mi wsie i prowadzeni przez nawigację omijamy zatłoczone Zakopane i sąsiednie wsie. Dalej droga zupełnie pusta. W samochodzie robi się w miarę ciepło dopiero za Jordanowem. &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na zakończenie: Planując wycieczkę w takie mrozy warto się solidnie przygotować i jak zawsze mieć kilka planów awaryjnych. W tym wypadku termy były wybitnie kuszące – stroje mieliśmy w samochodzie. Foki nawet nie próbowały się przykleić do nart, ale jakoś trzymały i nie dało się odczuć uciążliwości z tym związanych. Ale następnym razem schowam je za pazuchę. Podczas całej wycieczki tempo było naprawdę szybkie, a mimo to nawet się nie spociłem. Każdy postój powyżej minuty niemile zamrażał. Jedynie zjazd i piękne widoki rozgrzewały ciało i umysł.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FGesiaSzyja&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
'''Dzień trzeci według Karola - Jaskinia Zimna'''&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W trzeci dzień obozu wybraliśmy się do jaskini Zimnej. Pierwotnie planowaliśmy przejście jaskini aż do Wideł. Plany duże, ale analizując możliwości i dostępny czas, Mateusz zadecydował, że schodzimy do Chatki.&lt;br /&gt;
Pobudka, śniadanie i wpakowanie szpeju do auta. Jak przez ostatnie 2 dni, pogoda nie zachęca, aby wyjść na zewnątrz. Mało kto ma ochotę, żeby wychodząc z pod ciepłej kołderki ładować się na – 26 stopni. Piter po zapoznaniu się z panującą na zewnątrz aurą ponownie przejmuje rolę kwatermistrza, jednakże z tym wyjątkiem, że tym razem nie organizuje nam niespodzianki w postaci rosołku. Po pierwszym szoku temperaturowym dochodzimy do siebie i już na szlaku robi nam się ciepło. Zaletą „zimowych” jaskiń jest na pewno ich dogodne położenie. Zamiast wyprawy mamy spokojny spacer i po dłużej chwili stoimy już pod wyjściem z jaskini Mroźnej. Temperatura mobilizuje do szybkiego przebrania się.  Plecaki zostawiamy w przebieralni i myk do korytarzyka. Ze względu na to, że we wrześniu doszliśmy do zalanego ponoru, powrót do niego przebiega sprawnie. Po dojściu  do Błotnego Progu, zaczynamy wspinaczkę. 13 m nie stanowi wyzwania, choć obłocone skały i gumiaki nie są pomocne. Dalej Sylwek bez przeszkód pokonuje Próg Wantowy i dochodzimy największej trudności, czyli Czarnego Komina. Nie ukrywam, że miałem duże wątpliwości, czy dam radę go zrobić. Zdarzało mi się rezygnować na jurze z niektórych „piątek” bo były za wymagające, a taka trudność spotkana w jaskini może dopiero przyprawić człowieka o czarne myśli. Może przez to ten fragment jaskini nazywany jest Czarnym Kominem? Zamieniam gumiaki na butki wspinaczkowe i cisnę. Z kilkoma przerwami udaje się zrobić pierwszy wyciąg i o dziwo czuję nie dosyt. Dalej ciśnie Iwonka, której trudność dopiero sprawia Szklany Prożek (przed którym strasznie marudzi i wyżywa swoją złość na bogu ducha winnym asekurującym;) ), ale ostatecznie z nim wygrywa. Jaskinia Zimna sprawia w gruncie rzeczy wiele frajdy, ze względu na wspinaczkowe urozmaicenia. Nie jest nudno. Taka Beczka, czy Biały Prożek potrafią dostarczyć dreszczyku, nawet czasem bardziej od kolejnej studni;) Chyba jedyny poważny zjazd, to zjazd do Chatki. Tam po krótkim odpoczynku pada szybkie polecenie: „Wychodzimy”. W Zimnej ćwiczymy techniki zjazdu na złodzieja i przeciwwagę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Żyw. - Lipowski Wierch na skiturach|&amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;, Justyna (os.tow.)|02 01 2017}}&lt;br /&gt;
Podejście na nartach zielonym szlakiem z Żabnicy na Rysiankę. Tu odpoczynek w schronisku. Dalej na Lipowski Wierch (1324) i już w zapadającym zmroku oraz przy śnieżnej zadymce zjazd na przełaj wprost na północ do doliny Żabnicy. Okazało się to nie zbyt dobrym pomysłem bowiem zbocze jest pełne wykrotów lub gęsto zalesione a w dodatku śnieg mocno zlodzony. Czasem trzeba zdjąć narty. Udało się jednak zjechać do auta gdzie czekała straż leśna. Widząc światła czołówek w miejscu gdzie turystów się nie spotyka sądzili, że w lesie grasują kłusownicy. Wszystko jednak zakończyło się pomyślnie. Zdjęcia wkrótce.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - skitury w Szczyrku|&amp;lt;u&amp;gt;Łukasz Pawlas&amp;lt;/u&amp;gt;; Ala Kucharska + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Kolejnego Sylwestra przyszło nam spędzić w Szczyrku. Przyjeżdżamy już w piątkowy wieczór. Niestety po ciemku ciężko było ocenić warunki śniegowe, więc dopiero rano wybieramy trasę. Pada na Skrzyczne od Czyrnej bez szlaku. Narty zakładamy gdzieś w 1/3 drogi. Na szczycie popas, spotykamy znajomych i podziwiamy widoki. Następnie przejazd granią na Małe Skrzyczne, zjazd na Halę Skrzyczeńską i Bieńkulą do Czyrnej. „Nieczynna” Bieńkula okazała się być lepiej (naturalnie) przygotowana niż gdy zabiera się za to obsługa wyciągów.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
W niedzielę robimy jedynie krótką przechadzkę z nartami (część osób z dupolotami) granią w kierunku Beskid Ski Areny i Chaty Wuja Toma. Ludzi na szlaku sporo. Śniegu coraz mniej, więc końcowe odcinki muszę zjeżdżać stylem Damiana.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocne wyjście na Błatnię|Sonia i &amp;lt;u&amp;gt;Henryk Tomanek&amp;lt;/u&amp;gt;|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście ok. 22 od Jaworza szlakiem na Błatnię. Szlak zlodzony, wyżej śnieg. Mimo to do góry podążało wiele innych osób. O północy na wierzchołku rozpalono potężne ognisko a Nowy Rok witało około 100 osób. Zejście tą samą drogą przed świtem do auta zostawionego w pobliżu &amp;quot;szałasu pod Błatnią&amp;quot;. Przed południem pobudka, celebracja posiłku i powrót do domu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu zdjęcia: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FBlatnia&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Beskid Śl. - nocny rajd skiturowy po Skrzycznem|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Damian Szołtysik&amp;lt;/u&amp;gt;; Na Młakach w chatce - Tadek, Basia, Adam, Ania Szmatłoch|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Sylwestrowa noc, cudowne, rozgwieżdżone niebo, mróz, skrzypiący śnieg - oto sceneria jakiej doświadczyliśmy udając się w narciarską wędrówkę po masywie Skrzycznego (1257). Z Czyrnej najpierw stokową drogą, na której założyliśmy narty i dalej jakimiś leśnymi duktami udaje nam się wydostać na Jaworzynę. Stamtąd nartostradą na szczyt. Oprócz kilku skuterów śnieżnych i zagubionych pieszych jest generalnie pusto. Najbardziej stromy odcinek był tak zalodzony, że bez harszli nie było szans. Tu zdejmujemy narty i wykuwając stopnie z niemałym wysiłkiem pokonujemy stromiznę. Tu również zastaje nas północ. Jak okiem sięgnąć pod nami pojawia się nagle feeria milionów kolorowych fontann. Witaj 2017! Dalej bardziej połogiem stokiem docieramy na sam szczyt Skrzycznego celowo omijając schronisko pełne gawiedzi. W trakcie podejścia kilka razy telefonicznie rozmawiamy z Heńkiem Tomankiem, który z Sonią podchodził z buta na Błatnię. Na szczycie spotykamy kilku skiturowców, którzy widać wpadli na podobny pomysł co my. Szybko przepinamy się do zjazdu bo wiatr nie zachęcał do dłuższego delektowania się nocnymi widokami. Znów zimny powiew na twarzy bo narty chyżo niosły nas po zmarzłym śniegu w dół. Zjeżdżamy na Halę Skrzyczeńską a później &amp;quot;zamkniętą&amp;quot; nartostradą w stronę Czyrnej. Po drodze Na Młakach zajeżdżamy wprost pod chatkę Adama i Ani gdzie paliło się ognisko a my załapujemy się na gorącą herbatkę. Po miłej pogawędce wśród klubowych przyjaciół wskakujemy na narty i docieramy na nich do samego auta  . Uwagi: w lesie generalnie śniegu mało a do sensownego zjazdu póki co nadają się tylko nartostrady i to niektóre (tak to przynajmniej wyglądało nocą). &lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tu kilka zdjęć: http://foto.nocek.pl/index.php?path=.%2F2017%2FSkrzyczne&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
{{wyjazd|Babia Góra – Sylwester|Teresa i &amp;lt;u&amp;gt;Dariusz Rank&amp;lt;/u&amp;gt;; + osoby tow.|31 12 2016 - 01 01 2017}}&lt;br /&gt;
Wyjście z Krowiarek ustalamy na godzinę 20:30. Dla mnie to już drugi sylwester, który będę spędzać na szczycie Królowej Beskidów. Poprzedni był już lata temu i należał do tych najlepszych, więc chętnie odświeżę wrażenia. Już na początku widać różnicę. Poprzednio na Krowiarkach ukazały nam się rozstawione namioty i ludzie, którzy krzątali się tu i ówdzie coś gotując czy przygotowując się do wyjścia na szczyt. Od kilku lat w miejscu, gdzie kiedyś była polana, znajduje się zagospodarowany parking. Również i w tym roku ujrzeliśmy na Krowiarkach ludzi przygotowujących się do wyjścia z tą małą różnicą, że namioty zostały zastąpione samochodami. Cóż, może i mniej klimatyczne, ale zmian zatrzymać nie sposób.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Wszyscy pojawiają się punktualnie, więc możemy wyruszyć bez zbędnych opóźnień. Po krótkim podejściu zrzucam z siebie zbędne warstwy odzieży, i aż do Sokolicy podchodzę w lekkim softshellu. Na sokolicy obowiązkowo zdjęcie grupowe i pierwszy nieco dłuższy postój. Tu dosięgają nas pierwsze mocniejsze podmuchy wiatru, więc trzeba zarzucić na siebie kurtkę. Na dzisiejszą noc na Babiej zapowiadają ok. -10 stopni, ale wiatr ma się wzmóc dopiero po północy. Trafia się nam swego rodzaju okno pogodowe, bo na te dwa dni pogoda bardzo się poprawia. Kilka dni wcześniej sypał śnieg, kilka dni później znowu zapowiadają opady i znaczne ochłodzenie, a nam trafia się zupełnie bezchmurna noc. Szkoda tylko, że księżyc był w nowiu, no, ale wszystkiego mieć nie można.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na Sokolicy meldujemy się o 21:30, a więc w miarę punktualnie. Do północy jeszcze daleko a czas mamy bardzo dobry, więc strategicznie proponuję iść nieco wolniej, aby nie być na szczycie za szybko. Pamiętam warunki z poprzedniego sylwestra, kiedy to na szczyt weszliśmy jakieś 15-30 min przed północą i tak wiało, że nie byliśmy w stanie wytrzymać bez ruchu. Musieliśmy zacząć schodzić aby nie przemarznąć.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Tym razem kolejny nieco dłuższy postój robimy na Kępie. Krótka sesja fotograficzna na sznur czołówek ciągnący się od Sokolicy. Zaczynam żałować, że nie zabrałem statywu. Miało być light&amp;amp;Fast, ale te kilka dodatkowych gramów by mnie nie zbawiło. Zakładam na siebie buffa i ruszamy w górę.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupa szybko nam się rozciągnęła. Ja widząc oczami wyobraźni tysiące okazji do upolowania ciekawego ujęcia schodzę nieco na bok i przepuszczam pozostałych. Szukam w pobliżu szlaku jakiś kamieni, barierek, tyczek. Czegokolwiek, na czy mógłbym postawić aparat i nieco go ustabilizować. Niestety, bez statywu i lepszego aparatu większość ujęć zostaje w sferze marzeń. Zdjęcia z ręki na długim czasie naświetlania wychodzą poruszone, a krótki czas naświetlania nie daje efektu.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Ciągnący się przed nami i za nami sznur czołówek ponownie robi imponujące wrażenie. Jak wtedy, kilka lat wcześniej. Szybko orientuję się, że ostatnie osoby z naszej grupy dawno mnie wyprzedziły i zostałem nieco z tyłu. To w sumie dobrze, myślę sobie. Naszym tempem bylibyśmy na szczycie godzinę przed północą, a tak na spokojnie wejdę sobie zwykłym tempem robiąc przerwy fotograficzne. Wysyłam tylko sms-a, że u mnie wszystko ok i żeby na mnie nie czekali. W karawanie podążającej na szczyt jestem raczej bezpieczny.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po podejściu na najbliższe wzniesienie okazuje się, że Grażyna z Piotrkiem i Asią niewiele mi „uciekli”. Doganiam ich czekających na szczycie wzniesienia. Zaczyna mocniej wiać, więc zmieniam rękawiczki na cieplejsze. Piotrek z Asią idą nieco szybszym tempem a my zostajemy na końcu i pomału podążamy na szczyt.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na jakieś 30 min. przed północą, po podejściu na kolejne wzniesienie widzę setki czołówek. Tak, to chyba już szczyt. Chyba, że wszyscy nagle postanowili odpocząć w tym samym miejscu :P Co mnie dziwi to brak jakiegokolwiek namiotu. Ostatnim razem jak tu byłem, na szczycie stało już na tyle dużo namiotów, że nie dało się już znaleźć jakiegokolwiek bardziej płaskiego i osłoniętego od wiatru miejsca na rozbicie naszego, dlatego też zdecydowaliśmy się zejść nieco niżej. Tym razem planujemy zejść do schroniska, więc również nikt z nas nie ma namiotu. Chowamy się przed wiatrem za ułożonym z kamieni murkiem i oczekując na godzinę zero popijamy ciepłą herbatę i pałaszujemy „szturm żarcie”&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Na krótko przed północą na szczycie pojawiają się grupki Straży Parku. Grzecznie przechodzą wśród wszystkich osób prosząc o nie puszczanie fajerwerków ze szczytu. Chwała im za to, że im się chciało i za sposób, w jaki to zrobili. Za to, że nie zaogniali konfliktu pomiędzy Parkiem a jego użytkownikami, jak to ma często miejsce w Tatrach. Jak widać – da się i moim zdaniem należą im się za to wielkie brawa. Słuszna inicjatywa, bo to w końcu Park Narodowy, a w zeszłym roku ze szczytu niestety poleciało bardzo dużo petard, widocznych z daleka (obserwowałem je wtedy z Maciejowej w Gorcach).&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
O północy życzenia, symboliczny szampan i podziwianie aż po widnokrąg milionów a może i miliardów małych, kolorowych wulkanów wybuchających gdzieś daleko w dole. Niesamowite wrażenie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Teraz pozostało nam już tylko, a może aż, zejście ze szczytu w kierunku schroniska przez przełęcz Brona. Zejście wcale nie takie łatwe, bo warunki są trudne. Szlaki co prawda przedeptane, ale miejscami sporo zalodzeń. Poza szlakiem całą kopułę szczytową pokrywa gruba warstwa lodoszreni. I to nie takiej cienkiej, łamliwej, a takiej, która spokojnie utrzymuje ciężar człowieka i jedynie raki uchronić mogą przed poślizgnięciem. A tych niestety tym razem nie posiadam. Jak praktycznie za każdym razem, gdy szedłem na Babią miałem ze sobą raki, których prawie nigdy nie używałem, bo tylko nabijały się miękkim śniegiem, to teraz, kiedy ich nie mam jak na złość akurat by się przydały.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Po drodze zatrzymuję się na chwilę w pobliżu Kamiennej Dolinki. To część mojego ostatniego projektu. Zimowego wejścia akademicką percią na szczyt Babiej i zjazd na nartach Kamienną Dolinką. Niestety, ciężkie warunki śniegowe i duża mgła zmusiła nas wtedy do odwrotu z perci i zmiany planów. Kamienna Dolinka też będzie musiała chyba jeszcze trochę poczekać na wzrost moich skiturowych umiejętności :p&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Grupowe zdjęcie na przełęczy Brona. Tutaj jesteśmy już wszyscy w komplecie. Grupa podchodząca z Krowiarek od razu granią, oraz grupa, która zdecydowała się na podejście na szczyt percią przyrodników. Zejścia z Brony obawiałem się najbardziej. Okazało się jednak niezalodzone i całkiem przyjemnie.&lt;br /&gt;
&lt;br /&gt;
Koło drugiej w nocy lądujemy w schronisku na Markowych Szczawinach.&lt;/div&gt;</summary>
		<author><name>Admin</name></author>
		
	</entry>
</feed>